Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 września 2014

STANLEY KUBRICK



Nie napiszę dużo. Prawda jest taka, że o Stanleyu Kubricku wiedziałam przed wystawą bardzo niewiele. Może istniał w mojej świadomości, tak jak jego filmy, ale i tych nie obejrzałam z pełną świadomością, nie analizując ich szczegółów. O wystawie dowiedziałam się od znajomych, a że już wybrałyśmy się do Krakowa, uczyniłyśmy z wystawy o Kubricku kolejny punkt programu. I to kolejny piękny dowód na sens promocji sztuki. Na wystawie w ciągu godziny dowiesz się więcej niż cały dzień czytając książkę. Jejku, i jeszcze jak wspaniale można ją zaaranżować! Ile możliwości! Nie będę jednak grafikiem, jak będę już poważna i zdobędę należytą wiedzę, to zostanę kuratorem. ;-) 

niedziela, 25 sierpnia 2013

Miłość po francusku



Do kina trafiłam zupełnie przez przypadek, nie znając repertuaru. Towarzyszyła mi 16-letnia siostra i w związku z zapoznaniem się z tytułem filmu, wyświetlanego o wybranej przez nas godzinie pojawiła się chwila zawahania. Miłość po francusku może kojarzyć się przecież na różne sposoby... Uznałam jednak, że tytuł jest pewnie znów pomysłem polskich tłumaczy, którzy często stosują tego typu "niezawodne" chwyty prześcigając się w co głupszych nazwach. [Klasycznym przykładem może być tu Dirty dancing, ale jest to zdecydowanie problem pojawiający się współcześnie tak samo nagminnie jak wtedy.] No i intuicja mnie nie zawiodła.

Miłość po francusku jest mimo wszystko filmem ciepłym i sympatycznym. To lekka komedia, którą dobrze się ogląda - oczywiście, kiedy nie spodziewamy się niczego zaskakującego. Sam scenariusz nie jest mocną stroną tego filmu - historia jest wyraźnie przerysowana i skrupulatnie wpisuje się w schemat przewidywalnej komedii romantycznej. Określenie 'francuski' z tytułu podkreśla jedynie miejsce akcji, no i sugeruje francuską obyczajowość. Miłość po francusku przemyca między wierszami już ten zachodni sposób myślenia o miłości. Rozwódka oznacza to samo co panna, posiadanie dziecka jest sprawą zupełnie naturalną, żadnym obciążeniem dla drugiej strony, różnica wieku bohaterów, choć jest tematem przez nie poruszanym, absolutnie nie razi w oczy widza. Ja nie jestem jeszcze aż tak nowoczesna w relacjach damsko-męskich i normalnie takie sytuacje były by dla mnie problemem do zastanowienia się. W filmie jednak toczącym się tak lekko nikt nie ma pretensji do bohaterów. Ci, sympatyczni i wrażliwi, zupełnie nie kojarzą się z żadną rozwiązłością. Jest to więc jakiś dowód na to, że swoboda związków jest już normą, zwłaszcza w zachodnich społecznościach, a moje rozważania są już chyba mocno zdezaktualizowane. 

Nie chodzi mi o to, żeby krytykować za to ten film, obyczajowość to też przecież kwestia kultury danego kraju i przez ten pryzmat trzeba na to patrzeć. Co więcej ukazuje w jakiś sposób pozytywne oblicze związków z dużą różnicą wieku. W Miłości po francusku chodzi w gruncie rzeczy o bezinteresowne, szczere uczucie.  Wszystkim poszukującym czegoś lekkiego na letnie wieczory - polecam!

piątek, 23 sierpnia 2013

Zmruż oczy



Myślę, że my, Polacy mamy słabość do Polski B. Choć wydaje się odizolowana pod względem rozwoju gospodarczego, jest tam coś do czego wracamy. To nasze Południe Stanów Zjednoczonych, korzenie i arkadia, a na pewno symbol zatrzymania się na chwilę, ucieczki od zgiełku, kontaktu z naturą. Tam szukamy porządku i swoistego narodowego moralnego kręgosłupa. 

Tak tłumaczę sukcesy polskich filmów, tych najbardziej optymistycznych i ciepłych, uciekających zdecydowanie w nasze wschodnie rejony - jak seria U Pana Boga za piecem/w ogródku, i tak samo tłumaczę sukces Rancza, tak długo bijącego rekordy popularności, i tak samo produkcji, będącej przedmiotem moich dzisiejszych analiz - Zmruż oczy.

Filmy sprzed kilku lat (przynajmniej polskie) tracą swoją wizualną atrakcyjność dosyć szybko. Trzeba też przymykać oko, przyzwyczajone do nieporównywanej jakości obrazu współczesnych filmów, na realizację. Akcja może toczyć się zbyt wolno dla niektórych, zbyt chaotycznie, mniej wrażliwym fabuła wyda się do granic prozaiczna. Jednak, choćby przez swoja niedoskonałość, Zmruż oczy emanuje obyczajowością i prawdą, zapewne dla innych odbiorców niż polscy - po prostu niezrozumiałą. Właściwie chwyt jest dosyć standardowy. Podlasie, bieda, zdegradowany, uciekający od świata mężczyzna i 10-letnia dziewczyna, przed którą jeszcze całe życie. Trudno jednrak mieć to za złe twórcom. To film, który wzruszy, bo wciąga nas na swoje zabrudzone podwórko. Będzie próbował zaszczepić jakąś nadzieję na spokój, zwiastować pogodę. 


Tak, nie ma tu niczego nadzwyczajnego. Niczego, oprócz codzienności i zmrużonego spojrzenia w przeszłość. Własną! Własną, ponieważ każdy z odbiorców podczas sceny na moście pomyśli choćby mimowolnie o swoich bliskich, znajomych, z którymi musiał się kiedyś rozstać. I to jest właśnie klucz, który przeniósł ten film do kategorii polskich klasyków.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

The great Gatsby


Dawno temu analizując oscarowy sukces Artysty tłumaczyłam sobie, że w kinie doszliśmy już do tego punktu w odzwierciedlaniu realności, w którym sztuka filmowa zaczęła od tego uciekać. Perfekcyjny warsztat, idealnie odwzorowany świat już przestał zaskakiwać, więc nowy(-stary!) pomysł czarno-białego, niemego filmu zyskał zainteresowanie i uznanie.

Teoria chyba się sprawdza, bo technologie zaczęliśmy w filmie wykorzystywać już nie do przenoszenia na ekran rzeczywistości a do ekranizowania obrazów jak najbardziej fantastycznych. Producenci odkryli, że ostatecznie rzeczywistość mamy na co dzień i po tym odkryciu straciła ona swoje nienaruszalne miejsce w kinematografii. Mam wrażenie, że żyjemy w epoce neo-baroku w filmie, pełnej przepychu i sukcesu erze -  po osiągnięciu szczytu innowacji, po krótkim zachwycie nad kinem 3D. A na pewno to wrażenie miałam oglądając The great Gatsby.

Oglądając go towarzyszyły mi dziwne emocje. Tak często kadr, zdjęcia, obrazy lawirowały między kiczem a pięknem, że trudno było nadążyć ze zbieraniem myśli. Film przykuwa uwagę, przykuwa bogactwem akcji i bogactwem bohaterów (także w zupełnie dosłownym sensie tego słowa). Leonardo di Caprio nie bagatelizuje sytuacji i nie zważając na upływ czasu, kocha tak przejmująco i bezwarunkowo, jak to udowadniał przed laty w Titanicu - osobiście myślę, że nie jest to przypadkowe zestawienie ról. W Gatsby'm mamy do czynienia z absolutnie banalną historią miłosną, lecz realizacja zdecydowanie nie przypomina standardowej. A ja zestawiając je ze sobą zastanawiam się, które z nich więcej nam w tym filmie opowiada.

Rażące oczy przejścia między scenami tłumaczę charakterem scenariusza opartego na opowieści. Obrazy są przerysowane w ten sam sposób, w jaki przerysowuje je nasz umysł. Słuchając opowieści o bogaczu mieszkającym w zamku, widzimy bogacza w zamku z bajek, takim, jakim go poznaliśmy w dzieciństwie, jaki zamek nauczono nas sobie wyobrażać. Tak jest w Gatsby'm - miłość to miłość, jezioro to jezioro, kwiaty to kwiaty - nie ma czasu na redukcję przedmiotów na ekranie, jakąś kompozycję w zdjęciach. Nie ma też znaczenia wierność epoce - brak dbałości o usunięcie współczesnych szczegółów w ogóle tu nie istnieje. Współczesność z całą brawurą znajduje sobie miejsce na ekranie. W końcu odbiorcą jest dzisiejszy człowiek, jednostka patrząca śmiało do przodu. Przyjęcie w zamku Gatsby'ego zostało tak przetransformowane, aby odpowiadało jego obecnemu wyobrażeniu, włączając w to nowoczesną muzykę. Opowieść się toczy, trzeba zmieścić jeszcze tyle wydarzeń, a do końca tylko około 100 minut! I pytanie - czy to jest gra z odbiorcą? Uświadamianie mu, że tak naprawdę to kicz jest nam bliższy, a prostota w filmach jest tylko formą? 

Tak brzmiała moja teza po zmierzeniu się z Gatsby'm. Nie mogę jednak - ba, nie wolno mi - pominąć drugiego rozwiązania, dużo banalniejszego. Bo jeżeli jednak sensem tego filmu była fabuła, to oznacza to jedno - tkliwe historie miłosne wcale nie są wytworem zamierzchłych czasów z Przeminęło z wiatrem. Co więcej, w takim razie należy spodziewać się ich więcej na ekranach...




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

DJANGO


Od świąt chodzi za mną jeden niezrealizowany temat na blogu - Django. Wiem, że to recenzje oscarowych filmów to temat już i spóźniony i wyczerpany, nie mogłam jednak z niej zrezygnować :) Django oglądałam z opóźnieniem, mając już za sobą coś nie co Tarantino i wiedząc, ile zachwytów wywołał ten film. Zupełnie uzasadnionych.

Historia wciąga i jest ukazana z wielkim rozmachem. Pierwsze krwawe incydenty za każdym razem były  dla mnie zaskoczeniem. Na początku odruchowo odwracałam wzrok od krwi rozpryskującej się w każdą stronę. Po kilkunastu minut jednak mózg zaczyna rozumieć już ten brak realizmu tych śmierci, zupełnie, w całej swojej istocie - śmierci filmowych. Bo filmy Tarantino nie przedstawiają jedynie jakiejś konkretnej historii, dużo mówią o samym świecie kina i rządzących nim prawach. 

Muzyka przenosi nas w czasie bezapelacyjnie. Razem z Django odzyskujemy wolność, razem z nim chcemy podbić świat, wymierzyć sprawiedliwość. Przecież każdy wie, jaką moc sprawczą ma dobrze dobrana muzyka. Absolutnie to ona odgrywa tutaj decydującą rolę, przemieniając film w bardzo dobre widowisko. Przy Django naprawdę można się oderwać, to świetny przykład kina rozrywkowego. Właśnie dlatego że tak uległam jego czarowi - bardzo ciężko było mi się o nim jakoś sensownie wypowiedzieć. Są przecież takie filmy jak Lincoln - którego recenzję wydłużyłam do granic możliwości, a podczas każdej sceny pojawiała mi się jakaś następna refleksja dotycząca realizacji czy scenariusza. Tak wielowarstwowy film jak Django mnie pokonał. Wciągnął do tego stopnia, że szybka analiza była niemożliwa. po projekcji została tylko opinia naprawdę dobrego filmu. 


Niedawno wygrzebałam stare Kino na mojej stercie magazynów i szukałam recenzji Django, ciekawiąc się, jak ktoś wywiązał się z przerastającego mnie zadania recenzenta. Znalazłam to czego mi brakowało: spojrzenia na Django przez pryzmat twórczości Tarantino, no i potrzebnego dystansu. Autor Tomasz Jopkiewicz absolutnie uznaje realizacyjną precyzję, ale fabułę poddaje bardzo surowej analizie. Przy oglądaniu filmu powraca pytanie czy Tarantino od początku kariery moralitety, zręcznie skrywane pod powierzchnią krwawego pastiszu? Czy może na odwrót? Może moralna powaga to jeszcze jedno piętro zamierzonej kpiny? Może moralitet fałszywy, w finale szyderczo zanegowany? W końcu w kinowej zabawie nie należy niczego traktować zbyt serio.  Cała recenzja prowadzi go do obaw o sens filmu: Odsłaniając hipokryzję i paradoksy dawnego kina [Tarantino] gubi z oczu może najciekawszy wątek - wzajemnego zarażania się przemocą, czego doświadczają Schulz i Django. Czy mamy sekundować Django, który nabiera cech superbohatera, w pasji odwetu i cieszyć się, gdy odnosi na swojej drodze sukcesy? Obawiam się, że taka jest ostateczna wymowa filmu, mimo wyraźnie podreślonego ironicznego dystansu. Stwierdzenie, że amerykańska kultura przesiąknięta jest różnymi formami przemocy, które gloryfikuje, nie wydaje się zbyt odkrywcze. Problem polega na tym, że Tarantino coraz bardziej przypomina więźnia tej kultury, chociaż nie całkiem jest z tego stanu rzeczy zadowolony.

Analiza w Kinie doprowadziła mnie do bardzo intensywnego myślenia, ile przemocy w Django to zabawa, a ile to przemoc. Myślałam, myślałam i myślałam. I odkryłam, że analizy, tak jak filmy, nie zawsze należy traktować zbyt serio. Włączyłam soundtrack Looking for freedom i z Django zachowałam sobie w pamięci tą chęć podbicia świata. I właśnie to zostawiam sobie na dłużej!



zdjęcia Grafika google

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

wielkanoc


Łatwo można odgadnąć powód mojej nieobecności na blogu. Święta Wielkiej Nocy to wydarzenie powszechnie znane :) Dodatkowo przeze mnie i moją rodzinę obchodzone tak pieczołowicie jak te bożonarodzeniowe. Mnie Wielkanoc wydają się nawet ważniejsza i bardziej oczekiwana. Boże narodzenie zawsze przychodzi szybko, nie zdążę zauważyć jak minie cała jesień, zawsze bogata w nowe wydarzenia, rozpoczynająca nowy "sezon naukowy". Do Wielkanocy odliczam dłużej.  Jest pozbawiona tej powagi wigilijnego wieczoru, lecz bardziej radosna i żywa. Nie będę licytować świąt, bo otwarcie przyznaje, że bez obu nie potrafiłabym odnaleźć się w porządku roku. Zbyt przesiąknięta jestem ich religijnością, atmosferą i zbyt przywiązana do rodzinnych spędów. jak co roku obiecywałam sobie produkcję dodatków wielkanocnych, przecież to bardzo dobra okazja do wymyślania pomysłowych ozdobnych akcesoriów. Nie wykonałam wszystkiego tak estetycznie jak to kiedyś sobie planowałam, głównie zachwycając się blogiem Sztuki niepoważnej, który śledzę już długi czas. Do wzdychania i po inspiracje odsyłam tam!

  









Z czystym sumieniem na czas świąt odkładam na bok prace do zrobienia na uczelnie, nie pozwalam sobie jednak na rezygnację z kulturalnego rozwoju ;) W dzisiejsze popołudnie powtórzyłam Wszystko jest iluminacją - film ciepły, zabawny i mądry. Już po pierwszym obejrzeniu zachwyciłam tą wydawałoby się  lekką komedią dotykającą tak wielu problemów:  rozliczenia się z przeszłością, wojną, prześladowaniem, uprzedzeniami i stereotypami, opowiadającą o kontaktach międzyludzkich, relacjach z bliskimi, o różnicach  kulturowych i mentalnych między Zachodem a Wschodem. To wszystko wśród zachwycających pejzaży Ukrainy, z świetnie dobraną muzyką w tle. Akcja toczy się sprawnie, historia zaskakuje i wciąga, klimat czaruje. Dodatkowo, skłania do refleksji - może jednak wszystko jest iluminacją? :) Film zdecydowanie polecam.


 Następne w kolejce to pozycje z listy "do nadrobienia" Django, Weekend z królem, Życie Pi. Do czytania dużo niedokładnie przeglądanych magazynów: Kino, Chimera, Kalejdoskop oraz w końcu okazyjnie zamówione Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. A ja wszystkim życzę Radosnych Świąt!

odsyłam:
http://andrzej-bobkowski.pl/tworczosc/Szkice-Piorkiem
zdjęcia własne, kadr z filmu- filmweb.


środa, 27 marca 2013

Kino historyczne - forma i funkcja. - "Lincoln" Stevena Spielberga


Czasu ciągle mam za mało i tylko wymuszona organizacyjna umiejętność pozwala mi na jako takie gospodarowanie nim. Wypisywanie zaplanowanych zajęć i obowiązków spełnia jednak swoją rolę, udaje mi się na przykład jeszcze wyjść w weekend do kina. Z wyrzutami sumienia stwierdzam, że nie mam już prawa narzekać na brak filmów - zamiast tego jak najwięcej czerpać z tych, które udaje mi się zobaczyć!



W sobotę trafiłam na Lincolna. Nie był to jakiś wyczekany seans, wybrany bardziej ze względu na okoliczności i czas. Lincoln nie jest żadnym moim ekranowym odkryciem: grany jest już od prawie dwóch miesięcy, sama pozycja jest już raczej powszechnie kojarzona. Dużo się o nim mówiło i słyszało przy rozdawaniu Oscarów, lecz nie angażowałam się wtedy w opiniowanie nagród i nominacji tego filmu lub  snucie oczekiwań, co do samej produkcji.



Szybko można było się samemu zorientować, skąd tyle oscarowych nominacji. Lincoln jest perfekcyjnie dopracowany, idealny w szczegółach. Obraz przeniesiony z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej. Scenografia nie jest tutaj najważniejszym elementem na ekranie, jak w Annie Kareninie, jest jedynie tłem, lecz świetnie zaplanowanym, przemyślanym, odtwarzającym wiernie tamtą rzeczywistość - a przecież taka właśnie jest jej funkcja.


 Ważnym elementem w Lincolnie - warunkującym odczucie, czy film "przemawia" do zwykłego odbiorcy - jest wyważenie proporcji prostoty i patosu. Przedstawienie prezydenta z bliska, lecz nie odbierając szacunku , bez idealizacji, lecz z powagą. Myślę, że to udało się twórcom, głównie dzięki świetnej grze aktorskiej Daniela Day- Lewisa. Jest tak samo przekonywujący, spędzając czas z synem i spokojnie odpowiadając na jego dziecięce wątpliwości, jak wygłaszając przemówienie czy zdecydowanie, nieustępliwie przekonując najbliższych współpracowników do własnych racji. Myślę, że na uznanie zasługują także zdjęcia Janusza Kamińskiego. Jeżeli mowa o patosie w tym filmie, to chyba przemawia on zwłaszcza w nich. W charakterystyczny sposób operuje światłem, zaznaczając w ten sposób powagę sytuacji, trudne wewnętrzne rozterki głównego bohatera. Czy zawsze udaje się im spełnić funkcję to już zależy od  indywidualnego odbioru. W pewnych momentach światło nadające powagi wdawało mi się przesadne - poświata wokół sylwetki prezydenta była dla mnie obrazem już zbyt metafizycznym. Podobnie na końcu: jego figura widziana przez pryzmat obrazu płonącego płomienia też wydała mi się skojarzeniem zbyt banalnym. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że właśnie te elementy jako jedyne sugerują widzowi, jak wielkiego ryzyka podejmuje się Lincoln decydując za wszelką cenę wprowadzić 13. poprawkę, ich wykorzystanie udaje się obronić. Bez tego drobnego zaznaczenia Lincoln stałby się może zbyt powszedni, a historia mniej ważna. Uważam film za naprawdę warty zobaczenia.





Projekcja Lincolna wywołała u mnie jeszcze inne refleksje. Nie jest żadną tajemnicą zakończenie filmu: poprawka znosząca niewolnictwo zostaje wprowadzona, lecz sam prezydent ginie postrzelony w zamachu. Obok mnie w kinie siedziała moja 15-nastoletnia siostra, która w zupełnie naturalnym odruchu rozpłakała się w momencie wzmianki o śmierci Lincolna. Przyszło mi do głowy jak bardzo abstrakcyjnym było wcześniej pomyśleć, że ktoś - współczesny, nastoletni czy dojrzały już Polak, może jeszcze opłakiwać śmierć Abrahama Lincolna, prezydenta Stanów Zjednoczonych z XIX wieku. Od razu ruszyła lawina skojarzeń postaci historycznych ginących w wojnach, walkach, zamachach, ale których śmierć jest przecież sprawą tak odległą, że nie ma żadnego wpływu na nasze odczucia. Wzruszenie śmiercią Lincolna było naturalne, mi też w kinie przez chwilę zwilgotniały oczy, a przecież to tak samo absurdalna sytuacja jak opłakiwanie Władysława Warneńczyka, który zginął w bitwie pod Warną w średniowieczu...! Może przesadziłam trochę z porównaniem, lecz to nie jest tutaj najważniejsze.

W kinie miałam dowód na niesamowitą siłę oddziaływania filmu. Gdy zastanawiam się nad tym - jest to rola zupełnie pozytywna. Znam przecież wiele rewelacyjnych historycznych filmów, dzięki którym nie pomylę już postaci z działalnością, krajem, potrafię zlokalizować w miejscu i czasie. Świetne filmy wojenne jak "Życie jest piękne", klasyczna "Zielona mila", nasz polski "Katyń", serial "Czas Honoru", zeszłoroczne "80 milionów" to pierwsze pozycje które przychodzą do głowy przed serią niezliczonych bardzo dobrych produkcji. Nie brakuje także pomyłek w postaci "Bitwy Warszawskiej" czy "Bitwy pod Wiedniem", gdzie ogromna kampania marketingowa i cała forma absolutnie przerosła właściwą treść. Tak, jak to jest z tak wielką siłą oddziaływania trzeba uważać i starać się zawsze przed historycznym kinem wiedzieć coś więcej o tematyce, zwracać uwagę na kraj produkcji. Ta świadomość zależności sposobu patrzenia na historię od szerokości geograficznej nie ma nas jedynie ostrzegać o historycznych "oszustwach" producentów. Właściwie, uważam za zupełnie naturalne. Każde państwo ma przecież prawo do narodowej dumy ze swojej historii, choćby była bardzo przekoloryzowana. Właściwą obroną na jakieś fałsze historyczne jest tworzenie własnych alternatywnych źródeł informacji. Potrzebne są filmy takie jak "Katyń", przypominające o heroizmie, i te jak ostania "Tajemnica westerplatte" - ukazujące różne strony medalu. Po projekcji Lincolna doszłam do wniosku, że  świadomość relatywizacji patrzenia na kino to nie tylko wyczulenie na prawdę historyczną, ale także docenienie sztuki realizatorskiej, która ożywia historię i zbliża ją do nas w taki sposób, w który nie potrafią podręczniki. Właśnie za ten drugi punkt należy się uznanie dla Lincolna.

niedziela, 24 marca 2013

maraton filmowy - amerykanina portrety psychologiczne!


Wspominałam już o tym nie raz - pewnie dlatego, że to pierwsze takie przedsięwzięcie, którego byłam  organizatorem na uczelni.  Dużo niedociągnięć, jednak ostatecznie zgodnie z planem zrealizowane pomyślnie!    Skorzystałam nie tylko na doświadczeniu organizacji, lecz chyba przede wszystkim jako widz. Ostatnio coraz rzadziej mam okazję na spokojnie obejrzeć sama film, nieustannie mam tyle pomysłów i przedsięwzięć do zrealizowania, że półtorej godziny wydaje mi się czasem nie do nadrobienia i rezygnuje z wytęsknionej projekcji. Cały dzień z filmami na uczelni mimo stresu przygotowywań, w końcu pozwolił mi na spokojną analizę filmowych realizacji, tym bardziej, że wszystkie z filmów zamierzałam już dawno zobaczyć, ale nie udało mi się wcześniej. Odpoczywając, medytując, czasem zaintrygowana, czasem z lekką pobłażliwością formułowałam wnioski cały dzień. I pytałam siebie, czy nasz maraton udał się pod względem ideologicznym. Udało nam się sformułować jakąś definicję amerykańskiej kultury? - lub przynajmniej tego, za co w Europie amerykańską kulturę się uznaje.

Po pierwsze: Annie Hall. Rozpoczęta przydługim monologiem amerykańskiego intelektualisty, który opowiada o swoim nie udanym życiu (głównie erotycznym...). Wiedziałam, czego powinnam spodziewać się po Woodym Allenie, sięgając jednak do starszej, jednej z początkowych jego produkcji, wydaje mi się, że trochę lepiej go poznałam. Współczesne realizacje są już dużo mniej naładowane atrakcjami w postaci dygresji samego Allena, a przygotowywane bardziej pod lekką pozycję na wieczór. Ta "ujarzmiona" już, późna twórczość wydaje mi się jednak trafniejsza, choć widać odejście twórcy od pierwszych pomysłów filmów-dzienników intelektualisty. 

Do Woody'ego Allena trzeba mieć cierpliwość. Przy Annie Hall, miałam wrażenie że to film absolutnie jego, tworzony dla niego samego, nie dla widza. Jego dziennik z przemyśleniami - absolutnie błyskotliwymi i niepodważalnymi (wg samego autora - co Allen próbuje nam przekazać na każdym kroku). Ma coś z Gombrowicza, Gombrowicz jednak jest dla mnie bardziej przyswajalny, myślę, że jednak ze względu na pochodzenie, na polskie realia. Allen w Annie Hall to intelektualista, Allen to konsument, Allen to Amerykanin. Nie troszczy się o sprawy materialne, właściwie nie troszczy się o nic, poza swoimi przemyśleniami i problemami z kobietami. Chronologia w jego pomyśle absolutnie nie ma żadnego znaczenia, jedynie chaotyczna spełnia jakieś funkcje. Annie Hall nie każdemu się spodoba, mi się jednak podobała. To film czysto dygresyjny, sprowadzający się do konsekwentnego udowadniania tezy założonej przez autora  już na początku historii, że związki między kobietą i mężczyzną to twory sztuczne i absurdalne, a jednak nam potrzebne i przez nas pożądane. Woody Allen tak bez ogródek przekazuje swoje przemyślenia, że nie trzeba się nawet doszukiwać dodatkowych znaczeń. Zafascynowany sobą w Annie Hall rozrysowuje swoją intelektualną wędrówkę bardzo szczegółowo.


Na lunch: Kawa i papierosy. Bardzo niezdrowo - jak echo powtarzają się słowa różnych postaci, przemieszanych na wszystkich poziomach.  Ten pomysł na film podoba mi się bardzo. Chaotyczne epizody z życia obrazują sceny te uznawane za najbardziej codzienne i w swojej codzienności nieciekawe, czasem krępujące, niezręczne, jak charakteryzowane przez Binę na jej blogu Socially Awkward. Dużo tutaj dobrej analizy zachowań, lekkie opowiadanie o ludzkiej naturze, w amerykańskim stylu: lapidarnie, fragmentarycznie, krótko, w międzyczasie.


Następnym punktem w repertuarze była klasyka Tarantino. Wiedziałam, że będzie brutalnie, wiedziałam, że będzie bawił się obrazem, mieszając kolory, wizje, dodając rzeczywistości, tworząc świat rządzony przez przemoc i żądze. Przygotowywałam się mentalnie, a mimo to mój mózg miał problemy z zaklimatyzowaniem się w nowych realiach. Trudno mi się przekonać metody przesytu brutalności, bo sama nie potrafiłabym wymyśleć optymizmu przesłania,  umiejscawiając go w tak wypaczonym, zepsutym, makabrycznym środowisku - bo właśnie tak przedstawiał mi się świat Tarantino. Przestrzeń tak destrukcyjna, że nie potrafiłabym jej sama obronić. A jednak Urodzeni mordercy bronią, oczywiście, z przymrużeniem oka, nikt nie będzie brał na poważnie okrucieństwa głównych bohaterów, gdy reżyser przedstawia ich jako postacie ewidentnie pozytywne, co więcej darzące się prawdziwą miłością. Póki co, cieszę się, że oglądałam go na maratonie - w domu z pewnością nie dotrwałabym do końca za pierwszym podejściem. Teraz myślę, że za jakiś czas trzeba będzie do niego powrócić i jeszcze raz podjąć się zrozumienia pomysłu Tarantino. Bo przecież chodzi tu o coś więcej niż historię, chodzi o człowieka i jakąś jego definicję. I to też na zupełnie inną historię!

Po tych trzech filmach skończyła się moja wolność, mój odpoczynek i mój czas. Musiałam spieszyć się na zajęcia. Nie mogę odżałować jest Las Vegas Parano, film z pewnością do obejrzenia. Wyruszyłam więc z westchnieniem na ustach, lecz naładowana w dygresje. Mam tylko nadzieje, że nie tak dokuczliwo-moralizatorskie jak te Woode'go Allena! :)



wtorek, 19 marca 2013

Baczyński - traktat o poezji



Jak już zapowiadałam kiedyś, gdy tylko Baczyński pojawił się w kinach postanowiłam wybrać się na film. Spodziewałam się wrażliwej historii o poecie, obrazującej sceny z jego życia, dotykającej problemu miłości wśród bólu, walki ze sobą o zgodę na zabicie człowieka, między tchórzostwem a wrażliwością. Spodziewałam się, że film będzie przepełniony liryką, taki nastrój emanował już z zwiastunu, myślałam jednak, że wiersze będą tutaj przerywnikiem fabularnej historii umieszczonej w warszawie wojennej, przedstawionej obrazami jak z Czasu Honoru. Okazało się trochę inaczej.



Reżyser obdarzył poezję funkcją głównego, wręcz jedynego narratora, przerywanego krótkimi, pojedynczymi zdaniami świadków wydarzeń, czysto informacyjnymi. Nie jestem pewna czy to lepszy pomysł. Miałam wrażenie bowiem, że poezja staje się wtedy tłem do wydarzeń. Wprowadzana na zasadzie myśli Baczyńskiego, wypowiadanych przez niego bardziej angażowałaby się w to co działo się na ekranie, bardziej by współgrała z historią. Jest to jednak jakiś pomysł, i przemyślane zadanie, nie należy więc negować idei reżysera. Dzięki temu udało mu się dosięgnąć innej ważnej kwestii - korespondencji poezji Baczyńskiego ze światem współczesnym.


Pierwsza scena filmu bardzo mi się podobała. Teledyskiem do piosenki w wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk były obrazy współczesnej Warszawy, w pełnym ruchu, na chodnikach, w autobusach, tramwajach. Kamera o niestabilnym, w pośpiechu kręconym obrazie chwyta spojrzenia przechodniów, twarze zmęczone. Codzienność to temat banalny, lecz przecież otacza nas nieustannie, nieprzerwanie i tkwimy w niej bez zastanowienia. Dlatego oklepane kadry tramwajów zawsze mogą uczyć pokory zauważania więcej. Na ulicach poznajemy młodych ludzi, wybierających się na poetycki konkurs im. Baczyńskiego. I to ich recytacje były tłem do obrazu filmu o Baczyńskim. Niektóre uważam za świetne, tylko jedna niespecjalnie przypadła mi do gustu. Za nietrafioną uważam też wstawkę współczesną z końca filmu - wypowiedzi autorów recytacji wierszy dotyczące ich stosunku do poświęcenia życia za ojczyznę. Miało być naturalnie, lecz wiadomo, jak trudno zachować autentyczność przy takich pytaniach. Cały Epilog filmu był trochę zbyt długi, bo przyćmiewał powagę finałowej sceny. Powinniśmy zapamiętać twarz Baczyńskiego wychodząc z kina, tymczasem oglądamy jeszcze około minutowy informator obejmujący podstawowe informacje, historię bohaterów, przedstawienie występujących autentycznych postaci - i to przy dźwiękach bardziej rockowych. Znów - może komuś się spodoba - ja potrzebowałaby jednak więcej czasu na refleksję.


Co do fabuły ma jeszcze jeden bardzo słaby punkt: miłość do Basi. Reżyser za priorytet ustanowił sobie ukazanie dramatu wrażliwego człowieka w konfrontacji z ogromem wojny, że zupełnie zmarginalizował romantyzm małżonków. Brak momentu zatrzymania kamery nad momentem zakochania się - przecież od pierwszego wejrzenia. Później Baczyński jest tak nieobecny i zadumany nad dramatem wojny, że Basi prawie nie zauważa. Całą miłość opisuje jeden recytowany wiersz z liryk miłosnych. A przecież historia ich młodego małżeństwa z pewnością jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych historii miłosnych czasów wojny.

Nie chce zniechęcać: na pewno nie żałuję wybrania się na seans. Uważam też, że taka tematyka to  bardzo trudne zadanie dla reżysera, zwłaszcza gdy chce się zrobić to w innej formie niż zwykły fabularyzowany film. To był film o poezji. Koncept trafiony lub nie, ale zawsze jakaś próba twórcza. Znalazłam dużo rzeczy, które mi się nie podobało, jedno jednak stanowi tutaj niezależną wartość - poezja - autentyczny oddech zranionej, tragicznej historii.



środa, 13 marca 2013

Plakaty - maraton filmowy


Wszystkich z okolic Łodzi zapraszam na maraton filmowy organizowany przez nasze naukowe koło skn Designer. Jak widać repertuar zachęca - mnie na pewno! Po maratonie należy się spodziewać recenzji w amerykańskim stylu i spostrzeżeń - jak wszystkie filmy odbieram jako całość. Dla mnie samej jest to jeszcze trochę zagadką, z prezentowanych oglądałam do tej pory jedynie Grease, a pozostałe były jedynie na liście must see. Założeniem tematyki miało być krążenie wokół amerykańskiej kultury - tego jej oblicza, które ona sama kreuje. Myślę, że bardziej krążymy tu wokół samej rozrywki niż jakiejś przemyślanej i konstruktywnej refleksji o Amerykanach, jednak chyba nie można było sobie na to pozwolić w maratonie organizowanym podczas normalnego dnia nauki. Filmy miały być takie żeby wpaść na przerwie, wciągnąć się i zostać dłużej, tyle na ile pozwala plan zajęć. Więc bo radykalnych selekcjach i cięciach repertuaru zostały te!

Plakat u góry jest projektowany przeze mnie. Jak obiecałam w poście o Fotografii Artystycznej, postanowiłam spróbować wykorzystać aparat do projektowania plakatu na maraton. Przez to, że czasu nie ma dużo i musiałam się trochę śpieszyć nie dopracowałam szczegółów. Założenie było proste, grafika miała ilustrować hasło American dream i dlatego poduszka jest "twarzą" naszego Amerykanina. Pochodzenie i charakter miały sugerować atrybuty - okulary - słońce, papieros, odpoczynek, respect, władcy świata taki tok skojarzeń można ciągnąć w dowolną stronę ;) i kapelusz - miał być kowbojski i przypominać o Dzikim Zachodzie. Kowbojskiego niestety nie było w zasięgu i użyłam przypadkowego. Rozmyło to czytelność przekazu, niestety. Dlatego też w tle umieściłam amerykańską flagę - jedyny akcent przypominający o tematyce wprost. Propozycji ostatecznie nie skreśliłam, gdy wpadłam na pomysł, że moja postać z poduszki może kojarzyć się z Las Vegas Parano. No i ostatecznie wybrano właśnie ten plakat na reklamujący maraton, chociaż propozycji stworzyłam więcej. Oto niektóre z nich: 





W każdym razie - na maraton zapraszam!

wtorek, 12 marca 2013

filmy krótkometrażowe



Filmów jest wiele. Komedie, dramaty, animacje, dokumentalne, sensacyjne... Mamy też filmy krótkometrażowe, choć często właśnie tych brakuje w wyliczankach gatunków. Sama przecież potrafię policzyć ile filmów krótkometrażowych znam w proporcji do pozostałych. Rachunek nie jest zaskoczeniem. 


Kinematografia krótkometrażowa bywa pomijana, stawiana niżej od "prawdziwego kina". Jak wytłumaczyć ten absolutny brak popularyzacji tego gatunku? Przecież nie chodzi tutaj o niską jakość. Może to kwestia bardziej komercyjna?  Krótkometrażowych filmów trzeba szukać na Youtube, nigdzie indziej nie są wyświetlane - no chyba, że okazjonalnie. Nie są grane w kinach. Może jest na to jakieś wytłumaczenie: współcześnie i tak chodzimy do kina rzadziej niż kiedyś, a jak ktoś wybiera się już na takie przedsięwzięcie to chce zapewnić sobie rozrywkę na ten optymalny seans półtora godzinny. Wycieczka do kina w celu obejrzenia 20 minut krótkometrażowego filmu mogła by się nie sprawdzić pod względem ekonomicznym. Ale czemu duże sieci kinowe nie zorganizują choć raz na jakiś czas maratonu filmów krótkometrażowych? Aby przekonać się, że moje sądy nie są niczym niepodparte poszukałam w Google. Taki maraton znalazłam tylko w kinie Nowe Horyzonty we Wrocławiu, ale to kino o zupełnie innej kategorii. Znane jest z popularyzacji filmów studyjnych, na wysokim poziomie i organizowanego letniego festiwalu filmowego z telebimem na środku wrocławskiego Starego Rynku.

Brak filmów krótkometrażowych w kinach można jakoś uargumentować  Ale czemu w ogóle nie ma ich w telewizji? Przecież nie może chodzić o antenowy czas: niektóre krótkometrażowe dzieła sztuki trwają tyle, co reklamy pomiędzy programami. Wiadomo, że Telewizja nie pozwoli sobie na taką stratę (materialną...) nie emitując seriali o nieskończonej oglądalności, lecz mogłaby chociaż zrezygnować z jakiś powtórek i wyświetlać np. raz w tygodniu krótkometrażowe filmy. Uważam, że te są stworzone dla telewizji - w jej pierwotnym, ideowym przekazie. Nie mamy czasu często oglądać przypadkowych filmów w telewizji, nieporównywalnie wygodniej jest zaopatrzyć w nie swój komputer i wyświetlić o wybranej porze. A 20 minut filmowej przerwy to naprawdę optymalny czas. Wiadomo, je też można znaleźć w Internecie, chodzi tu jednak o coś jeszcze - popularyzację. Znajdę ten film, jeżeli o nim usłyszę i to jest prawda.

Tak dokładnie rozrysowując potrzebę mówienia o krótkometrażowej twórczości zdradzę co mnie skłoniło do tych wszystkich przemyśleń. Siostra pokazała mi Most. Bardzo ciepły, wrażliwy film, pełen dramatyzmu i optymizmu jednocześnie. Historia jednowątkowa i krótka, na co pozwala 20 minut filmu. Dużo tu muzyki i to także jest jedną z cech filmów krótkometrażowych. Przypomniałam sobie o "krótkiej" kinematografii i zobaczyłam w nich funkcję opowiadania w literaturze.

 Dalej, do ostatnich oglądanych przeze mnie krótkometrażowych filmów należał Paperman - wyjątek, który dzięki promocji Disneya, jest znany i rozpoznawalny. Ale komercyjny sukces nie przeszkadza absolutnie składać gratulacje za świetne wykonanie i aż rozczulającą od optymizmu historię. Po obejrzeniu prześladowała mnie myśl, czemu krótkometrażowe filmy animowane nie mogą być wyświetlane jako wieczorynki? Przecież i długość i jednowątkowość się zgadza. Wytłumaczenia nie znajduję.


 Obok Papermana w repertuarze dobranocek mógłby się znaleźć jeszcze Kinematograf - bajka mądra, oparta na biografii, o bardzo miłej animacji. Pewnie w ogóle bym  nigdy na nią nie wpadła, gdyby nie to, że wyświetlano ją w Muzeum Kinematografii.



Wcześniejszy animowany film krókometrażowy, który oglądałam to Piotruś i Wilk. Pisałam już o nim obszernie w poście Polska animacja poklatkowa. Chociaż mi się podobało, tu chodzi bardziej o niezwykłość  techniki i oryginalność, bardziej dla koneserów niż dzieci. (A może się mylę?)







Jeżeli jesteśmy przy technicznej doskonałości należy jednak wymienić świetne pozycje reżyserii Łukasza Bagińskiego. Katedra wręcz hipnotyzuje, lecz na wspomnienie zasłużyła jeszcze Animowana historia Polski. Choć gwiazdki Uni Europejskiej nad Warszawą można było sobie darować;), przejścia, jedna z moich ulubionych scen przedstawiających powietrzną bitwę o Anglię, wszystko jest świetnie dopracowane. Dodając przemyślaną funkcję już w pełni film zasługuje na obejrzenie!

Wracając jednak do poważniejszych, od których przecież zaczęłam, jeszcze jedną krótkometrażową opowieść kiedyś trafiłam. Przepraszam za powstał na podstawie wiersza. Zachęcam do odkrywania dalej! U mnie to dopiero początek...

środa, 27 lutego 2013

latająca maszyna - polska animacja poklatkowa


Korzystając z faktu, że mój napięty plan zajęć przerywany jest w tym tygodniu spotkaniami tylko organizacyjnymi  wybrałam się wczoraj do łódzkiego muzeum kinematografii - we wtorki umożliwiającego darmowe wejścia. Oprócz bardzo ciekawej stałej ekspozycji, którą warto zobaczyć ze względu na mnóstwo naprawdę ciekawych plakatów filmowych, animacje prezentowane na monitorach udostępnione do oglądania czy fotoplastikon, znajduje się tam wystawa składająca ze scenografii polskiego filmu animowanego Latająca Maszyna, wykorzystującego technikę poklatkowej animacji. Scenografia z muzeum niezmiernie mi się podobała, uzmysławiała, jak wielkim i misternie dopracowanym przedsięwzięciem jest konstrukcja takiego filmu.

Jednak szczerze mówiąc, o Latającej maszynie słyszałam pierwszy raz, chociaż teraz szukając informacji na jego temat, odnoszę wrażenie, że był dosyć szeroko promowany. Posiada własną stronę internetową, własny make of na Youtube. Zainspirowana natychmiast po powrocie zasiadłam do oglądania. No i tutaj ciężko mi ocenić, czy mi się podobał. Film okazał się tylko w części animacją, a w części filmem familijnym, kręconym normalnym sposobem. Realizowany w ogromnej koprodukcji obejmującej Chiny, Indie, Norwegię, Polskę i Wielką Brytanię, został nagrany po angielsku. Dostępna w Polsce wersja to wersja filmu z dubbingiem, a każdy wie, jak ogląda się na ekranie aktorów z podłożonym głosem... Był jednak konieczny ze względu na najmłodsze grono odbiorców - które nie mogły by nadążyć z czytaniem napisów. Lecz błędy występują także na poziomie scenariusza. Historia jest jakaś sztuczna - za bardzo nastawiona na edukacyjny charakter. Film był realizowany na rocznicę urodzin Chopina i wykorzystuje jego muzykę w filmie. Moim zdaniem to wystarczająca, subtelna, ale wyrazista promocja. Autorzy jednak na życiu Chopina opierają całą fabułę filmu - dzieci czytają informacje o jego życiu, wędrując jego ścieżkami. Ich podróż coraz bardziej przypomina szkolną wycieczkę, tylko w bardzo abstrakcyjnych warunkach. Latająca Maszyna miała być na pewno filmem realizowanym z rozmachem. Twórcy do realizacji filmu angażują nawet prawdziwego Lang Langa - chińskiego pianistę, specjalizującego się w muzyce Chopinowskiej. Jednak ten eksperyment także średnio się udał w przypadku scen, w których Lang Lang zaczyna być aktorem. Jest nienaturalny, nie przemawia - w końcu trudno wymagać tego od pianisty. Chociaż swoją drogą Lang Lang nie wyróżnia się jakoś wśród reszty postaci - mamy i ich dwójki dzieci. Nikt chyba nie jest tutaj przekonywujący, niestety. Podsumowując więc tą nie-animowaną część Latającej Maszyny - produkcja naprawdę się nie udała... Szkoda, bo całkowicie zaprzepaszcza majstersztyk fragmentu animacji!

Poklatkowa technika to powtórzenie doświadczenia z krótkometrażowego filmu animowanego Piotruś i Wilk tych samych twórców. Ten, tak wszystkich zaskoczył sposobem wykonania, że został nagrodzony Oscarem - jeden z nielicznych (jedyny?) Oscar dla polskiego filmu. Realizacja filmu w taki sposób jest naprawdę niezwykłą sprawą. Potrzeba 24 klatek - 24 zdjęć lalek w określonej scenografii do zrealizowania 1 sekundy filmu, tak, aby zachowała płynność.

W Latającej Maszynie animacja jest  lepiej zrealizowana niż w przypadku Piotrusia. Porównując obie produkcje obie produkcje (mowa o historiach przedstawionych animacją), Maszyna jest dużo cieplejsza i bardziej niesamowita. Wspaniałe makiety Paryżu, Londynu i Warszawy, niezwykły sposób budowy latającej maszyny, sama historia z animacji - jest dużo lepiej przygotowana niż w pierwszej produkcji. W końcu Piotruś i Wilk to był pomysł, eksperyment realizacyjny. W Latającej Maszynie autorzy wykorzystali to, czego nauczyli się już wcześniej i to bardzo dobrze.

 



U góry moje zdjęcia makiety z muzeum ^
Na dole print screen'y z filmu:




Ta niezwykłość szczegółów, którą zobaczyłam w makietach zaprezentowanych w muzeum i potem na ekranie naprawdę mnie zachwyciła. Dlatego tak bardzo ubolewam nad tak nieudaną częścią filmową Latającej Maszyny. Być może autorzy po zawrotnym oscarowym sukcesie, podjęli się zbyt trudnego zadania, stawiając na promocję filmu, a mniej uwagi poświęcając aktorskiej stronie realizacji? Może zbyt pośpieszono się również z pisaniem scenariusza?Mimo wszystko zapraszam do obejrzenia choć pierwszej połowy filmu, w której możemy oglądać "część kukiełkową", zapraszam też do łódzkiego muzeum. Naprawdę warto to samemu zobaczyć, choćby dlatego, aby stwierdzić, że w Polsce naprawdę realizowane były nietypowe i oryginalne projekty animacyjne.  


PS Zainteresowanych techniką poklatkową odsyłam do make of, o którym wspominałam na początku! ;)