Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatr. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 sierpnia 2013

Bezimienne Dzieło - St. I. Witkiewicz


Przeglądając repertuar Teatru Narodowego na następny sezon uznałam, że recenzja Bezimiennego Dzieła wcale się niezdezaktualizowała - dramat Witkacego figuruje w jesiennych planach narodowej sceny. Miałam takie obawy, bo spektakl oglądałam tuż tuż przed wakacyjną przerwą. Przekonała mnie też powszechnie przyjęta i akceptowana prawda, że Witkacy jest jednak twórcą ponadczasowym i niezależnie od pory dnia/roku/wieku warto o nim mówić. 


Bezimienne dziełko to nie opowieść, to sztuka o idei - 

- Możliwe. Mniejsza o to. Celem naszym jest zastąpienie władzy świeckiej przez duchowną. Kapłanami będziemy my, według rytuału wiary stworzonej przez Joachima Mieduwała, naszego proroka. Z tą różnicą, że on wierzył w coś w rodzaju zamaskowanego panteizmu, my zaś nie będziemy wierzyć w nic. Pewna forma mdłej demokracji pod maską kultu. Coś w rodzaju egipskich kapłanów. Ludzie wyją o nową religię – dowód, że teofizyczna bzdura znajduje tylu wyznawców. Trzeba to ująć w karby i uspołecznić. Rozumie pan?
- Tak, ale jaki ma być nowy ustrój? Sam kult mało mnie obchodzi, mimo że jestem w pewnym znaczeniu mistykiem.
- Ustrój? To, co obecna pseudo-mdła-demokracja robi mimo woli, my zrobimy programowo, z całą świadomością, bez żadnego zacietrzewienia, a dlasze stopnie rozwoju wyznaczy nam linia eksperymentu. Pierwszy punkt – żadnych ekstrapolacji. Chodzi tylko o to, aby stworzyć nowy rodzaj państwa kapłanów. To, co nie udało się innym kościołom z powodu istotnej wiary i kompromisów z tą wiarą, my zrobimy świadomie, jako pragmatyczny, programowy humbug...
- No dobrze, ale ustrój?
- Ależ pan ma tępą głowę, panie Nieznajomy. Mówię przecie: ustrój pseudodemokratyczny, ale bez żadnego parlamentarnego bluffu. Trzeba dać syndykatom prawdziwą, fikcyjną religię, a nie substytut w rodzaju mitu o generalnym strajku. Wierz mi pan, że dzisiejsi ludzie są daleko skłonniejsi do jakiejkolwiek wiary niż totemiści na Nowej Gwinei. Chociażby mieli zużytkować spirytyzm i kręcące się stoliki – wiara być musi.
- Zdaje się, że zaczynam rozumieć.


Jak w całej twórczości Witkacego, w Bezimiennym dziele mowa jest o człowieku jako o jednostce tworzącej, pragnącej przemian. Mozolne próby układania świata, też tak jak zawsze u niego, kończą się destrukcją wszystkiego. Jego rewolucje są na tyle uniwersalne, że dotykają dokładnie tak samo człowieka, jak środowiska czy sztuki. Na te trzy zagadnienia Witkacy stawia jedną diagnozę - ogromną chęć stawania się lepszym - lub po prostu innym za wszelką cenę, pragnienie bycia zapamiętanym w świecie, gdzie nie ma niczego stałego, przy jednoczesnym rozpaczliwym poszukiwaniu sensu i wiary. Brak jednak na tą chorobę leku. Tak człowiek, jak świat i sztuka, dążąc do swoich nierzeczywistych pragnień skazani są w tym boju na porażkę. I to nie tymczasową - absolutną porażkę stawiającą te wartości pośrodku niczego.


Taką prawdę przekazuje nam Witkacy. Lecz ja myślę, że w jego desperackiej opowieści jest też wołanie o zwykłość. I przy okazji - jest to jak zwykle w Teatrze Narodowym - jest to wspaniałe widowisko, angażujące publiczność. Choć w niewielkim stopniu chciano ukazać tą integralność świata rzeczywistego i teatru, o której tak pisał Witkacy. Stąd biorą się aktorzy wyłaniający się z publiczności, ulotki programowe Mieduwalszczyków spadające na nasze głowy. Oczywiście, na pewno te działania wypadają i tak dosyć skromnie na tle zabiegów scenograficznych stosowanych przy prezentowaniu tej samej sztuki w teatrze im. St. Witkiewicza w Zakopanym - lecz tego niestety nie miałam okazji jeszcze nigdy doświadczyć osobiście. Bądź co bądź Teatr Narodowy musi zachować jednak coś ze swej powagi i nie może pozwolić sobie na zupełną destrukcję pomieszczenia,aby silniej oddziaływać na widza. Z pomocą najbardziej wyróżniających się aktorów robi jednak co w jego mocy.

wtorek, 7 maja 2013

Kultura pod strzechy! Teatr Telewizji na żywo



Po weekendowo-majowej przerwie nadrabiam zaległości. Już przed dwoma tygodniami telewizja emitowała następny ze swoich spektakli Teatru Telewizji na Żywo. Śledzę to przedsięwzięcie od początku  jego zaistnienia w październiku ubiegłego roku, ale Trzy razy Fredro był jednak przedsięwzięciem bardzo innowacyjnym. Obejmował trzy spektakle pióra Fredry, nadawane jednak z trzech różnych teatrów - w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa! Popularyzacja jednocześnie klasycznej literatury, kreowanie wizerunku teatru jako innowacyjnej placówki i konkretnych miejsc na naszej kulturalnej mapie kraju.  Dodatkowo jest dowodem jakiejś kreatywnej spójności i współpracy a przecież w takiej dziedzinie jak sztuka jest ona niezastąpiona. Kulturalna maszyna musi sama się napędzać, wtedy działa sprawnie i tylko wtedy zbiera największą publiczność.


Trzy razy Fredro - Świeczka zgasła, Zrzędność i przekora oraz warszawskie Nikt mnie nie zna.  Podobało mi się - jak to teatr, lecz chwilami bardziej, chwilami mniej. Za najlepszy uznaję widowisko Teatru Narodowego. Być może dlatego, że tylko tam fabuła nabiera tempa. Pierwsze dwie propozycje to króciutkie epizody sytuacyjne. O ile pierwszy broni się aktorską grą Macieja Shtura, miejscami bawił i ciekawił, to drugi spektakl znudził mnie. Był odważniejszy w interpretacji - stroje lekko uwspółcześnione, konceptualna scenografia, widać zamysł reżyserski. Najmniej zainteresowała mnie fabuła, ale w końcu trzeba wziąć poprawkę na logistyczne rozwiązanie projektu Trzy razy Fredro. Autor i czas antenowy były tu kwestiami nie do negocjacji, sztuka widocznie pasowała, choć jako pojedynczy Teatr Telewizji uznałabym ją za nietrafioną. Trzeci spektakl w pełni realizuje natomiast swoje komediowe założenia. Bawią aktorzy, humor niedzisiejszy, rodem z fredrowskiego czasu.

Pomysł na poniedziałkowej telewizyjnej ramówki był bardzo trafiony, choć spektakle widzieliśmy już lepsze. Pierwszy, inaugurujący serię "na żywo" była Boska, świetnie rozegrana przez Krystynę Jandę zabawna opowieść o starszej kobiecie, jej karierze i życiu wymyślonym sobie samodzielnie, oderwanym od realiów. Zabawnie i rozluźniająco. Trzeba było co prawda cierpliwie znosić wszystkie dodatki w postaci przypomnień konferansjerów o jubileuszu Teatru Telewizji, jakimi otaczano konsekwentnie cały dzień.  Przypomnienia emitowano także bezpośrednio przed spektaklem, po nim oraz oczywiście w czasie przerwy, kiedy to zaprowadzono telewidzów nawet za kulisy ;) Jednak nawet pomimo tego całego szumu i wrażenia, że przedstawienie jest tak dopracowane, że musi się podobać, to podobało się naprawdę. Samo wspomnienie wywołuje uśmiech.





Następna propozycja znów bardziej opowiadała o człowieku niż posiadała własną fabułę i znów bardzo o aspiracjach, zwłaszcza tych zawiedzionych. Dużo jednak poważniejsze od pierwszego spektaklu, dlatego myślę, że nie zdobyło takiego zainteresowania telewidzów jak głośna Boska. Na scenie wystąpili wtedy wspólnie Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, scenariusz budując na ich wzajemnej dyskusji. Czy to się podobało, to już zależy naprawdę od osobistego odbioru.



Dalej - spektakl Szkoła Żon  z Teatru Polskiego w Warszawie. Komedia pióra Moliera, dopracowana, z idealnym doborem aktorów. Z całą swoją scenografią odebrałam go za najbardziej "teatralny" ze wszystkich wcześniejszych "na żywo". Bardzo blisko jego projekcji byłam w Teatrze Polskim na Cydzie, może więc teatralne wrażenia nie spały we mnie tak głęboko jak teraz i łatwiej było pobudzić więcej zmysłów do odbioru z ekranu telewizora. Podobał mi się bardzo, mimo że jednak był jedynie klasyczną adaptacją.




Kolejny spektakl Daily Soup emitowany był w maju zeszłego roku, znów wyróżniał się swoim charakterem. Losy rodziny opowiadane jak w mrożkowym Tangu, tak fragmentaryczna życiowa przestrzeń jak Kartotece. Inaczej, intrygująco, psychoderycznie. Dużo dobitniej pyta o układ naszego świata, według koniecznego porządku, wszystko w naszych, współczesnych realiach. Myślę, że wielu z nas mogło natrafić na coś o sobie.


Kilka więc spektakli mamy już za sobą. Telewizja zapewnia im kilkumilionowa oglądalność. I pytanie, czy należy to wykorzystać i emitować coraz przystępniejsze sztuki, aby tą oglądalność jeszcze powiększać, czy coraz bardziej wyszukane - aby zwiększyć ich poziom? I na ile Teatr Telewizji jest nawykiem i przyjemnością, na ile przypadkiem. Rozpisałam się tutaj tylko o emisjach na żywo,a te są bardzo  popularyzowane. Każdy z nich ma nawet własną stronę internetową. Spektakle nagrywane tradycyjnie mają już mniejszy odbiór, choć nierzadko są świetnymi spektaklami. Swoją drogą te na żywo i wcześniej przygotowane przedstawienia to praktycznie zupełnie inne historie i na inne opowiadanie. Ja już pośpiesznie kończę, bo w karcie obok odtwarza się zaległa premiera Teatru Moralność Pani Dulskiej z Cielecką - Temat postu przypomniał o konieczności się z nim zaznajomienia! Jednak słabość do kultury też może się okazać zgubna.. Zwłaszcza dla innych obowiązków! ;)


środa, 20 lutego 2013

rejestr myśli o technologii w teatrze i integralności sztuk - recenzja deszczowej piosenki w Teatrze Roma


Odtwarzając sobie wspomnienia moich ostatnich miesięcy dotarłam wizyty w warszawskim teatrze Roma. Na Deszczowej Piosence byłam pod koniec października, jednak spektakl jest grany cały czas. Jak to w Romie przedstawienie zrealizowane jest z rozmachem, sympatyczne i przyjemne. A jednak czegoś mi brakowało.

Bohaterka Deszczowej Piosenki zestawiona z bohaterką Artysty
Rzecz chyba tkwi w temacie, o którym nie tak dawno było dosyć głośno. Historia przemianach w sztuce filmowej i przejściu techniki z kina niemego do mówionego to już nie tylko opowieść ze słynnego musicalu Singin' in the Rain, na podstawie którego powstała Deszczowa piosenka. To przecież także historia spopularyzowana przez zeszłorocznego zwycięzce głównych Oscarów - Artystę! Fabuła jest uderzająco podobna i tak samo prosta: mężczyzna, wielka gwiazda kina niemego, z trudnością akceptuje postęp techniki, dziewczyna, dotychczas przez nikogo nieznana, lecz utalentowana wokalnie, dzięki tym przemianom zostaje dostrzeżona. Historia, która niespełna rok temu okazała się takim sukcesem, jest jednak zbyt prosta aby dało się ją powtórzyć i nie znudzić widza.



 Oczywiście w szczegółach obie pozycje się różnią. W Deszczowej Piosence mamy więcej postaci pobocznych niż w Artyście, praktycznie jednowątkowym. Pojawia się wątek spełnionej-niespełnionej Liny Lamont, postaci absolutnie przerysowanej, lecz chyba najbardziej autentycznej i moim zdaniem autorki najlepiej wykonanej piosenki z musicalu.



Spektakl nie okazał się fenomenem, lecz na pewno nie żałuję wizyty w teatrze. Roma ma jeszcze jedną cechę charakterystyczną, która ją wyróżnia spośród teatrów - przywiązuję wagę do efektów specjalnych. Scena z wirującymi literami - neonami, naprawdę dużych rozmiarów, układających się ostatecznie w napis czy też kończące poszczególne części piosenki, którym towarzyszy prawdziwy deszcz - takie pomysły ma oprócz Romy chyba tylko Studio Buffo. A przecież - choć z pewnością zależy to w jakimś stopniu od tematyki przedstawienia - to eksperymenty bardzo uatrakcyjniające spektakl. Ciekawe, jaką premierę sezonu Roma przygotuje na następny rok? :)


PS Dziękuję za coraz więcej obserwatorów i wszystkie komentarze! To bardzo mobilizujące! :)

wszystkie zdjęcia znalezione w grafikach google

czwartek, 31 stycznia 2013

Dzienniki

Przedstawienie wytropione, wypatrzone, wyczekane. Przypadkowo data spektaklu wypadła w rocznicę stanu wojennego, moja wyprawa do stolicy zyskała więc atmosferę czegoś nietypowego, przełomowego, czy  nawet kontrowersyjnego. Zakłócony ruch autobusów i uliczne pochody białoczerwonych flag na zaśnieżonych ulicach budowały krajobraz mroźnego wieczoru. Z Placu Trzech Krzyży skręt w lewo do teatru Imka. Na lekcję polskości u Gombrowicza.



Adaptacja Dzienników była bardzo ambitnym zadaniem, a Imka poradziła sobie z nim znakomicie. Przedstawienie z całą konsekwencją przekazuje gombrowiczowskie tezy, podzielone na tematy, czytelne w przekazie, przedstawione w awangardowy sposób, zmusza do myślenia. Nie ma jednego Gombrowicza – wszyscy nim jesteśmy – to są refleksje o świecie, który nas otacza. Taka teza czytelnie dociera ze sceny od pierwszych chwil. Przedstawienie wplata widzów w sieć refleksji o nich samych, o Polsce, Bogu, sztuce, prawdzie i fałszu. Brak scenografii zastępuje tu obecny przez cały czas temat poruszania się – na wszystkie możliwe sposoby  - od spaceru po jazdę na fotelach na kółkach. Dzięki niemu spektakl tworzy zwarte, dokładnie przemyślane widowisko. Mimo wszystko jednak przedstawienie nie dla każdego - oparte na długich, często skomplikowanych kwestiach, pozbawione wszelkich elementów dekoracyjnych, może chwilami nużyć lub irytować. Broni się jednak niezrównaną grą aktorską, którą doceni absolutnie każdy. Piotr Adamczyk, Magdalena Cielecka, - wszyscy w tym spektaklu monologów mają tak samo istotne role i wszystko, co chcą przekazać wyrażają całym swoim ciałem, głosem, ruchem, gestem, mimiką. Intelektualny zastrzyk poglądów dotrze nawet do najbardziej zamkniętych umysłów.

 

Graficzna wizualizacja Dzienników? Tworzona wg określonego pomysłu. Maska z gazety oddaje tu uniwersalność i ponadczasowość przekazu Gombrowicza i myślę, że to było najistotniejszym przekazem podczas tworzeniu plakatu. Myślę, że jednak jest to skojarzenia bardzo oczywiste i plakat Imki nie jest tak odkrywczy i oryginalny jak ich przedstawienie. Zastanawiając się nad tym zestawiłam większość pomysłów graficznych przedstawień wydań dzienników, lecz i tutaj nie znalazłam wybijającego się wśród innych pomysłu. Doszłam do wniosku, że najważniejszą cechą, którą zresztą znajduję we wszystkich propozycjach był minimalizm. I to zostało zachowane.
najnowsza propozycja wydania, obecnie znajdowana w księgarniach.
Wyd. Literackie
Jedno z wcześniejszych polskich wydań. To moje osobiste zdanie, lecz nie znajduje żadnego uzasadnienia dla użycia różowego koloru!
Wydanie starsze, jedno z tych które mi się spodobały/

Wydanie angielskie nakład Yale University Press, Najciekawsza chyba z propozycji okładkowych Dzienników,  przedstawia jakiś oddzielny pomsył

W końcu logo festiwalu Gombrowiczowskiego, ten oceniony przeze mnie jednoznacznie na plus!


Kończąc moje mozolne rozważania, umieszczam jeszcze Gombrowicza. Polecam bardzo wszystkim Dzienniki, jeśli nie w całości to choć fragmentarycznie!  ;)

Wszak sztuka dzieje się między żywymi, konkretnymi ludźmi – a więc niedoskonałymi. Roi się dziś od stylów, które nudzą – które męczą – które wyciągają flaki – ponieważ są tworem intelektualnej recepty, dziełem ludzi nietowarzyskich i po prostu źle wychowanych. Celować słowem w ludzi a nie w teorie, w ludzi a nie w sztukę.
Dziennik, 1954