środa, 27 lutego 2013

latająca maszyna - polska animacja poklatkowa


Korzystając z faktu, że mój napięty plan zajęć przerywany jest w tym tygodniu spotkaniami tylko organizacyjnymi  wybrałam się wczoraj do łódzkiego muzeum kinematografii - we wtorki umożliwiającego darmowe wejścia. Oprócz bardzo ciekawej stałej ekspozycji, którą warto zobaczyć ze względu na mnóstwo naprawdę ciekawych plakatów filmowych, animacje prezentowane na monitorach udostępnione do oglądania czy fotoplastikon, znajduje się tam wystawa składająca ze scenografii polskiego filmu animowanego Latająca Maszyna, wykorzystującego technikę poklatkowej animacji. Scenografia z muzeum niezmiernie mi się podobała, uzmysławiała, jak wielkim i misternie dopracowanym przedsięwzięciem jest konstrukcja takiego filmu.

Jednak szczerze mówiąc, o Latającej maszynie słyszałam pierwszy raz, chociaż teraz szukając informacji na jego temat, odnoszę wrażenie, że był dosyć szeroko promowany. Posiada własną stronę internetową, własny make of na Youtube. Zainspirowana natychmiast po powrocie zasiadłam do oglądania. No i tutaj ciężko mi ocenić, czy mi się podobał. Film okazał się tylko w części animacją, a w części filmem familijnym, kręconym normalnym sposobem. Realizowany w ogromnej koprodukcji obejmującej Chiny, Indie, Norwegię, Polskę i Wielką Brytanię, został nagrany po angielsku. Dostępna w Polsce wersja to wersja filmu z dubbingiem, a każdy wie, jak ogląda się na ekranie aktorów z podłożonym głosem... Był jednak konieczny ze względu na najmłodsze grono odbiorców - które nie mogły by nadążyć z czytaniem napisów. Lecz błędy występują także na poziomie scenariusza. Historia jest jakaś sztuczna - za bardzo nastawiona na edukacyjny charakter. Film był realizowany na rocznicę urodzin Chopina i wykorzystuje jego muzykę w filmie. Moim zdaniem to wystarczająca, subtelna, ale wyrazista promocja. Autorzy jednak na życiu Chopina opierają całą fabułę filmu - dzieci czytają informacje o jego życiu, wędrując jego ścieżkami. Ich podróż coraz bardziej przypomina szkolną wycieczkę, tylko w bardzo abstrakcyjnych warunkach. Latająca Maszyna miała być na pewno filmem realizowanym z rozmachem. Twórcy do realizacji filmu angażują nawet prawdziwego Lang Langa - chińskiego pianistę, specjalizującego się w muzyce Chopinowskiej. Jednak ten eksperyment także średnio się udał w przypadku scen, w których Lang Lang zaczyna być aktorem. Jest nienaturalny, nie przemawia - w końcu trudno wymagać tego od pianisty. Chociaż swoją drogą Lang Lang nie wyróżnia się jakoś wśród reszty postaci - mamy i ich dwójki dzieci. Nikt chyba nie jest tutaj przekonywujący, niestety. Podsumowując więc tą nie-animowaną część Latającej Maszyny - produkcja naprawdę się nie udała... Szkoda, bo całkowicie zaprzepaszcza majstersztyk fragmentu animacji!

Poklatkowa technika to powtórzenie doświadczenia z krótkometrażowego filmu animowanego Piotruś i Wilk tych samych twórców. Ten, tak wszystkich zaskoczył sposobem wykonania, że został nagrodzony Oscarem - jeden z nielicznych (jedyny?) Oscar dla polskiego filmu. Realizacja filmu w taki sposób jest naprawdę niezwykłą sprawą. Potrzeba 24 klatek - 24 zdjęć lalek w określonej scenografii do zrealizowania 1 sekundy filmu, tak, aby zachowała płynność.

W Latającej Maszynie animacja jest  lepiej zrealizowana niż w przypadku Piotrusia. Porównując obie produkcje obie produkcje (mowa o historiach przedstawionych animacją), Maszyna jest dużo cieplejsza i bardziej niesamowita. Wspaniałe makiety Paryżu, Londynu i Warszawy, niezwykły sposób budowy latającej maszyny, sama historia z animacji - jest dużo lepiej przygotowana niż w pierwszej produkcji. W końcu Piotruś i Wilk to był pomysł, eksperyment realizacyjny. W Latającej Maszynie autorzy wykorzystali to, czego nauczyli się już wcześniej i to bardzo dobrze.

 



U góry moje zdjęcia makiety z muzeum ^
Na dole print screen'y z filmu:




Ta niezwykłość szczegółów, którą zobaczyłam w makietach zaprezentowanych w muzeum i potem na ekranie naprawdę mnie zachwyciła. Dlatego tak bardzo ubolewam nad tak nieudaną częścią filmową Latającej Maszyny. Być może autorzy po zawrotnym oscarowym sukcesie, podjęli się zbyt trudnego zadania, stawiając na promocję filmu, a mniej uwagi poświęcając aktorskiej stronie realizacji? Może zbyt pośpieszono się również z pisaniem scenariusza?Mimo wszystko zapraszam do obejrzenia choć pierwszej połowy filmu, w której możemy oglądać "część kukiełkową", zapraszam też do łódzkiego muzeum. Naprawdę warto to samemu zobaczyć, choćby dlatego, aby stwierdzić, że w Polsce naprawdę realizowane były nietypowe i oryginalne projekty animacyjne.  


PS Zainteresowanych techniką poklatkową odsyłam do make of, o którym wspominałam na początku! ;)

5 komentarzy:

  1. Jestem Twoją kreatywnością absolutnie zafascynowana! :) Prowadzisz naprawdę świetnego bloga. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, bardzo dziękuję!:) co za mobilizacja na przyszłość! :)

      Usuń
  2. Wow w tym muzeum musiało być świetnie. Muszę koniecznie to kiedyś zobaczyć na własne oczy ! :)

    ps: pozdrawiam, ja też obserwuje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdy będę w Łodzi, wybiorę się chyba do tego muzeum ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Mąż robiąc swój pierwszy film poklatkowy, ulepił z plasteliny czerwonego ludzika, który potem zmienił się w serce. Oczywiście film dedykował mnie. Padłam! Będę dzieciom pokazywać. TO jest świetna sprawa! Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuje za każdy komentarz! Wszystkie uważnie czytam i jeśli tylko pozwala na to czas staram się na wszystkie odpowiadać:)