Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 września 2013

Szkice piórkiem - Andrzej Bobkowski


Fantastyczna narracja, inteligentne spostrzeżenia, zabawne sugestie i konkretne diagnozy społeczne. Świetny mediator w walce z myślami - własnymi, bo książka tylko je podsuwa czytelnikowi - to zostało mi w głowie Szkicach piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. 

Moje przemyślenia będą dotyczyć tylko roku 1940 - pierwszego roku obejmującego dziennik Bobkowskiego. Dalsze lata zostawiłam na później. Szkice piórkiem bowiem, jak każda literatura od przemyśleń, wymaga świeżego, skupionego umysłu i dlatego też uznałam, że powrót do niej za kilka tygodni będzie lepszym rozwiązaniem. Choć i tak dziennik Bobkowskiego nie ma kompozycji zapisanych pojedynczych myśli, pozbawionych punku zaczepienia i chronologii. Okoliczności - to, co się dzieje teraz i potem jest bardzo ważne - w końcu rozpoczęła się II wojna światowa. W dodatku Bobkowski też nie przeżywa swojego codziennego życia, lecz przez prawie cały czas znajduje się w podróży. I to rowerem! 

Historia o przejechaniu całej Francji przy pomocy roweru i to bynajmniej nie tylko z fantazji, lecz przez okoliczność wybuchu wojny brzmi absolutnie fantastycznie. A jednak Bobkowski opisuje to tak prosto, tak naturalnie, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. Piszę o świecie, który go otacza, analizuje historie Niemiec, Polski, Francji, myśli o ludziach, poznaje ich, próbuje odnaleźć odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie cały świat. I przy tym wszystkim maksymalnie wycofuje siebie ze swoich opisów. Nie ma tu nic z Gombrowiczowskiej dumy pisarza, jego potrzebie  i s t n i e n i a  na łamach swojego dziennika. W momentach najbardziej prywatnych, najbardziej delikatnych, dla niego najważniejszych - Bobkowski znika. Na początku nie rozumiałam, dlaczego tak mało piszę o tęsknocie za żoną, za rodziną, za Polską, czemu się nie żali, jakby domagałam się od niego tych wyznań - chciałam przeżywać razem z nim, jak zazwyczaj przy takich lekturach. Z czasem zrozumiałam, że to nie jest celem Szkiców piórkiem. Te dzienniki są napisane po to, aby zmusić odbiorcę do wyciągania własnych wniosków. 

Ta filozoficzna strona dziennika wydaje mi się najważniejsza - ma zmienić nasze spojrzenie na świat, wojnę, człowieka, zabrania uciekać do wyuczonej pozy. A przy okazji - pełno tu optymizmu, uśmiechu, ciepła, odwagi, pokory, prostoty, miłości. Bobkowski jest naprawdę wyjątkowy. Czytając oniryczne opisy południowej Francji, realistyczne sceny z francuskich miasteczek trzeba samemu się pilnować i przypominać sobie, że trwa wojna, że sam autor codziennie pokonuje blisko 100 km na rowerze, w różnych warunkach atmosferycznych, o nie do końca kompletnych posiłkach - trzeba to sobie przypominać, bo Bobkowski w ogóle zdaje się nie zwracać na to uwagi. Polacy wychowani na Sienkiewiczu mogliby go oskarżyć o brak romantycznych zachowań - w końcu przeżywanie wojny jednocząc się z krajem było obowiązkiem. Bobkowski tęskni za Polską, ceni ją i podziwia, lecz - jak Gombrowicz - walczy z pozorowanym patriotyzmem zmuszającym do umartwienia, tylko, że w przeciwieństwie do Gombrowicza mniej o tym mówi, a więcej wciela w życie. I nie można mieć o to pretensji - nie mam nawet ja - mimo wszystko także wychowana na Sienkiewiczu.

Nic więcej nie piszę - w końcu także stanęłam w środku akcji i tylko czekam by ruszyć dalej. 



Słońce, oślepiające słońce, w dole oddala się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś - i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.


Były takie czasy, w których człowiek marzył; dziś marzenie jest czymś tak bezsensowym, że można je uprawiać tylko po to, aby nie wyjść z wprawy. Jak stawanie na rękach. Zagadnienie życia, zwyczajnego życia, nabiera takiego znaczenia, jak nigdy dotąd. Nie wiem jak to czują inni - u mnie jest wyraźna dwoistość: jestem ja i jest życie moje i Basi. Kiedy o tym myślę, zachowuje się jak lekarz nad łóżkiem chorego: badam, nasłuchuje, patrzę. Świetnie - jeszcze zipi. O to chodzi.


Błądzą wspomnienia, porównania zapomniane obrazy. szedłem raz sam w Gorcach w czasie halnego wiatru... żal jest najgłupszym uczuciem, smutek obezwładnia. prawie całą noc nie będę mógł spać. będę patrzył na siebie i od czasu do czasu stwierdzę, że dobrze to zagrałem; tę scenę bezsenności, melancholii i smutku. To zabawne, gdy czuje się równocześnie, że życie kipi tam wewnątrz i śmieje się.


PS - A w Łodzi można oglądać od 30 września wystawę - Bobkowski. Chuligan wolności. Miejsce: Teatr Nowy. Później wystawa powędruje do Krakowa, jeżeli komuś Kraków bardziej po drodze!



czwartek, 29 sierpnia 2013

Gringo wśród dzikich plemion



Gringo wśród dzikich plemion nie jest żadnym moim odkryciem. Jest to chyba najpopularniejsza książka najbardziej rozpoznawalnego polskiego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego. Wydana już dobre kilka lat temu dopiero niedawno wpadła w moje ręce. 

Do czytania zabrałam się znając Cejrowskiego z jego programów telewizyjnych. W książce spodziewałam się znaleźć znajomą kompozycję reportażu dotyczącego życia Indian w jakimś konkretnym rejonie Ameryki Łacińskiej. Kiedy więc zrozumiałam, że to bardziej opowiadania, opisy krótkich epizodów, dialogów, pojedynczych spotkań niż reportaż z podróży byłam przez chwilę zdezorientowana. Cejrowski potraktował swoją książkę bardzo swobodnie. Autor gra w niej rolę absolutnie pierwszoplanową. Na początku uważałam, że to przeszkadza. Zdanie narratora jest tak silne, że ciężko cokolwiek samemu pomyśleć coś o opisywanym świecie, wyobrazić go sobie po swojemu. poznajemy go tylko z jednej strony. Myślałam, że otrzymam rzetelne fakty, informacje dotyczące przyrody, klimatu, obcej kultury, otrzymywałam jedynie żartobliwe historyjki i to z początku dotyczące w dużo większym stopniu samego autora i jego życia niż życia Indian! 

Część swojej opinii zachowuje nadal, jednak po skończeniu czytania trzeba jednak uznać prawo autora do takich niefrasobliwych wypowiedzi. Po prostu zrozumiałam, że to bardziej pamiętnik, dziennik z myślami, no i trzeba przyznać, że jedynie dzięki temu bardziej niż rzetelne książki podróżnicze nakreśla (zupełnie w tej kwestii zielonym) Europejczykom daleki, dziki świat. Właśnie dzięki opowiastkom Cejrowskiego czyta się dobrze, często rozśmiesza, może irytować ale też z całą pewnością imponuje. Jednostronność, którą zarzucałam mu w pierwszych rozdziałach potem zdecydowanie usprawiedliwiłam przyznając mu do niej prawo - jego zdanie nie jest jego chwilową opinią,ale konsekwencją lat podróży, wiedzą zdobytą w wielu źródłach. I wydaje mi się, że mimo wszystko, mimo swojego ostrego charakteru, swoistego egocentryzmu, zdecydowanych poglądów i całej kreacji dziwaka-ekscentryka posiada niezwykłą wrażliwość na drugiego człowieka, dobro i piękno świata - i to właśnie da się wyczytać we wszystkich rozdziałach Gringo, obojętnie z jakim nastawieniem się czyta Cejrowskiego. 




Indianin żyje chwilą. I jak nikt inny potrafi smakować teraźniejszość. 
Chwile jego życia są pojedyncze i zamknięte w sobie. Przylegają jedna do drugiej - jak jajka w koszu - ale poza tym przyleganiem stanowią odrębne całostki, które oddziela wyraźna skorupka teraźniejszości.
Indianin znajduje się zawsze we wnętrzu aktualnej chwili swojego istnienia - jak kurczak w jajku - i przeżywa ją od środka. kiedy ją już przeżyje do końca - wyczerpie i opróżni do ostatniej kropelki czasu - wówczas skorupka pęka i Indianin znajduje się w chwili potem. To tak jakby się wykluł i odkrył, że jest we wnętrzu innego jajka. Przy czym to następne wcale nie musi być większe od poprzedniego - ono jest inne, różne, niepowtarzalne. Trudno nawet powiedzieć, że jest n a s t ę p n e, bo indiańskie chwile nie są nanizane na żadną nić - raczej wrzucone luzem do wora życia.




czwartek, 25 kwietnia 2013

Z głową i bez - MALEMEN - prasa męska?



Na fashion weeku jest tak kulturalnie, że często można zaopatrzyć się w jakieś nowe magazyny. Do wzięcia były także dwa ostatnie numery Malemena. Nie znałam tego magazynu wcześniej, przyciągały jednak okładką, chociaż tytuł niepokoił.. Prasa męska? Co za głupi pomysł na podział... Ignorując swoje wątpliwości zabrałam dwa Malemeny ze sobą i przez te kilka dni czytałam w wolnych chwilach. I byłam naprawdę pod wrażeniem.


Malemen wydał mi się jak na czasopismo bardzo mądrze napisany, poważny w pozytywnym znaczeniu, treściwy. Z taką swobodą pisze się tutaj o najważniejszych kwestiach w życiu i co najważniejsze nie brzmi to ani banalnie ani patetycznie. To przecież problem literatury wszechczasów. Tematem numeru nie są tutaj kultura rosyjska czy życie pozaziemskie. Tematem numeru jest człowiek i o tym pisze Oliwier Janiak w każdym wstępie, przedstawiając bardzo luźno bohaterów wywiadów. Bo to wywiady są tutaj najważniejszym artykułem i też często zaskakują swoją formą. Gościem pierwszego, który przeczytałam, był Wojciech Smarzowski. Na początku irytował mnie chaotyczny charakter wywiadu. Czytając "w międzyczasie" naprawdę ciężko było od razu połapać się która wypowiedź jest pytaniem, która odpowiedzią. To była rozmowa ze Smarzowskim, pomiędzy konkretnymi osobami, osadzona w konkretnym czasie. Dziennikarz dzielił się swoimi osobistymi, wrażeniowymi refleksjami dotyczącymi Smarzowskiego i pierwszego kontaktu z nim. Potem już tylko rozmawiali i to uchwycił ciągły tekst. Forma wywiadu jednak bardzo ogranicza naturalność spotkania i szczerość odbioru. Gdy już przyzwyczaiłam się, że pytań i odpowiedzi należy szukać rozrzuconych po linijkach tekstu wywiad naprawdę zrobił na nie wrażenie. Takie wywiady się zapamiętuje.

Oprócz tego artykułem numeru były wspomnienia z Auschwitzu, oparte na wywiadach. Nie będę się odnosić do tego, na ile to właściwa inicjatywa, bo przecież wiadomo, że jest bardzo ważna. Refleksje o wojnie też rzadko występują w prasie. Wywiady były jednak jeszcze uzupełniane przez refleksje dziennikarzy w rubryce InBeetween. I znalazłam tam artykuł o Polocauscie, który jest gorzkim komentarzem do pomyłek o "polskich obozach śmierci". Autor bardzo konkretnie przedstawia nasz współczesny narodowy grzech - niepamięć. Pisze o planach mordu III Rzeszy na Polakach i zapiski o tym w dokumentach, porównuje restrykcje okupacyjne Niemiec w Polsce i Europie zachodniej. Chodzi mu o to, że ludobójstwo Żydów potrafiło dotrzeć do świadomości świata, o ludobójstwie Polaków nikt - bo nawet my - nie pamiętamy. I ta nie pamięć sięga do tego stopnia, że występują "polskie obozy śmierci". Komentuje głośno popularność tematu Holocaustu na Zachodzie, w Hollywood. Bohaterowie francuscy czy belgijscy, krytykujący zachowania Polaków, którzy Żydom nie pomogli, nie narażali tak jak Polacy swojego życia i życia swojej rodziny. Artykuł pisany jednak z dystansem i na pewno dużo rozsądniej brzmi niż moje krótkie streszczenie. Ale takiego artykułu też się nie spodziewałam. Malemen ignoruje tabu. 


I jeszcze krótko - w każdym numerze znalazłam dużo artykułów biznesowych - i to bardzo dobrych. Skoro ja przeczytałam o biznesie i jeszcze mi się to podobało, to coś musiało w tym być ;) Następny ciekawy pomysł magazynu, przez 12 miesięcy na okładce prezentuje jeden wers wiersza, układanego tym razem przez Kasię Nosowską dla czasopisma, aby potem na półce przedstawiały całość. Takie rozwiązania spotykałam w seriach książek, w magazynie - po raz pierwszy. Jest też fotografia i też od nietypowej strony. Nie kończy się bowiem na zdjęciach, fotografie opatrzone są komentarzem autora. Gdzie było zrobione, dlaczego to, co wtedy myślał. Brzmi może nudnie i refleksyjnie, ale czyta się dobrze, lekko. Znów Malemen wyciąga rękę w stronę prawdziwości i wciągnięcia czytelnika w świat, który oni opisują, bo to jest świat żywy, jak ten z wywiadów. I co na koniec - przy wszystkich poważnych kwestiach, nie rezygnują z mody, z krótkich informacji o wydarzeniach, przedstawiają sylwetki pracowników. Mam wrażenie, że rozrywki w popularnym znaczeniu jest dokładnie tyle, ile trzeba, w Malemenie chyba wszystko jest wyważone dokładnie. 

Zostaje jeden problem: Dlaczego to prasa męska?! Czy naprawdę ktoś myśli, że kobiety potrzebują jedynie poradnikowo-lifestylowych czasopisemek o tym, jak poprawić swój wygląd w 10 dni? :) Myślałam, że to podział tylko umowny i dotyczący właśnie góra tygodników - dwutygodników, dzielonych na "Pani Domu" i "Auto-Moto". A tutaj w takim poważnym czasopiśmie występuje ten podział. Występuje, bo sprawdziłam jak to czasopismo przedstawia swoją działalność. I znalazłam na stronie na facebooku: "MaleMEN to marka. To wyznacznik trendów i przewodnik po najważniejszych dziedzinach ludzkiej działalności. Każdy nowy numer to zbiór portretów najwybitniejszych Polaków, którzy zainspirowali nas swoim talentem, pasją i dążeniem do sukcesu. Chcemy, żeby byli inspiracją i wzorem dla współczesnego mężczyzny, dla którego piszemy." Ja nie rozumiem! Ale chyba nic na to nie poradzę...



piątek, 5 kwietnia 2013

Publicystyka - (czy) Warto czytać!


W związku z tym, że na stoliku obok łóżka rośnie w zastraszającym tempie stos magazynów różnotematycznych zdecydowałam się na napisanie postu o publicystyce. Ten typ literatury to moje stosunkowo niedawne odkrycie. Zaczęłam kupować odkąd jestem w Łodzi. Myślę, że to też kwestia tego, że duże miasto daje Ci dostęp do magazynów "po terminie" - słowem pozwala na ich tańszy zakup.Mowa tutaj głównie o miesięcznikach, dwutygodnikach - pismach grubszych od bardziej powszechnych gazet. Z pewnością nie kupowałabym ich tyle, kupując w normalnym terminie i z normalną ceną. Magazyny dobrze dopracowane kosztują od 10 zł w górę. Właściwie nie jest to taka wygórowana cena przy takiej ilości stron, często świetnych, dużych zdjęciach, dobrym papierze - możemy to stwierdzić porównując do obecnych cen książek. Rozum jednak upomina przed zakupem, pytając o 10 albo 20 zł za gazetę? Myślę, że wydaje się to  dużo ze względu na terminowość czasopism - skoro jest to wydanie z marca 2013, to za miesiąc będzie już nieaktualne, słowem niepotrzebne. Tymczasem jednak magazyny są takim źródłem inspiracji, które długo się nie dezaktualizuje. Wystarczyło więc tylko kilka wizyt na takich kiermaszach i uzależniłam się od odkrywania nowych pism, jak z second-handami :)  Nie zastąpią czytania książek, jestem jednak przekonana, że publicystyka w swojej dopracowanej formie może być tak sama istotna i rozwojowa dla odbiorcy-czytelnika. Artykuł zatrzymuje nad konkretnym problemem, przez to silnie oddziaływuje ciekawiąc, irytując, intrygując. Tak jak blogosfera, old-wersja - a zalet blogów nie trzeba nikomu wyliczać!


 Jednym z pierwszych miesięczników, który zaczęłam kupować był KMag. I uważam, że to najciekawszy modowy magazyn na rynku. Czasem mam wrażenie, że ma konstrukcje  pudełka do którego powrzucane są najróżniejsze kreatywne pomysły. Podoba mi się przedstawianie autorów na początku i podoba mi się, że to są często ludzie bardzo młodzi, którzy do KMaga dotarli dzięki energii i kreatywności. Nie ma ograniczeń co do piszących i dzięki temu pismo jest żywe i otwarte. Dzięki temu także nie jest oderwane od rzeczywistości, synchronizuje się z tym co dzieje się np. na blogach. Przykładem może być współpraca KMaga z Maffashion, która zatrudnia się tam także pisząc. Dużo tu kultury zupełnie luźno pozbieranej, lubię ich lapidarne informacje o filmach, książkach, designu. Oprócz tego KMag ma świetny duży format, dobry papier i czasem naprawdę wspaniałe zdjęcia. Pierwszego zakupiony numer pocięłam wycinając prawie wszystkie zdjęcia i wieszając je na ścianach w pokoju. Z czasem zaczęło mi się wydawać, że wszystkie sesje zdjęciowe w KMagach są do siebie podobne i czasem stylizowane na aż zbyt prowizoryczne. Często wykorzystują motyw zdjęcia amatorsko prześwietlonego lampą, zawsze pojawia się też jakaś nagość, słowem - miałam z czasem wrażenie, że rozpoznałabym typ kMagowego zdjęcia. Może jednak to plus dla marki? Rozpoznawalność. A na pewno plusem jest artystczne rozumienie fotografii modowej. I za rozumienie, że to tak samo ważne jak projekt ubioru jest tutaj kluczem do sukcesu.





Następnym modowym czasopisem, już z tych popularniejszych jest Elle. Przyznaję jednak, że Elle kupuje bardziej ze względu na znaną osobę na okładce - oczywiście taką, z którą wywiad mnie interesuje. A właśnie najwięcej interesujących osób ma tam wywiady. Poza tym, Elle ma bardziej "poradnikowy" charakter, zbliżający go trochę do tego typu publicystyki powszechnej. Mody jest sporo, ale w przystępnej formie. Magazyn nie jest tak odważny jak KMag, bo ma trafiać do szerszej liczby odbiorców. Od czasu do czasu lub gdy postanawiam trochę zaoszczędzić, Elle jest zawsze dobrym rozwiązaniem.


Natomiast o następnym magazynie już wspominałam na blogu nie raz. 2+3D to kwartalnik, który jako pierwszy zainteresował mnie projektowaniem i wyniosłam z niego naprawdę bardzo dużo. Artykuły o czcionce znaków drogowych, omówienia nowych identyfikacji wizualnych powszechnie znanych instytucji, wywiady z projektującymi osobami, zestawienia must have. Dopiero gdy zobaczyłam na papierze 2+3D obudziło się we mnie coś, co może kiedyś będę mogła nazwać wrażliwością projektanta. W pierwszych  numerach,  które czytałam, każdy artykuł był dla mnie odkryciem na skalę światową ;) Teraz podchodzę już bardziej racjonalniej i spróbuję ocenić rzetelniej. Być może są jakieś porównywanie ciekawe czasopisma projektowe, lecz po prostu ich nie znam, każdemu jednak zainteresowanemu projektowaniem taką lekturę polecam. I moim zdaniem w ogóle nie traci na aktualności.

Oprócz tego przed świętami na kiermaszu kupiłam Chimerę. Kilka miałam podejść do tego czasopisma, dotychczas próby kończyły się jednak rezygnacją. Chimerę chciałam kupić już dawno - w końcu czasopismo literackie, najbardziej znane pismo kulturalne, z praktycznie wielowiekową tradycją. Klasyka publicystyki - tak mi się przynajmniej wydawało. I z takim pojęciem o niej zabrałam się kiedyś do przeglądania i byłam naprawdę zaskoczona. Okazało się, że redaktorem naczelnym mojego tradycyjnego czasopisma jest Rafał Bryndal, jednym z autorów Kuba Wojewódzki, lub inne tego typu gwiazdy/aktorzy/ osoby znane z telewizji. Byłam zaskoczona, bo Chimerę wyobrażałam sobie podobną do Polonistyki - którą zawzięcie przeglądałam przed maturą, skanując sobie co ciekawsze artykuły. Były to artykuły - wręcz prace badawcze, dotyczące konkretnych autorów, twórców, wierszy, książek. I takich analiz spodziewałam się też tym razem, a widząc popularne nazwiska pojęłam, że jest to bardziej czasopismo rozrywkowe niż literackie. W pierwszej chwili pojęłam to wręcz jako zdradę i porzuciłam chęć zakupu. Tym razem jednak stwierdziłam, że muszę kupić i przeczytać, aby faktycznie ocenić magazyn. I czytało mi się bardzo dobrze. Utwierdziłam się w przekonaniu, że bardziej tutaj kulturalnie-lifestylowo niż literacko, często bardzo współcześnie i językiem młodzieżowym, taka jednak jest obecna filozofia pisma i tego się trzymają. Nie wiem czy to dobrze, ale celem pewnie było zwiększenie popularności pisma. Zawsze jakiś sposób...

Dalej z serii kulturalnych - już od dawna w Empiku zaglądałam do Kina. Krótko wpadając do empikowego
salonu, zawsze przeczytałam sobie jakieś recenzje ostatnio oglądanych filmów. Czasopism o kinematografii jest akurat kilka, właściwie ciężko mi ocenić, czemu jakoś wybrałam sobie właśnie Kino do czytania. Mam parę powodów zupełnie niemerytorycznych: Bardzo podoba mi się papier, na którym jest drukowane! Lekko szorstki o ciekawej fakturze, a jednocześnie o bardzo ciepłych barwach. Ja wiem, że kwestie graficzne w magazynie recenzującym filmów należą do spraw drugorzędnych, otwarcie jednak przyznają, że szata Kina bardzo przypada mi do gustu! A na dłużej zostałam przy tym miesięczniku, bo naprawdę dużo recenzji mi się podobało. Teraz więc jak zobaczę Kino na targach starej prasy, kupuję od razu. Stosunkowo niedawnym odkryciem są ich artykuły. Zawsze najważniejsze były dla mnie kinowe recenzje. Ostatnio kupiłam jednak numer z lutego i wszystkie recenzje wydały mi się jakieś ostrożne, niezbyt zdecydowane, postanowiłam więc poczytać sobie dokładniej artykuły. Zaskoczenie było naprawdę duże, bo wiele było naprawdę pomysłowych i ciekawych jak - kino aktorskie dla dzieci w Polsce. Aż zrobiło mi się wstyd, że w Empiku zawsze przewracałam kartki szukając spisów recenzji. Czasopisma jednak potrafią zaskoczyć, my-czytelnicy musimy być czujni!:)


środa, 20 marca 2013

poeta wyklęty - RAFAŁ WOJACZEK



Ostatnio coraz bardziej poetycko, przepraszam, jeżeli za bardzo :) Zawsze uważałam, że elementarnym warunkiem istnienia poety jest jego samotność. Niekoniecznie izolacja, ale z pewnością posiadanie odrębnej, nienaruszalnej tajemnicy życia. To był taki naturalny skutek wyjątkowej wrażliwości przeżyć, spojrzenia, widzącego szerzej lub dociekliwiej. Postać, o których będę mówić doświadczyły jej w sposób wyjątkowo radykalny. Rafał Wojaczek zyskał określenie „poety wyklętego”, podejrzewanego raz o alkoholizm, raz o schizofrenię. Po samobójczej śmierci ogłoszony najbardziej niezwykłym poetą młodego pokolenia. O destrukcyjnych skutkach życia, dramacie odczuwania, samotności, o przemijaniu i o wartościach fundamentalnych będę pisać analizując jego  twórczość.

Cała jego twórczość jest przepełniona buntem wobec świata. Ucieczka od formy to świadomy zabieg mający uwolnić poezję od zakłamania. Wojaczek odcina się od całej dotychczasowej kultury, podważa wartość sztuki, szydzi z ogólnego pojęcia poety, którego twórczość ma służyć ludziom. Ostry, brutalny, momentami wulgarny język ma odciąć go od kłamstwa formy.  Świat bowiem w każdym wymiarze jest tylko pusty i pozbawiony sensu.  Poezja ma być prawdą, nie może więc być „ciekawym słowem”. Wojaczek podważając wartość wszystkiego, określa prawdziwym jedynie bunt, sprzeciw. Prawdą ma być jego cynizm, ironia, brutalność. Można znaleźć tutaj nawiązania do filozofii egzystencjalizmu. Wojaczek podziela egzystencjalny nihilizm, ale nie widzi jednak żadnej możliwości zwycięstwa nad światem, który jest skazany na porażkę. Bohater jego wiersza to człowiek zużyty. Każda forma kontaktu z ludźmi jest dla niego kłamstwem, formą, cierpieniem. Szuka izolacji, separuje się od otoczenia. Jest bierny. Wszystko to sprawia, że wpisuje się w portret XIX dekadenty. 


Jego twórczość to rozliczenie ze światem. Wojaczek balansuje gdzieś między światem rzeczywistym a stworzonym przez nich środowiskiem dla samego siebie, pozbawionym norm, konwenansów społecznych  nie podpisującym się pod żadną kulturą  władzą, państwem. Jednak jego życie świadczy że izolacja nie jest możliwa. Wojaczka doprowadza do autodestrukcji i doprowadziło do samobójczej śmierci. Lubię czytać jego wiersze, przejmujące, prawdziwe i tragiczne. Z szacunku do niego, i jego odwagi w przeciwstawieniu się marności świata. Jednak z pewnością po czytaniu Wojaczka należy udać się na terapię - wyjść na ulicę i zauważyć wszystko, co istnieje dookoła i zobaczyć obowiązek istnienia, podjąć się go i realizować! I żyć :)





A już jutro: Maraton filmowy!

niedziela, 3 marca 2013

Prawiak i inne czasy - przemijanie materii czy dojrzewanie myśli?




Na Tokarczuk trafiłam przypadkiem - to nie była zaplanowana lektura. Zobaczyłam książkę w antykwariacie, skojarzyłam nazwisko autorki i kupiłam Prawiak i inne czasy. Opatrzone nazwą gatunku realizmu magicznego na odwrocie książki zadziałało zachęcająco. Bardzo lubiłam  pełną skomplikowanej magii dzieciństwa prozę Schulza, lubiłam też labirynty nierealnych przestrzeni Franza Kafki. Realizm magiczny kojarzył mi się więc bardzo dobrze.

Istotnie książka Tokarczuk stylem budowania przestrzeni i charakterem książki przypomina dwóch wymienionych wyżej twórców. Jak Schulz, sięga do dzieciństwa, i jak Kafka czyni z tego jednego miejsca, z tej wsi czyni przestrzeń zamkniętą, bez wyjścia, bez możliwości ucieczki. Prywatny mikrokosmos.

W książce Tokarczuk chodzi o czas i przemijanie świata, autorka to podkreśla na każdym kroku. Już w tytule Prawiek i inne czasy zaznacza, że Prawiek - miejscowość, o której opowiada, też traktuje w kategorii czasu, jego specjalnego rodzaju. Każdy rozdział to czas innego z bohaterów - Czas Misi, Czas Izydora, Czas Złego Człowieka ect. pisany z jego perspektywy. Akcja rozgrywa się przez niemalże cały wiek XX - od początku pierwszej wojny światowej do w przybliżeniu lat 80. Poznajemy więc Prawiek przekrojowo, obserwujemy zmiany i śledzimy całe życie bohaterów. To rozliczenie z współczesną historii Polski u Tokarczuk wypada na absolutną przegraną. Ta historia wojen to historia rozkładu Prawieku, ze spokojnej wsi do wyludnionych ruin, które widzimy na ostatnich stronach. Pesymizm jest wszechobecny.

Proza Tokarczuk broni się swoją poetyckością i wrażliwością spojrzenia. Miejscami wydaje mi się zbyt zgorzkniała, za bardzo za wszelką cenę starająca się ukazać to gorsze oblicze człowieka, jego zwierzęce odruchy, erotyzm. Lecz cały ten przegrany świat u Tokarczuk zanurzony po uszy w jakimś ponadziemskim stanie niebytu, pełnym duchowości, ponadczasowym. Znajdziemy dużo bardzo plastycznych opisów rzeczy, drzew, krajobrazów, pogody. Wszystko obdarzone swoim drugim prawdziwym wymiarem, wszystko żyje. Może to jest klucz do zrozumienia pesymizmu, a przegrane życia bohaterów odnajdują sens właśnie w tej innej przestrzeni? Powiedziałabym kolokwialnie, że to dosyć dziwna pozycja. Zostawia jednak za sobą pytania, a taka jest prawdziwa funkcja literatury! ;)

Ilustracja okładki pochodzi z portalu http://www.nexto.pl

środa, 20 lutego 2013

Azazel - trochę prozy kryminalnej


Nie od razu mogłam zabrać się do konstruowania jakiejkolwiek recenzji o tej książce. Dopiero drugiego dnia od przeczytania podejmuje próbę - a to wszystko przez zakończenie, którego w ogóle się nie spodziewałam. Pełno we mnie dziecięcych odruchów, uniemożliwiających mi surową, obiektywną ocenę jakiejś pozycji, kiedy ta za bardzo mnie rozemocjonuje. To takie karygodnie nieprofesjonalne:p


Na serię przygód Erasta Pietrowicza Fandorina autorstwa Borisa Akunina nie wpadłam przypadkiem. Książka została mi pożyczona z bardzo dobrymi recenzjami. Faktycznie Akunina dobrze się czyta. Historia osadzona w rosyjskich realiach końcówki XIX wieku przypominała mi krajobrazy z zapomnianej, a tak lubianej przeze mnie Zbrodni i kary. Przygody Fandorina zaciekawiają od początku. Toczą się tak płynnie jak historie o Sherlocku Holmesie, z tą różnicą, że Erast Pietrowicz w Azazelu to młody dwudziestolatek, dużo bliższy mi do wyobrażenia sobie niż poważny Sherlock. Historia  jest inteligentna, również na tyle zagadkowa, że rozwiązanie nie staje się od razu przewidywalne, nieustannie odkrywamy nowe fakty. Obiektywnie rzecz biorąc - same plusy. Subiektywnie natomiast - nie mogłam się pogodzić z zakończeniem, według mnie okropnie niepasującym i nierzeczywistym. Może jednak dzięki niemu mamy sięgnąć po następne części? Tak już jest z książkami wydawanymi w seriach - nigdy nie mogą się się naprawdę skończyć - a to już taka sama wada, jak i zaleta!


Chciałabym jeszcze zwrócić uwagę na okładkę. Jeszcze przed rozpoczęciem czytania Azazela wpadłam gdzieś na jakiejś "desingerskiej" ;) stronie na wywiad z Przemysławem Dąbrowskim, autorem okładki. Bardzo ciekawie opowiadał o swoich pomysłach, warsztacie pracy i światku wydawniczym. Niestety jak na złość nigdzie go nie znajduję. W każdym razie, ja oceniam okładkę bardzo pozytywnie. Ciekawy zabieg umieszczenia fragmentu i to z jednego z tych bardziej emocjonujących punktów w historii może wciągnąć od pierwszego spojrzenia. Ten sam zabieg jest wykorzystany na każdej okładce z serii z tego wydawnictwa, a wszystkie można je obie oglądać TUTAJ.

Teraz tymczasem siedzę nad Azazelem już spokojnie, kończąc powoli kawę i moje ferie. Czas wracać do Łodzi! :)


poniedziałek, 18 lutego 2013

Proza najbardziej poetycka - opowieść dla przyjaciela Haliny Poświatowskiej


 Biograficzna literatura i sztuka mają ten sam niepowtarzalny urok. Świadomość prawdziwości wciąga nas w ten świat autentycznie, zamiast "na niby". Nie musi być dokumentalnie - aby książka i film były naprawdę ciekawiły fabularyzuje się je, niestety kosztem jakiś niedomówień i wypaczeń. Istnieje jednak jeden rodzaj kultury biograficznej, który zachowuje swoistą fabułę, jednocześnie absolutnie nie zmieniając rzeczywistości - pamiętniki.

Takim właśnie pamiętnikiem, adresowanym do konkretnego Przyjaciela jest autobiograficzna powieść Haliny Poświatowskiej, którą ostatnio miałam okazję czytać. O życiorysie poetki trzeba na wstępie przypomnieć: w bardzo młodym wieku zachorowała na serce, później zakochała się, wyszła za mąż. Dwa lata po ślubie straciła męża, zmarłego również wskutek choroby serca. Gdy choroba Poświatowskiej ponownie się nasiliła, poetce udało się dostać na operację w Stanach Zjednoczonych, gdzie po ukończeniu leczenia została i trzy lata studiowała w jednym z amerykańskich college'ów. Następnie wróciła do Polski, po kilku latach poddana ponownej operacji zmarła w wieku 32 lat.

"Opowieść dla przyjaciela" to delikatna historia o własnych marzeniach, nadziejach i pragnieniu życia. Halina Poświatowska opowiada o początkach swojej choroby, miłości, małżeństwie, wreszcie najwięcej miejsca poświęca poznawaniu Stanów Zjednoczonych. Książka urywa się w momencie powrotu do kraju. To nie jest literatura trzymająca w napięciu - ze względu na fakt, że autorka opisuje swoje życie. Miejscami opowieść przypomina poezję, którą słyszymy i wyczuwamy przez skórę. Zakończona jednak w momencie powrotu napawa optymizmem i wiarą, zupełnie zapominamy o obecności choroby i śmierci. Razem z autorką przyglądamy się uważnie amerykańskiej kulturze, zwiedzamy z nią muzea, chodzimy po nowojorskich ulicach. Od Poświatowskiej naprawdę można się uczyć zauważać drobiazgi. 

W "Opowieści" dużo jest także o miłości. Nie jest to jednak typ miłości werterowskiej, którego przyznam się szczerze się spodziewałam. Odnoszę wrażenie, że miłość dla Poświatowskiej istnieje jako fragment miłości do życia, jako jedno ze źródeł czerpania z życia. To życie jest najważniejsze, a nie miłość. Poświatowska swoją opowieść pisze ze spokojem, po wyciszeniu odtwarzając z pamięci. Emocje są tak samo bliskie i wyczuwalne jednak opowiedziane cichym tonem. Nie ma tu długich monologów mówiących o rozpaczy po śmierci męża, zastępuje je raczej relacja z przebiegu wydarzeń. W jednym miejscu książki Poświatowska wyznaje, że kochała trzy razy. Nie rezygnuje z tego stwierdzenia mimo oburzonego tonu swojej rozmówczyni ogłaszającego, że prawdziwą miłość spotkamy tylko raz. Poświatowska za bardzo kochała życie, aby odebrać sobie prawo do miłości - mowa o miłości duchowej, połączeniu dusz, wzajemnym zrozumieniu. Ciężko mi tą pozycję rozpatrywać w kategoriach książki do poczytania. Jest jednak wspaniałym kluczem do zrozumienia jej poezji oraz znakomicie odmalowuje panoramę psychiczną osoby, świadomej swej choroby i świadomej bliskości śmierci. 

Wrażliwcom - polecam :)