Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 września 2013

Szkice piórkiem - Andrzej Bobkowski


Fantastyczna narracja, inteligentne spostrzeżenia, zabawne sugestie i konkretne diagnozy społeczne. Świetny mediator w walce z myślami - własnymi, bo książka tylko je podsuwa czytelnikowi - to zostało mi w głowie Szkicach piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. 

Moje przemyślenia będą dotyczyć tylko roku 1940 - pierwszego roku obejmującego dziennik Bobkowskiego. Dalsze lata zostawiłam na później. Szkice piórkiem bowiem, jak każda literatura od przemyśleń, wymaga świeżego, skupionego umysłu i dlatego też uznałam, że powrót do niej za kilka tygodni będzie lepszym rozwiązaniem. Choć i tak dziennik Bobkowskiego nie ma kompozycji zapisanych pojedynczych myśli, pozbawionych punku zaczepienia i chronologii. Okoliczności - to, co się dzieje teraz i potem jest bardzo ważne - w końcu rozpoczęła się II wojna światowa. W dodatku Bobkowski też nie przeżywa swojego codziennego życia, lecz przez prawie cały czas znajduje się w podróży. I to rowerem! 

Historia o przejechaniu całej Francji przy pomocy roweru i to bynajmniej nie tylko z fantazji, lecz przez okoliczność wybuchu wojny brzmi absolutnie fantastycznie. A jednak Bobkowski opisuje to tak prosto, tak naturalnie, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. Piszę o świecie, który go otacza, analizuje historie Niemiec, Polski, Francji, myśli o ludziach, poznaje ich, próbuje odnaleźć odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie cały świat. I przy tym wszystkim maksymalnie wycofuje siebie ze swoich opisów. Nie ma tu nic z Gombrowiczowskiej dumy pisarza, jego potrzebie  i s t n i e n i a  na łamach swojego dziennika. W momentach najbardziej prywatnych, najbardziej delikatnych, dla niego najważniejszych - Bobkowski znika. Na początku nie rozumiałam, dlaczego tak mało piszę o tęsknocie za żoną, za rodziną, za Polską, czemu się nie żali, jakby domagałam się od niego tych wyznań - chciałam przeżywać razem z nim, jak zazwyczaj przy takich lekturach. Z czasem zrozumiałam, że to nie jest celem Szkiców piórkiem. Te dzienniki są napisane po to, aby zmusić odbiorcę do wyciągania własnych wniosków. 

Ta filozoficzna strona dziennika wydaje mi się najważniejsza - ma zmienić nasze spojrzenie na świat, wojnę, człowieka, zabrania uciekać do wyuczonej pozy. A przy okazji - pełno tu optymizmu, uśmiechu, ciepła, odwagi, pokory, prostoty, miłości. Bobkowski jest naprawdę wyjątkowy. Czytając oniryczne opisy południowej Francji, realistyczne sceny z francuskich miasteczek trzeba samemu się pilnować i przypominać sobie, że trwa wojna, że sam autor codziennie pokonuje blisko 100 km na rowerze, w różnych warunkach atmosferycznych, o nie do końca kompletnych posiłkach - trzeba to sobie przypominać, bo Bobkowski w ogóle zdaje się nie zwracać na to uwagi. Polacy wychowani na Sienkiewiczu mogliby go oskarżyć o brak romantycznych zachowań - w końcu przeżywanie wojny jednocząc się z krajem było obowiązkiem. Bobkowski tęskni za Polską, ceni ją i podziwia, lecz - jak Gombrowicz - walczy z pozorowanym patriotyzmem zmuszającym do umartwienia, tylko, że w przeciwieństwie do Gombrowicza mniej o tym mówi, a więcej wciela w życie. I nie można mieć o to pretensji - nie mam nawet ja - mimo wszystko także wychowana na Sienkiewiczu.

Nic więcej nie piszę - w końcu także stanęłam w środku akcji i tylko czekam by ruszyć dalej. 



Słońce, oślepiające słońce, w dole oddala się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś - i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.


Były takie czasy, w których człowiek marzył; dziś marzenie jest czymś tak bezsensowym, że można je uprawiać tylko po to, aby nie wyjść z wprawy. Jak stawanie na rękach. Zagadnienie życia, zwyczajnego życia, nabiera takiego znaczenia, jak nigdy dotąd. Nie wiem jak to czują inni - u mnie jest wyraźna dwoistość: jestem ja i jest życie moje i Basi. Kiedy o tym myślę, zachowuje się jak lekarz nad łóżkiem chorego: badam, nasłuchuje, patrzę. Świetnie - jeszcze zipi. O to chodzi.


Błądzą wspomnienia, porównania zapomniane obrazy. szedłem raz sam w Gorcach w czasie halnego wiatru... żal jest najgłupszym uczuciem, smutek obezwładnia. prawie całą noc nie będę mógł spać. będę patrzył na siebie i od czasu do czasu stwierdzę, że dobrze to zagrałem; tę scenę bezsenności, melancholii i smutku. To zabawne, gdy czuje się równocześnie, że życie kipi tam wewnątrz i śmieje się.


PS - A w Łodzi można oglądać od 30 września wystawę - Bobkowski. Chuligan wolności. Miejsce: Teatr Nowy. Później wystawa powędruje do Krakowa, jeżeli komuś Kraków bardziej po drodze!



sobota, 31 sierpnia 2013

Orkiestra Sonus i Żyrardowskie uderzenie - Rzecz o letnich atrakcjach polskich miast


Lato w polskim małym miasteczku ma swoją pewną specyfikę. Obowiązkiem każdej takiej mieściny jest program letnich rozrywek, koniecznie pod hasłem zapewniającym ze wszystkich sił, że lato w mieście nie musi być nudne. I powstają rozrywki - ośrodki kultury szukają, gdzie mogą. Do standardowych zagrań należy zaproszenie gościa - z telewizji, lub po prostu z jakiegoś "ekskluzywnego" zawodu np. aktora - i organizacja z nim spotkania. Zawsze będzie też jakaś biesiada, występ zespołu folkowego/harcerskiego/religijnego, tudzież szkolnego chóru koncertującego po rodzinnym mieście w wakacje. Co lepiej zorganizowane miasto kusi się na Kino letnie - projekcje wychodzą, albo i nie, bo wszystko jest uzależnione od pogody, inicjatywa jednak jest potrzebna i ogłaszana. Ostatnia powtarzająca się rzecz w takich miejskich repertuarach letnich to występy orkiestrowe. Orkiestra strażacka, osiedlowa orkiestra starszych panów, symfoniczne orkiestry miejskie - w końcu w każdym mieście ze szkołą muzyczną nie brakuje muzyków-pasjonatów, i takie koncerty naprawdę spotykałam często niezależnie czy był to Toruń, Gdynia, Rzeszów czy mój Łowicz. Te wszystkie atrakcje miejskie wydają się potrzebne własnie dlatego by zorganizować scenę na właśnie mieszkańcy regionu mogliby prezentować własne dokonania, a przy okazji - są tak naprawdę niezbędne - dzięki nim to "miasto" ma gdzie wyjść i po prostu zobaczyć się ze sobą. 

Ostatnio jednak dostałam po głowie za moje nędzne, pobłażliwo-wielkomiejskie przemyślenia. Okazuje się, że do wszystkiego, a zwłaszcza do muzyki trzeba podjeść poważnie bez względu na okoliczności. Dobra muzyka, może zwalić nas z nóg tak samo w zacisznym pokoju ze słuchawkach na uszach, jak w filharmonii czy nareszcie na miejskiej letniej scenie. 

W Łowiczu od pewnego czasu działa Orkiestra Sonus i właśnie na jej koncert wybrałam się ostatniego wieczoru. Ich od początku nie traktowałam pobłażliwie - czołowi artyści tworzący Sonus dali już o sobie znać w Łowiczu przez ostatnie lata grając w różnych miejscach fantastyczne moim zdaniem Oratorium Pieśni Jerozolimskich. Orkiestra jednak jest inicjatywą nową i jeszcze przeze mnie niepoznaną. Koncert był wieczorem Muzyki Filmowej, więc chciałam spodziewać się lekkiej, rozrywkowej atmosfery, obawiałam się jednak powagi orkiestrowego występu. Złoto instrumentów, ich liczba, muzyka instrumentalna, eleganckie stroje umieszczone w samym sercu łowickiego parku, i to parku, który jest miejscem cichego przyzwolenia na młodzieżowe spotkania, jakie to każde miasto ma zaznaczone na swojej mapie życia nocnego. Obawiałam się jednak bez potrzeby - barierę dystansu kultury podanej za wysoko przełamał charakter wieczoru - koncert muzyki filmowej. 


Utwory były znane, stały się świetną podróżą po najpopularniejszych filmach, wzruszających, zabawnych, kształtujących naszą kulturę. Świetnym posunięciem było wprowadzenie dużej ilości piosenek śpiewanych. Jednak nic nie oddziałuje na nas jak wokal śpiewający konkretnie do nas! Moimi faworytami zostaną utwory "Od nocy do nocy", "Modlitwa Esmeraldy" i piosenka z Tarzana. Zachwyciłam się głosem Hanny Giedy, uważam, że był to chyba najlepszy występ wokalny Kacpra Wysockiego.  Sama orkiestra grała niesamowicie i imponowała. Blisko 60 młodych osób, którzy znaleźli swoje miejsce i wspólnie wygrywali utwory tak samo bliskie publiczności jak i im samym. Ogromną zaletą koncertu był występ Żyrardowskiego Uderzenia. Ci - choć nie ulega wątpliwości, że powinni zmienić swoją nazwę, która niektórym może nie skojarzyć się z perkusyjnym zespołem, lecz ćwiczeniami walki;) - dodali wczorajszemu koncertowi tyle uroku, ile nie potrafił by sam Sonus. Dźwięki cymbał, cymbałków, wszelkiego rodzaju perkusyjnych elementów przy odgrywaniu utworów z bajek było najbardziej magiczną adaptacją, z jaką miałam do czynienia. Ponadto - Żyrardowskie uderzenie, może przez brak wieczorowych strojów, może przez ich różnorodność (przy jednych cymbałkach grał 10-letni chłopiec!) emanowało spontaniczną radością grania, radością muzyki. Muzyka nie zna zasady decorum - nie ważne czy byłaby to filharmonia, pewne brzmienia od razu sprawiają, że chciało mi się tańczyć, śpiewać, klaskać. Oba zespoły naprawdę uzupełniały się świetnie. A prawdziwym fenomenem tego koncertu okazała się jego uniwersalność - to by występ da każdego absolutnie, od rozbieganych dzieci, rozpoznających ulubione piosenki z bajek, do zasłuchanych dziadków. I na pewno na długo zostanie zapamiętany w naszej łowickiej społeczności. 


Strasznie przepraszam za tekst rozmiarów kolosa z Rodos, marny ze mnie recenzent, zdecydowanie bliżej mi do eseisty! A wszystkich zainteresowanych Orkiestrą Sonus lub wspieraniem świetnej kultury, która dusi się wręcz na niezauważalnych deskach ośrodków kultury zapraszam do polubienia ich strony na facebooku, opatrzonej świetnymi zdjęciami ich fotografa, którego autorstwa zdjęcie umieściłam też wyżej. A ja biegając jak zawsze z wypiekami na twarzy po warszawskich teatrach lub łódzkiej Off Piotrkowskiej nigdy już nie będę lekceważyć propozycji kulturalnych polskich miasteczek!


czwartek, 29 sierpnia 2013

Gringo wśród dzikich plemion



Gringo wśród dzikich plemion nie jest żadnym moim odkryciem. Jest to chyba najpopularniejsza książka najbardziej rozpoznawalnego polskiego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego. Wydana już dobre kilka lat temu dopiero niedawno wpadła w moje ręce. 

Do czytania zabrałam się znając Cejrowskiego z jego programów telewizyjnych. W książce spodziewałam się znaleźć znajomą kompozycję reportażu dotyczącego życia Indian w jakimś konkretnym rejonie Ameryki Łacińskiej. Kiedy więc zrozumiałam, że to bardziej opowiadania, opisy krótkich epizodów, dialogów, pojedynczych spotkań niż reportaż z podróży byłam przez chwilę zdezorientowana. Cejrowski potraktował swoją książkę bardzo swobodnie. Autor gra w niej rolę absolutnie pierwszoplanową. Na początku uważałam, że to przeszkadza. Zdanie narratora jest tak silne, że ciężko cokolwiek samemu pomyśleć coś o opisywanym świecie, wyobrazić go sobie po swojemu. poznajemy go tylko z jednej strony. Myślałam, że otrzymam rzetelne fakty, informacje dotyczące przyrody, klimatu, obcej kultury, otrzymywałam jedynie żartobliwe historyjki i to z początku dotyczące w dużo większym stopniu samego autora i jego życia niż życia Indian! 

Część swojej opinii zachowuje nadal, jednak po skończeniu czytania trzeba jednak uznać prawo autora do takich niefrasobliwych wypowiedzi. Po prostu zrozumiałam, że to bardziej pamiętnik, dziennik z myślami, no i trzeba przyznać, że jedynie dzięki temu bardziej niż rzetelne książki podróżnicze nakreśla (zupełnie w tej kwestii zielonym) Europejczykom daleki, dziki świat. Właśnie dzięki opowiastkom Cejrowskiego czyta się dobrze, często rozśmiesza, może irytować ale też z całą pewnością imponuje. Jednostronność, którą zarzucałam mu w pierwszych rozdziałach potem zdecydowanie usprawiedliwiłam przyznając mu do niej prawo - jego zdanie nie jest jego chwilową opinią,ale konsekwencją lat podróży, wiedzą zdobytą w wielu źródłach. I wydaje mi się, że mimo wszystko, mimo swojego ostrego charakteru, swoistego egocentryzmu, zdecydowanych poglądów i całej kreacji dziwaka-ekscentryka posiada niezwykłą wrażliwość na drugiego człowieka, dobro i piękno świata - i to właśnie da się wyczytać we wszystkich rozdziałach Gringo, obojętnie z jakim nastawieniem się czyta Cejrowskiego. 




Indianin żyje chwilą. I jak nikt inny potrafi smakować teraźniejszość. 
Chwile jego życia są pojedyncze i zamknięte w sobie. Przylegają jedna do drugiej - jak jajka w koszu - ale poza tym przyleganiem stanowią odrębne całostki, które oddziela wyraźna skorupka teraźniejszości.
Indianin znajduje się zawsze we wnętrzu aktualnej chwili swojego istnienia - jak kurczak w jajku - i przeżywa ją od środka. kiedy ją już przeżyje do końca - wyczerpie i opróżni do ostatniej kropelki czasu - wówczas skorupka pęka i Indianin znajduje się w chwili potem. To tak jakby się wykluł i odkrył, że jest we wnętrzu innego jajka. Przy czym to następne wcale nie musi być większe od poprzedniego - ono jest inne, różne, niepowtarzalne. Trudno nawet powiedzieć, że jest n a s t ę p n e, bo indiańskie chwile nie są nanizane na żadną nić - raczej wrzucone luzem do wora życia.




wtorek, 27 sierpnia 2013

Bezimienne Dzieło - St. I. Witkiewicz


Przeglądając repertuar Teatru Narodowego na następny sezon uznałam, że recenzja Bezimiennego Dzieła wcale się niezdezaktualizowała - dramat Witkacego figuruje w jesiennych planach narodowej sceny. Miałam takie obawy, bo spektakl oglądałam tuż tuż przed wakacyjną przerwą. Przekonała mnie też powszechnie przyjęta i akceptowana prawda, że Witkacy jest jednak twórcą ponadczasowym i niezależnie od pory dnia/roku/wieku warto o nim mówić. 


Bezimienne dziełko to nie opowieść, to sztuka o idei - 

- Możliwe. Mniejsza o to. Celem naszym jest zastąpienie władzy świeckiej przez duchowną. Kapłanami będziemy my, według rytuału wiary stworzonej przez Joachima Mieduwała, naszego proroka. Z tą różnicą, że on wierzył w coś w rodzaju zamaskowanego panteizmu, my zaś nie będziemy wierzyć w nic. Pewna forma mdłej demokracji pod maską kultu. Coś w rodzaju egipskich kapłanów. Ludzie wyją o nową religię – dowód, że teofizyczna bzdura znajduje tylu wyznawców. Trzeba to ująć w karby i uspołecznić. Rozumie pan?
- Tak, ale jaki ma być nowy ustrój? Sam kult mało mnie obchodzi, mimo że jestem w pewnym znaczeniu mistykiem.
- Ustrój? To, co obecna pseudo-mdła-demokracja robi mimo woli, my zrobimy programowo, z całą świadomością, bez żadnego zacietrzewienia, a dlasze stopnie rozwoju wyznaczy nam linia eksperymentu. Pierwszy punkt – żadnych ekstrapolacji. Chodzi tylko o to, aby stworzyć nowy rodzaj państwa kapłanów. To, co nie udało się innym kościołom z powodu istotnej wiary i kompromisów z tą wiarą, my zrobimy świadomie, jako pragmatyczny, programowy humbug...
- No dobrze, ale ustrój?
- Ależ pan ma tępą głowę, panie Nieznajomy. Mówię przecie: ustrój pseudodemokratyczny, ale bez żadnego parlamentarnego bluffu. Trzeba dać syndykatom prawdziwą, fikcyjną religię, a nie substytut w rodzaju mitu o generalnym strajku. Wierz mi pan, że dzisiejsi ludzie są daleko skłonniejsi do jakiejkolwiek wiary niż totemiści na Nowej Gwinei. Chociażby mieli zużytkować spirytyzm i kręcące się stoliki – wiara być musi.
- Zdaje się, że zaczynam rozumieć.


Jak w całej twórczości Witkacego, w Bezimiennym dziele mowa jest o człowieku jako o jednostce tworzącej, pragnącej przemian. Mozolne próby układania świata, też tak jak zawsze u niego, kończą się destrukcją wszystkiego. Jego rewolucje są na tyle uniwersalne, że dotykają dokładnie tak samo człowieka, jak środowiska czy sztuki. Na te trzy zagadnienia Witkacy stawia jedną diagnozę - ogromną chęć stawania się lepszym - lub po prostu innym za wszelką cenę, pragnienie bycia zapamiętanym w świecie, gdzie nie ma niczego stałego, przy jednoczesnym rozpaczliwym poszukiwaniu sensu i wiary. Brak jednak na tą chorobę leku. Tak człowiek, jak świat i sztuka, dążąc do swoich nierzeczywistych pragnień skazani są w tym boju na porażkę. I to nie tymczasową - absolutną porażkę stawiającą te wartości pośrodku niczego.


Taką prawdę przekazuje nam Witkacy. Lecz ja myślę, że w jego desperackiej opowieści jest też wołanie o zwykłość. I przy okazji - jest to jak zwykle w Teatrze Narodowym - jest to wspaniałe widowisko, angażujące publiczność. Choć w niewielkim stopniu chciano ukazać tą integralność świata rzeczywistego i teatru, o której tak pisał Witkacy. Stąd biorą się aktorzy wyłaniający się z publiczności, ulotki programowe Mieduwalszczyków spadające na nasze głowy. Oczywiście, na pewno te działania wypadają i tak dosyć skromnie na tle zabiegów scenograficznych stosowanych przy prezentowaniu tej samej sztuki w teatrze im. St. Witkiewicza w Zakopanym - lecz tego niestety nie miałam okazji jeszcze nigdy doświadczyć osobiście. Bądź co bądź Teatr Narodowy musi zachować jednak coś ze swej powagi i nie może pozwolić sobie na zupełną destrukcję pomieszczenia,aby silniej oddziaływać na widza. Z pomocą najbardziej wyróżniających się aktorów robi jednak co w jego mocy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Miłość po francusku



Do kina trafiłam zupełnie przez przypadek, nie znając repertuaru. Towarzyszyła mi 16-letnia siostra i w związku z zapoznaniem się z tytułem filmu, wyświetlanego o wybranej przez nas godzinie pojawiła się chwila zawahania. Miłość po francusku może kojarzyć się przecież na różne sposoby... Uznałam jednak, że tytuł jest pewnie znów pomysłem polskich tłumaczy, którzy często stosują tego typu "niezawodne" chwyty prześcigając się w co głupszych nazwach. [Klasycznym przykładem może być tu Dirty dancing, ale jest to zdecydowanie problem pojawiający się współcześnie tak samo nagminnie jak wtedy.] No i intuicja mnie nie zawiodła.

Miłość po francusku jest mimo wszystko filmem ciepłym i sympatycznym. To lekka komedia, którą dobrze się ogląda - oczywiście, kiedy nie spodziewamy się niczego zaskakującego. Sam scenariusz nie jest mocną stroną tego filmu - historia jest wyraźnie przerysowana i skrupulatnie wpisuje się w schemat przewidywalnej komedii romantycznej. Określenie 'francuski' z tytułu podkreśla jedynie miejsce akcji, no i sugeruje francuską obyczajowość. Miłość po francusku przemyca między wierszami już ten zachodni sposób myślenia o miłości. Rozwódka oznacza to samo co panna, posiadanie dziecka jest sprawą zupełnie naturalną, żadnym obciążeniem dla drugiej strony, różnica wieku bohaterów, choć jest tematem przez nie poruszanym, absolutnie nie razi w oczy widza. Ja nie jestem jeszcze aż tak nowoczesna w relacjach damsko-męskich i normalnie takie sytuacje były by dla mnie problemem do zastanowienia się. W filmie jednak toczącym się tak lekko nikt nie ma pretensji do bohaterów. Ci, sympatyczni i wrażliwi, zupełnie nie kojarzą się z żadną rozwiązłością. Jest to więc jakiś dowód na to, że swoboda związków jest już normą, zwłaszcza w zachodnich społecznościach, a moje rozważania są już chyba mocno zdezaktualizowane. 

Nie chodzi mi o to, żeby krytykować za to ten film, obyczajowość to też przecież kwestia kultury danego kraju i przez ten pryzmat trzeba na to patrzeć. Co więcej ukazuje w jakiś sposób pozytywne oblicze związków z dużą różnicą wieku. W Miłości po francusku chodzi w gruncie rzeczy o bezinteresowne, szczere uczucie.  Wszystkim poszukującym czegoś lekkiego na letnie wieczory - polecam!

piątek, 23 sierpnia 2013

Zmruż oczy



Myślę, że my, Polacy mamy słabość do Polski B. Choć wydaje się odizolowana pod względem rozwoju gospodarczego, jest tam coś do czego wracamy. To nasze Południe Stanów Zjednoczonych, korzenie i arkadia, a na pewno symbol zatrzymania się na chwilę, ucieczki od zgiełku, kontaktu z naturą. Tam szukamy porządku i swoistego narodowego moralnego kręgosłupa. 

Tak tłumaczę sukcesy polskich filmów, tych najbardziej optymistycznych i ciepłych, uciekających zdecydowanie w nasze wschodnie rejony - jak seria U Pana Boga za piecem/w ogródku, i tak samo tłumaczę sukces Rancza, tak długo bijącego rekordy popularności, i tak samo produkcji, będącej przedmiotem moich dzisiejszych analiz - Zmruż oczy.

Filmy sprzed kilku lat (przynajmniej polskie) tracą swoją wizualną atrakcyjność dosyć szybko. Trzeba też przymykać oko, przyzwyczajone do nieporównywanej jakości obrazu współczesnych filmów, na realizację. Akcja może toczyć się zbyt wolno dla niektórych, zbyt chaotycznie, mniej wrażliwym fabuła wyda się do granic prozaiczna. Jednak, choćby przez swoja niedoskonałość, Zmruż oczy emanuje obyczajowością i prawdą, zapewne dla innych odbiorców niż polscy - po prostu niezrozumiałą. Właściwie chwyt jest dosyć standardowy. Podlasie, bieda, zdegradowany, uciekający od świata mężczyzna i 10-letnia dziewczyna, przed którą jeszcze całe życie. Trudno jednrak mieć to za złe twórcom. To film, który wzruszy, bo wciąga nas na swoje zabrudzone podwórko. Będzie próbował zaszczepić jakąś nadzieję na spokój, zwiastować pogodę. 


Tak, nie ma tu niczego nadzwyczajnego. Niczego, oprócz codzienności i zmrużonego spojrzenia w przeszłość. Własną! Własną, ponieważ każdy z odbiorców podczas sceny na moście pomyśli choćby mimowolnie o swoich bliskich, znajomych, z którymi musiał się kiedyś rozstać. I to jest właśnie klucz, który przeniósł ten film do kategorii polskich klasyków.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

The great Gatsby


Dawno temu analizując oscarowy sukces Artysty tłumaczyłam sobie, że w kinie doszliśmy już do tego punktu w odzwierciedlaniu realności, w którym sztuka filmowa zaczęła od tego uciekać. Perfekcyjny warsztat, idealnie odwzorowany świat już przestał zaskakiwać, więc nowy(-stary!) pomysł czarno-białego, niemego filmu zyskał zainteresowanie i uznanie.

Teoria chyba się sprawdza, bo technologie zaczęliśmy w filmie wykorzystywać już nie do przenoszenia na ekran rzeczywistości a do ekranizowania obrazów jak najbardziej fantastycznych. Producenci odkryli, że ostatecznie rzeczywistość mamy na co dzień i po tym odkryciu straciła ona swoje nienaruszalne miejsce w kinematografii. Mam wrażenie, że żyjemy w epoce neo-baroku w filmie, pełnej przepychu i sukcesu erze -  po osiągnięciu szczytu innowacji, po krótkim zachwycie nad kinem 3D. A na pewno to wrażenie miałam oglądając The great Gatsby.

Oglądając go towarzyszyły mi dziwne emocje. Tak często kadr, zdjęcia, obrazy lawirowały między kiczem a pięknem, że trudno było nadążyć ze zbieraniem myśli. Film przykuwa uwagę, przykuwa bogactwem akcji i bogactwem bohaterów (także w zupełnie dosłownym sensie tego słowa). Leonardo di Caprio nie bagatelizuje sytuacji i nie zważając na upływ czasu, kocha tak przejmująco i bezwarunkowo, jak to udowadniał przed laty w Titanicu - osobiście myślę, że nie jest to przypadkowe zestawienie ról. W Gatsby'm mamy do czynienia z absolutnie banalną historią miłosną, lecz realizacja zdecydowanie nie przypomina standardowej. A ja zestawiając je ze sobą zastanawiam się, które z nich więcej nam w tym filmie opowiada.

Rażące oczy przejścia między scenami tłumaczę charakterem scenariusza opartego na opowieści. Obrazy są przerysowane w ten sam sposób, w jaki przerysowuje je nasz umysł. Słuchając opowieści o bogaczu mieszkającym w zamku, widzimy bogacza w zamku z bajek, takim, jakim go poznaliśmy w dzieciństwie, jaki zamek nauczono nas sobie wyobrażać. Tak jest w Gatsby'm - miłość to miłość, jezioro to jezioro, kwiaty to kwiaty - nie ma czasu na redukcję przedmiotów na ekranie, jakąś kompozycję w zdjęciach. Nie ma też znaczenia wierność epoce - brak dbałości o usunięcie współczesnych szczegółów w ogóle tu nie istnieje. Współczesność z całą brawurą znajduje sobie miejsce na ekranie. W końcu odbiorcą jest dzisiejszy człowiek, jednostka patrząca śmiało do przodu. Przyjęcie w zamku Gatsby'ego zostało tak przetransformowane, aby odpowiadało jego obecnemu wyobrażeniu, włączając w to nowoczesną muzykę. Opowieść się toczy, trzeba zmieścić jeszcze tyle wydarzeń, a do końca tylko około 100 minut! I pytanie - czy to jest gra z odbiorcą? Uświadamianie mu, że tak naprawdę to kicz jest nam bliższy, a prostota w filmach jest tylko formą? 

Tak brzmiała moja teza po zmierzeniu się z Gatsby'm. Nie mogę jednak - ba, nie wolno mi - pominąć drugiego rozwiązania, dużo banalniejszego. Bo jeżeli jednak sensem tego filmu była fabuła, to oznacza to jedno - tkliwe historie miłosne wcale nie są wytworem zamierzchłych czasów z Przeminęło z wiatrem. Co więcej, w takim razie należy spodziewać się ich więcej na ekranach...




wtorek, 7 maja 2013

Kultura pod strzechy! Teatr Telewizji na żywo



Po weekendowo-majowej przerwie nadrabiam zaległości. Już przed dwoma tygodniami telewizja emitowała następny ze swoich spektakli Teatru Telewizji na Żywo. Śledzę to przedsięwzięcie od początku  jego zaistnienia w październiku ubiegłego roku, ale Trzy razy Fredro był jednak przedsięwzięciem bardzo innowacyjnym. Obejmował trzy spektakle pióra Fredry, nadawane jednak z trzech różnych teatrów - w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa! Popularyzacja jednocześnie klasycznej literatury, kreowanie wizerunku teatru jako innowacyjnej placówki i konkretnych miejsc na naszej kulturalnej mapie kraju.  Dodatkowo jest dowodem jakiejś kreatywnej spójności i współpracy a przecież w takiej dziedzinie jak sztuka jest ona niezastąpiona. Kulturalna maszyna musi sama się napędzać, wtedy działa sprawnie i tylko wtedy zbiera największą publiczność.


Trzy razy Fredro - Świeczka zgasła, Zrzędność i przekora oraz warszawskie Nikt mnie nie zna.  Podobało mi się - jak to teatr, lecz chwilami bardziej, chwilami mniej. Za najlepszy uznaję widowisko Teatru Narodowego. Być może dlatego, że tylko tam fabuła nabiera tempa. Pierwsze dwie propozycje to króciutkie epizody sytuacyjne. O ile pierwszy broni się aktorską grą Macieja Shtura, miejscami bawił i ciekawił, to drugi spektakl znudził mnie. Był odważniejszy w interpretacji - stroje lekko uwspółcześnione, konceptualna scenografia, widać zamysł reżyserski. Najmniej zainteresowała mnie fabuła, ale w końcu trzeba wziąć poprawkę na logistyczne rozwiązanie projektu Trzy razy Fredro. Autor i czas antenowy były tu kwestiami nie do negocjacji, sztuka widocznie pasowała, choć jako pojedynczy Teatr Telewizji uznałabym ją za nietrafioną. Trzeci spektakl w pełni realizuje natomiast swoje komediowe założenia. Bawią aktorzy, humor niedzisiejszy, rodem z fredrowskiego czasu.

Pomysł na poniedziałkowej telewizyjnej ramówki był bardzo trafiony, choć spektakle widzieliśmy już lepsze. Pierwszy, inaugurujący serię "na żywo" była Boska, świetnie rozegrana przez Krystynę Jandę zabawna opowieść o starszej kobiecie, jej karierze i życiu wymyślonym sobie samodzielnie, oderwanym od realiów. Zabawnie i rozluźniająco. Trzeba było co prawda cierpliwie znosić wszystkie dodatki w postaci przypomnień konferansjerów o jubileuszu Teatru Telewizji, jakimi otaczano konsekwentnie cały dzień.  Przypomnienia emitowano także bezpośrednio przed spektaklem, po nim oraz oczywiście w czasie przerwy, kiedy to zaprowadzono telewidzów nawet za kulisy ;) Jednak nawet pomimo tego całego szumu i wrażenia, że przedstawienie jest tak dopracowane, że musi się podobać, to podobało się naprawdę. Samo wspomnienie wywołuje uśmiech.





Następna propozycja znów bardziej opowiadała o człowieku niż posiadała własną fabułę i znów bardzo o aspiracjach, zwłaszcza tych zawiedzionych. Dużo jednak poważniejsze od pierwszego spektaklu, dlatego myślę, że nie zdobyło takiego zainteresowania telewidzów jak głośna Boska. Na scenie wystąpili wtedy wspólnie Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, scenariusz budując na ich wzajemnej dyskusji. Czy to się podobało, to już zależy naprawdę od osobistego odbioru.



Dalej - spektakl Szkoła Żon  z Teatru Polskiego w Warszawie. Komedia pióra Moliera, dopracowana, z idealnym doborem aktorów. Z całą swoją scenografią odebrałam go za najbardziej "teatralny" ze wszystkich wcześniejszych "na żywo". Bardzo blisko jego projekcji byłam w Teatrze Polskim na Cydzie, może więc teatralne wrażenia nie spały we mnie tak głęboko jak teraz i łatwiej było pobudzić więcej zmysłów do odbioru z ekranu telewizora. Podobał mi się bardzo, mimo że jednak był jedynie klasyczną adaptacją.




Kolejny spektakl Daily Soup emitowany był w maju zeszłego roku, znów wyróżniał się swoim charakterem. Losy rodziny opowiadane jak w mrożkowym Tangu, tak fragmentaryczna życiowa przestrzeń jak Kartotece. Inaczej, intrygująco, psychoderycznie. Dużo dobitniej pyta o układ naszego świata, według koniecznego porządku, wszystko w naszych, współczesnych realiach. Myślę, że wielu z nas mogło natrafić na coś o sobie.


Kilka więc spektakli mamy już za sobą. Telewizja zapewnia im kilkumilionowa oglądalność. I pytanie, czy należy to wykorzystać i emitować coraz przystępniejsze sztuki, aby tą oglądalność jeszcze powiększać, czy coraz bardziej wyszukane - aby zwiększyć ich poziom? I na ile Teatr Telewizji jest nawykiem i przyjemnością, na ile przypadkiem. Rozpisałam się tutaj tylko o emisjach na żywo,a te są bardzo  popularyzowane. Każdy z nich ma nawet własną stronę internetową. Spektakle nagrywane tradycyjnie mają już mniejszy odbiór, choć nierzadko są świetnymi spektaklami. Swoją drogą te na żywo i wcześniej przygotowane przedstawienia to praktycznie zupełnie inne historie i na inne opowiadanie. Ja już pośpiesznie kończę, bo w karcie obok odtwarza się zaległa premiera Teatru Moralność Pani Dulskiej z Cielecką - Temat postu przypomniał o konieczności się z nim zaznajomienia! Jednak słabość do kultury też może się okazać zgubna.. Zwłaszcza dla innych obowiązków! ;)


czwartek, 25 kwietnia 2013

Z głową i bez - MALEMEN - prasa męska?



Na fashion weeku jest tak kulturalnie, że często można zaopatrzyć się w jakieś nowe magazyny. Do wzięcia były także dwa ostatnie numery Malemena. Nie znałam tego magazynu wcześniej, przyciągały jednak okładką, chociaż tytuł niepokoił.. Prasa męska? Co za głupi pomysł na podział... Ignorując swoje wątpliwości zabrałam dwa Malemeny ze sobą i przez te kilka dni czytałam w wolnych chwilach. I byłam naprawdę pod wrażeniem.


Malemen wydał mi się jak na czasopismo bardzo mądrze napisany, poważny w pozytywnym znaczeniu, treściwy. Z taką swobodą pisze się tutaj o najważniejszych kwestiach w życiu i co najważniejsze nie brzmi to ani banalnie ani patetycznie. To przecież problem literatury wszechczasów. Tematem numeru nie są tutaj kultura rosyjska czy życie pozaziemskie. Tematem numeru jest człowiek i o tym pisze Oliwier Janiak w każdym wstępie, przedstawiając bardzo luźno bohaterów wywiadów. Bo to wywiady są tutaj najważniejszym artykułem i też często zaskakują swoją formą. Gościem pierwszego, który przeczytałam, był Wojciech Smarzowski. Na początku irytował mnie chaotyczny charakter wywiadu. Czytając "w międzyczasie" naprawdę ciężko było od razu połapać się która wypowiedź jest pytaniem, która odpowiedzią. To była rozmowa ze Smarzowskim, pomiędzy konkretnymi osobami, osadzona w konkretnym czasie. Dziennikarz dzielił się swoimi osobistymi, wrażeniowymi refleksjami dotyczącymi Smarzowskiego i pierwszego kontaktu z nim. Potem już tylko rozmawiali i to uchwycił ciągły tekst. Forma wywiadu jednak bardzo ogranicza naturalność spotkania i szczerość odbioru. Gdy już przyzwyczaiłam się, że pytań i odpowiedzi należy szukać rozrzuconych po linijkach tekstu wywiad naprawdę zrobił na nie wrażenie. Takie wywiady się zapamiętuje.

Oprócz tego artykułem numeru były wspomnienia z Auschwitzu, oparte na wywiadach. Nie będę się odnosić do tego, na ile to właściwa inicjatywa, bo przecież wiadomo, że jest bardzo ważna. Refleksje o wojnie też rzadko występują w prasie. Wywiady były jednak jeszcze uzupełniane przez refleksje dziennikarzy w rubryce InBeetween. I znalazłam tam artykuł o Polocauscie, który jest gorzkim komentarzem do pomyłek o "polskich obozach śmierci". Autor bardzo konkretnie przedstawia nasz współczesny narodowy grzech - niepamięć. Pisze o planach mordu III Rzeszy na Polakach i zapiski o tym w dokumentach, porównuje restrykcje okupacyjne Niemiec w Polsce i Europie zachodniej. Chodzi mu o to, że ludobójstwo Żydów potrafiło dotrzeć do świadomości świata, o ludobójstwie Polaków nikt - bo nawet my - nie pamiętamy. I ta nie pamięć sięga do tego stopnia, że występują "polskie obozy śmierci". Komentuje głośno popularność tematu Holocaustu na Zachodzie, w Hollywood. Bohaterowie francuscy czy belgijscy, krytykujący zachowania Polaków, którzy Żydom nie pomogli, nie narażali tak jak Polacy swojego życia i życia swojej rodziny. Artykuł pisany jednak z dystansem i na pewno dużo rozsądniej brzmi niż moje krótkie streszczenie. Ale takiego artykułu też się nie spodziewałam. Malemen ignoruje tabu. 


I jeszcze krótko - w każdym numerze znalazłam dużo artykułów biznesowych - i to bardzo dobrych. Skoro ja przeczytałam o biznesie i jeszcze mi się to podobało, to coś musiało w tym być ;) Następny ciekawy pomysł magazynu, przez 12 miesięcy na okładce prezentuje jeden wers wiersza, układanego tym razem przez Kasię Nosowską dla czasopisma, aby potem na półce przedstawiały całość. Takie rozwiązania spotykałam w seriach książek, w magazynie - po raz pierwszy. Jest też fotografia i też od nietypowej strony. Nie kończy się bowiem na zdjęciach, fotografie opatrzone są komentarzem autora. Gdzie było zrobione, dlaczego to, co wtedy myślał. Brzmi może nudnie i refleksyjnie, ale czyta się dobrze, lekko. Znów Malemen wyciąga rękę w stronę prawdziwości i wciągnięcia czytelnika w świat, który oni opisują, bo to jest świat żywy, jak ten z wywiadów. I co na koniec - przy wszystkich poważnych kwestiach, nie rezygnują z mody, z krótkich informacji o wydarzeniach, przedstawiają sylwetki pracowników. Mam wrażenie, że rozrywki w popularnym znaczeniu jest dokładnie tyle, ile trzeba, w Malemenie chyba wszystko jest wyważone dokładnie. 

Zostaje jeden problem: Dlaczego to prasa męska?! Czy naprawdę ktoś myśli, że kobiety potrzebują jedynie poradnikowo-lifestylowych czasopisemek o tym, jak poprawić swój wygląd w 10 dni? :) Myślałam, że to podział tylko umowny i dotyczący właśnie góra tygodników - dwutygodników, dzielonych na "Pani Domu" i "Auto-Moto". A tutaj w takim poważnym czasopiśmie występuje ten podział. Występuje, bo sprawdziłam jak to czasopismo przedstawia swoją działalność. I znalazłam na stronie na facebooku: "MaleMEN to marka. To wyznacznik trendów i przewodnik po najważniejszych dziedzinach ludzkiej działalności. Każdy nowy numer to zbiór portretów najwybitniejszych Polaków, którzy zainspirowali nas swoim talentem, pasją i dążeniem do sukcesu. Chcemy, żeby byli inspiracją i wzorem dla współczesnego mężczyzny, dla którego piszemy." Ja nie rozumiem! Ale chyba nic na to nie poradzę...



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Fashion Week Philosophy reporterskim okiem





Łódzki Fashion Week to impreza duża i medialna. Przyznam się, że czekałam na nią z ciekawością i lekką obawą. W końcu na modzie znam się mało. Jestem zbyt nieśmiała w stylu, nowe trendy przyswajam albo wcale albo z regularnym opóźnieniem. Przewidywałam jakieś odzieżowe wpadki, że brak określonych ubrań mnie wyda i będę odstawać od modnie ubranej reszty. I nie mówię tego teraz z ironią, od początku podeszłam do sprawy poważnie. Bo w Fashion weeku nie chodzi o modę, której się ulega i powszechnie spłyca. Tam,  na tym etapie mody - mody od projektantów, mody w kolekcjach - te ubrania to sztuka, a nie masowa produkcja. I właśnie tego rozumienia kolekcji jako sztuki się próbowałam nauczyć!


Pierwsze spojrzenie dotyczyło showroomów - przestrzeni do której upoważniała mnie moja politechniczna wejściówka. Kolejne spostrzeżenia: atmosfera targowiska pomieszany z galerią malarstwa. Targi? Tak, to chyba najbardziej przypominało targi. Dodatkowo - uderzająca otwartość, sympatyczność tych projektantów, prześcigających się na pomysły. Moda z showroomów to właśnie pomysłowość, chyba to jest wyznacznikiem dostania miejsca w tamtych kręgach. Walczę trochę z moim konserwatyzmem modowym, więc parę innowacyjnych rozwiązań mi się spodobało. Mimo wszystko myślę, że zostanę na zawsze w moim trochę-vingate sposobie ubierania.

 



Tego samego wieczoru udało mi się jeszcze dostać na pokazy. I dopiero tam odkryłam naprawdę Fashion Week. Pokazy wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie! Po raz pierwszy spojrzałam na kolekcje jako przemyślaną całość. Fryzury, ruch, kolor, faktura. Potem: Muzyka, światło, blask, cień. Czułam się jak w teatrze, na piętnaście minut istnieją tylko modelki szybkim krokiem dominujące w oświetlonej przestrzeni. Widziane z bliska, nieruchomo wpatrzone przed siebie, nieobecne, o mechanicznym kroku, wydały mi się kwintesencją profesjonalizmu. Jeżeli chodzi o same kreacje - z moim gustem bywało różnie. Jednak chyba w każdym z widzianych pokazów znalazłam rzecz, która uznałam za świetną.

zdjęcie z https://www.facebook.com/FashionPhilosophyFashionWeekPoland
Rzeczą bezapelacyjnie inspirującą były organizowane w ramach Fahion weeku wykłady. Nie rozumiem co prawda, czemu były tak słabo zapowiadane i jakby oddzielone od reszty wydarzenia. Hybrydowni, gdzie miały miejsce, nie było zaznaczonej na mapce, nie rozdawano rozpiski tytułów poszczególnych wykładów. Po prostu - dodatek. Byłam jedynie na dwóch wykładach, tych które wcześniej już zapowiadałam na blogu. Pierwszy prowadzony był przez założycielkę- pomysłodawczynię  Pakamery.pl. Bardzo krótko i treściwie opowiedziała drogę powstawania pakamery, naładowując mnie bardzo pozytywnie i będąc żywym dowodem możliwości, stworzonych przez nasze czasy. Opowiadała o zupełnie przypadkowych, nie tworzących wcześniej nic artystycznego osobach, które z pasji sklejały, szyły, stwarzały nowe produkty, a teraz ich kolekcje pokazywane są w głównych miastach zagranicznych na prestiżowych wystawach. Trudno o bardziej motywujące przykłady.  Przy okazji dowiedziałam się, że Examle.pl to serwis towarzyszący Pakamerze. Z planów na przyszłość Pakamery jest wydanie magazynu. Co za radość, co za szczęście dla polskiego rynku, jak ja lubię magazyny!:) 

Następny wykład także mnie dużo nauczył. Prowadzony był przez Mikołaja Komara, redaktora naczelnego K Maga, więc chociażby z tej przyczyny już mnie interesował. Choć bardziej dotyczył doświadczenia życiowego samego Komara i ewolucji prowadzącej do K Maga, to w sumie ciężko mieć o to pretensje. Każdy mówi o tym, na czym się najlepiej zna. Dla mnie to był kolejna motywująca historia, a także trochę refleksji o fotografii i publicystycznym rynku, tak polskim, jak i światowym.



Fashion Week w jednej chwili mnie zaskoczył, zaintrygował i zachwycił. Łódź stanęła na wysokości zadania, bardzo ładnie prezentując się Księżym Młynem i organizacją wydarzenia. Oczywiście po pewnym czasie pierwsze wrażenie mija i na wszystko mamy trochę inne spojrzenie. Przechadzając się po showroomach już któryś z kolei raz zauważyłam oprócz stoisk serię dziewczynek-nastolatek jak to określił na wykładzie Mikołaj Komar - "w czapeczkach" - przypatrujących się wyglądom wszystkim dookoła, blogerek z aparatami. Da się zauważyć to mainstreamowe, popularne oblicze fashion weeka, jako wydarzenia na którym warto być i "pokazać się". Wieczorem pierwszy raz w życiu widziane z bliska grupy fotoreporterów fotografujących gwiazdy, jak Edyta Herbuś, Klaudia Halejcio, Ada Fijałt... To jest medialne wydarzenie. Tak jak niektóre stroje, zakładane z myślą, aby być oryginalnym i zauważonym za wszelką cenę, najczęściej kosztem estetyki - przecież wiem, że to się zdarza. Myślę, jednak że "hejtowanie" [och, jak dziwnie używa mi się tego słowa:D ale przecież właśnie o taką masową krytykę mi chodzi!] mody i podążania za modą idzie w kulturalnych kręgach za daleko. Naprawdę można znaleźć tam masę inspiracji! 



nie podpisane zdjęcia są mojego autorstwa :>

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

DJANGO


Od świąt chodzi za mną jeden niezrealizowany temat na blogu - Django. Wiem, że to recenzje oscarowych filmów to temat już i spóźniony i wyczerpany, nie mogłam jednak z niej zrezygnować :) Django oglądałam z opóźnieniem, mając już za sobą coś nie co Tarantino i wiedząc, ile zachwytów wywołał ten film. Zupełnie uzasadnionych.

Historia wciąga i jest ukazana z wielkim rozmachem. Pierwsze krwawe incydenty za każdym razem były  dla mnie zaskoczeniem. Na początku odruchowo odwracałam wzrok od krwi rozpryskującej się w każdą stronę. Po kilkunastu minut jednak mózg zaczyna rozumieć już ten brak realizmu tych śmierci, zupełnie, w całej swojej istocie - śmierci filmowych. Bo filmy Tarantino nie przedstawiają jedynie jakiejś konkretnej historii, dużo mówią o samym świecie kina i rządzących nim prawach. 

Muzyka przenosi nas w czasie bezapelacyjnie. Razem z Django odzyskujemy wolność, razem z nim chcemy podbić świat, wymierzyć sprawiedliwość. Przecież każdy wie, jaką moc sprawczą ma dobrze dobrana muzyka. Absolutnie to ona odgrywa tutaj decydującą rolę, przemieniając film w bardzo dobre widowisko. Przy Django naprawdę można się oderwać, to świetny przykład kina rozrywkowego. Właśnie dlatego że tak uległam jego czarowi - bardzo ciężko było mi się o nim jakoś sensownie wypowiedzieć. Są przecież takie filmy jak Lincoln - którego recenzję wydłużyłam do granic możliwości, a podczas każdej sceny pojawiała mi się jakaś następna refleksja dotycząca realizacji czy scenariusza. Tak wielowarstwowy film jak Django mnie pokonał. Wciągnął do tego stopnia, że szybka analiza była niemożliwa. po projekcji została tylko opinia naprawdę dobrego filmu. 


Niedawno wygrzebałam stare Kino na mojej stercie magazynów i szukałam recenzji Django, ciekawiąc się, jak ktoś wywiązał się z przerastającego mnie zadania recenzenta. Znalazłam to czego mi brakowało: spojrzenia na Django przez pryzmat twórczości Tarantino, no i potrzebnego dystansu. Autor Tomasz Jopkiewicz absolutnie uznaje realizacyjną precyzję, ale fabułę poddaje bardzo surowej analizie. Przy oglądaniu filmu powraca pytanie czy Tarantino od początku kariery moralitety, zręcznie skrywane pod powierzchnią krwawego pastiszu? Czy może na odwrót? Może moralna powaga to jeszcze jedno piętro zamierzonej kpiny? Może moralitet fałszywy, w finale szyderczo zanegowany? W końcu w kinowej zabawie nie należy niczego traktować zbyt serio.  Cała recenzja prowadzi go do obaw o sens filmu: Odsłaniając hipokryzję i paradoksy dawnego kina [Tarantino] gubi z oczu może najciekawszy wątek - wzajemnego zarażania się przemocą, czego doświadczają Schulz i Django. Czy mamy sekundować Django, który nabiera cech superbohatera, w pasji odwetu i cieszyć się, gdy odnosi na swojej drodze sukcesy? Obawiam się, że taka jest ostateczna wymowa filmu, mimo wyraźnie podreślonego ironicznego dystansu. Stwierdzenie, że amerykańska kultura przesiąknięta jest różnymi formami przemocy, które gloryfikuje, nie wydaje się zbyt odkrywcze. Problem polega na tym, że Tarantino coraz bardziej przypomina więźnia tej kultury, chociaż nie całkiem jest z tego stanu rzeczy zadowolony.

Analiza w Kinie doprowadziła mnie do bardzo intensywnego myślenia, ile przemocy w Django to zabawa, a ile to przemoc. Myślałam, myślałam i myślałam. I odkryłam, że analizy, tak jak filmy, nie zawsze należy traktować zbyt serio. Włączyłam soundtrack Looking for freedom i z Django zachowałam sobie w pamięci tą chęć podbicia świata. I właśnie to zostawiam sobie na dłużej!



zdjęcia Grafika google

środa, 27 marca 2013

Kino historyczne - forma i funkcja. - "Lincoln" Stevena Spielberga


Czasu ciągle mam za mało i tylko wymuszona organizacyjna umiejętność pozwala mi na jako takie gospodarowanie nim. Wypisywanie zaplanowanych zajęć i obowiązków spełnia jednak swoją rolę, udaje mi się na przykład jeszcze wyjść w weekend do kina. Z wyrzutami sumienia stwierdzam, że nie mam już prawa narzekać na brak filmów - zamiast tego jak najwięcej czerpać z tych, które udaje mi się zobaczyć!



W sobotę trafiłam na Lincolna. Nie był to jakiś wyczekany seans, wybrany bardziej ze względu na okoliczności i czas. Lincoln nie jest żadnym moim ekranowym odkryciem: grany jest już od prawie dwóch miesięcy, sama pozycja jest już raczej powszechnie kojarzona. Dużo się o nim mówiło i słyszało przy rozdawaniu Oscarów, lecz nie angażowałam się wtedy w opiniowanie nagród i nominacji tego filmu lub  snucie oczekiwań, co do samej produkcji.



Szybko można było się samemu zorientować, skąd tyle oscarowych nominacji. Lincoln jest perfekcyjnie dopracowany, idealny w szczegółach. Obraz przeniesiony z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej. Scenografia nie jest tutaj najważniejszym elementem na ekranie, jak w Annie Kareninie, jest jedynie tłem, lecz świetnie zaplanowanym, przemyślanym, odtwarzającym wiernie tamtą rzeczywistość - a przecież taka właśnie jest jej funkcja.


 Ważnym elementem w Lincolnie - warunkującym odczucie, czy film "przemawia" do zwykłego odbiorcy - jest wyważenie proporcji prostoty i patosu. Przedstawienie prezydenta z bliska, lecz nie odbierając szacunku , bez idealizacji, lecz z powagą. Myślę, że to udało się twórcom, głównie dzięki świetnej grze aktorskiej Daniela Day- Lewisa. Jest tak samo przekonywujący, spędzając czas z synem i spokojnie odpowiadając na jego dziecięce wątpliwości, jak wygłaszając przemówienie czy zdecydowanie, nieustępliwie przekonując najbliższych współpracowników do własnych racji. Myślę, że na uznanie zasługują także zdjęcia Janusza Kamińskiego. Jeżeli mowa o patosie w tym filmie, to chyba przemawia on zwłaszcza w nich. W charakterystyczny sposób operuje światłem, zaznaczając w ten sposób powagę sytuacji, trudne wewnętrzne rozterki głównego bohatera. Czy zawsze udaje się im spełnić funkcję to już zależy od  indywidualnego odbioru. W pewnych momentach światło nadające powagi wdawało mi się przesadne - poświata wokół sylwetki prezydenta była dla mnie obrazem już zbyt metafizycznym. Podobnie na końcu: jego figura widziana przez pryzmat obrazu płonącego płomienia też wydała mi się skojarzeniem zbyt banalnym. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że właśnie te elementy jako jedyne sugerują widzowi, jak wielkiego ryzyka podejmuje się Lincoln decydując za wszelką cenę wprowadzić 13. poprawkę, ich wykorzystanie udaje się obronić. Bez tego drobnego zaznaczenia Lincoln stałby się może zbyt powszedni, a historia mniej ważna. Uważam film za naprawdę warty zobaczenia.





Projekcja Lincolna wywołała u mnie jeszcze inne refleksje. Nie jest żadną tajemnicą zakończenie filmu: poprawka znosząca niewolnictwo zostaje wprowadzona, lecz sam prezydent ginie postrzelony w zamachu. Obok mnie w kinie siedziała moja 15-nastoletnia siostra, która w zupełnie naturalnym odruchu rozpłakała się w momencie wzmianki o śmierci Lincolna. Przyszło mi do głowy jak bardzo abstrakcyjnym było wcześniej pomyśleć, że ktoś - współczesny, nastoletni czy dojrzały już Polak, może jeszcze opłakiwać śmierć Abrahama Lincolna, prezydenta Stanów Zjednoczonych z XIX wieku. Od razu ruszyła lawina skojarzeń postaci historycznych ginących w wojnach, walkach, zamachach, ale których śmierć jest przecież sprawą tak odległą, że nie ma żadnego wpływu na nasze odczucia. Wzruszenie śmiercią Lincolna było naturalne, mi też w kinie przez chwilę zwilgotniały oczy, a przecież to tak samo absurdalna sytuacja jak opłakiwanie Władysława Warneńczyka, który zginął w bitwie pod Warną w średniowieczu...! Może przesadziłam trochę z porównaniem, lecz to nie jest tutaj najważniejsze.

W kinie miałam dowód na niesamowitą siłę oddziaływania filmu. Gdy zastanawiam się nad tym - jest to rola zupełnie pozytywna. Znam przecież wiele rewelacyjnych historycznych filmów, dzięki którym nie pomylę już postaci z działalnością, krajem, potrafię zlokalizować w miejscu i czasie. Świetne filmy wojenne jak "Życie jest piękne", klasyczna "Zielona mila", nasz polski "Katyń", serial "Czas Honoru", zeszłoroczne "80 milionów" to pierwsze pozycje które przychodzą do głowy przed serią niezliczonych bardzo dobrych produkcji. Nie brakuje także pomyłek w postaci "Bitwy Warszawskiej" czy "Bitwy pod Wiedniem", gdzie ogromna kampania marketingowa i cała forma absolutnie przerosła właściwą treść. Tak, jak to jest z tak wielką siłą oddziaływania trzeba uważać i starać się zawsze przed historycznym kinem wiedzieć coś więcej o tematyce, zwracać uwagę na kraj produkcji. Ta świadomość zależności sposobu patrzenia na historię od szerokości geograficznej nie ma nas jedynie ostrzegać o historycznych "oszustwach" producentów. Właściwie, uważam za zupełnie naturalne. Każde państwo ma przecież prawo do narodowej dumy ze swojej historii, choćby była bardzo przekoloryzowana. Właściwą obroną na jakieś fałsze historyczne jest tworzenie własnych alternatywnych źródeł informacji. Potrzebne są filmy takie jak "Katyń", przypominające o heroizmie, i te jak ostania "Tajemnica westerplatte" - ukazujące różne strony medalu. Po projekcji Lincolna doszłam do wniosku, że  świadomość relatywizacji patrzenia na kino to nie tylko wyczulenie na prawdę historyczną, ale także docenienie sztuki realizatorskiej, która ożywia historię i zbliża ją do nas w taki sposób, w który nie potrafią podręczniki. Właśnie za ten drugi punkt należy się uznanie dla Lincolna.

niedziela, 24 marca 2013

maraton filmowy - amerykanina portrety psychologiczne!


Wspominałam już o tym nie raz - pewnie dlatego, że to pierwsze takie przedsięwzięcie, którego byłam  organizatorem na uczelni.  Dużo niedociągnięć, jednak ostatecznie zgodnie z planem zrealizowane pomyślnie!    Skorzystałam nie tylko na doświadczeniu organizacji, lecz chyba przede wszystkim jako widz. Ostatnio coraz rzadziej mam okazję na spokojnie obejrzeć sama film, nieustannie mam tyle pomysłów i przedsięwzięć do zrealizowania, że półtorej godziny wydaje mi się czasem nie do nadrobienia i rezygnuje z wytęsknionej projekcji. Cały dzień z filmami na uczelni mimo stresu przygotowywań, w końcu pozwolił mi na spokojną analizę filmowych realizacji, tym bardziej, że wszystkie z filmów zamierzałam już dawno zobaczyć, ale nie udało mi się wcześniej. Odpoczywając, medytując, czasem zaintrygowana, czasem z lekką pobłażliwością formułowałam wnioski cały dzień. I pytałam siebie, czy nasz maraton udał się pod względem ideologicznym. Udało nam się sformułować jakąś definicję amerykańskiej kultury? - lub przynajmniej tego, za co w Europie amerykańską kulturę się uznaje.

Po pierwsze: Annie Hall. Rozpoczęta przydługim monologiem amerykańskiego intelektualisty, który opowiada o swoim nie udanym życiu (głównie erotycznym...). Wiedziałam, czego powinnam spodziewać się po Woodym Allenie, sięgając jednak do starszej, jednej z początkowych jego produkcji, wydaje mi się, że trochę lepiej go poznałam. Współczesne realizacje są już dużo mniej naładowane atrakcjami w postaci dygresji samego Allena, a przygotowywane bardziej pod lekką pozycję na wieczór. Ta "ujarzmiona" już, późna twórczość wydaje mi się jednak trafniejsza, choć widać odejście twórcy od pierwszych pomysłów filmów-dzienników intelektualisty. 

Do Woody'ego Allena trzeba mieć cierpliwość. Przy Annie Hall, miałam wrażenie że to film absolutnie jego, tworzony dla niego samego, nie dla widza. Jego dziennik z przemyśleniami - absolutnie błyskotliwymi i niepodważalnymi (wg samego autora - co Allen próbuje nam przekazać na każdym kroku). Ma coś z Gombrowicza, Gombrowicz jednak jest dla mnie bardziej przyswajalny, myślę, że jednak ze względu na pochodzenie, na polskie realia. Allen w Annie Hall to intelektualista, Allen to konsument, Allen to Amerykanin. Nie troszczy się o sprawy materialne, właściwie nie troszczy się o nic, poza swoimi przemyśleniami i problemami z kobietami. Chronologia w jego pomyśle absolutnie nie ma żadnego znaczenia, jedynie chaotyczna spełnia jakieś funkcje. Annie Hall nie każdemu się spodoba, mi się jednak podobała. To film czysto dygresyjny, sprowadzający się do konsekwentnego udowadniania tezy założonej przez autora  już na początku historii, że związki między kobietą i mężczyzną to twory sztuczne i absurdalne, a jednak nam potrzebne i przez nas pożądane. Woody Allen tak bez ogródek przekazuje swoje przemyślenia, że nie trzeba się nawet doszukiwać dodatkowych znaczeń. Zafascynowany sobą w Annie Hall rozrysowuje swoją intelektualną wędrówkę bardzo szczegółowo.


Na lunch: Kawa i papierosy. Bardzo niezdrowo - jak echo powtarzają się słowa różnych postaci, przemieszanych na wszystkich poziomach.  Ten pomysł na film podoba mi się bardzo. Chaotyczne epizody z życia obrazują sceny te uznawane za najbardziej codzienne i w swojej codzienności nieciekawe, czasem krępujące, niezręczne, jak charakteryzowane przez Binę na jej blogu Socially Awkward. Dużo tutaj dobrej analizy zachowań, lekkie opowiadanie o ludzkiej naturze, w amerykańskim stylu: lapidarnie, fragmentarycznie, krótko, w międzyczasie.


Następnym punktem w repertuarze była klasyka Tarantino. Wiedziałam, że będzie brutalnie, wiedziałam, że będzie bawił się obrazem, mieszając kolory, wizje, dodając rzeczywistości, tworząc świat rządzony przez przemoc i żądze. Przygotowywałam się mentalnie, a mimo to mój mózg miał problemy z zaklimatyzowaniem się w nowych realiach. Trudno mi się przekonać metody przesytu brutalności, bo sama nie potrafiłabym wymyśleć optymizmu przesłania,  umiejscawiając go w tak wypaczonym, zepsutym, makabrycznym środowisku - bo właśnie tak przedstawiał mi się świat Tarantino. Przestrzeń tak destrukcyjna, że nie potrafiłabym jej sama obronić. A jednak Urodzeni mordercy bronią, oczywiście, z przymrużeniem oka, nikt nie będzie brał na poważnie okrucieństwa głównych bohaterów, gdy reżyser przedstawia ich jako postacie ewidentnie pozytywne, co więcej darzące się prawdziwą miłością. Póki co, cieszę się, że oglądałam go na maratonie - w domu z pewnością nie dotrwałabym do końca za pierwszym podejściem. Teraz myślę, że za jakiś czas trzeba będzie do niego powrócić i jeszcze raz podjąć się zrozumienia pomysłu Tarantino. Bo przecież chodzi tu o coś więcej niż historię, chodzi o człowieka i jakąś jego definicję. I to też na zupełnie inną historię!

Po tych trzech filmach skończyła się moja wolność, mój odpoczynek i mój czas. Musiałam spieszyć się na zajęcia. Nie mogę odżałować jest Las Vegas Parano, film z pewnością do obejrzenia. Wyruszyłam więc z westchnieniem na ustach, lecz naładowana w dygresje. Mam tylko nadzieje, że nie tak dokuczliwo-moralizatorskie jak te Woode'go Allena! :)