Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 kwietnia 2014

Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - Waglewscy Fisz Emade



Łowicz, Och Film Festiwal, koncert Waglewski Fisz Emade. Bardzo dobry koncert.

Waglewscy zaskoczyli mnie naprawdę dopracowanym występem. Dźwięk, repertuar, wykonania, światła, scenografia - wszystko ze sobą łączyło się w spójną całość i oddziaływało na publiczność. Artyści - sztukmistrze w swoim fachu, od pierwszej chwili.

Waglewscy to przykład zespołu rodzinnego. To trochę absurdalne, ale właśnie granie z rodziną jest w tym kraju w pewnym sensie... egzotyczne. Muzyka - jak każdy rodzaj artystycznego wyrazu powinien przecież wynikać z buntu, innego podejścia, łamania zasad, budowy dla siebie alternatywy. Jak więc coś tworzyć razem ze "starej daty" ojcem? Czysta abstrakcja! Waglewscy porządku nie burzą, a swoje miejsce bronią muzyką. Nie ma jednego wokalisty - śpiewa raz ojciec, raz jeden z synów. Nie ma więc tej osi, która sprawia że wokalista zespołu staje się jego gwiazdą - a muzycy - jedynie tłem. Zresztą były takie momenty, że na scenie nie było żadnego ze śpiewających, a główną rolę odgrywał właśnie dźwięk. I to wcale nie było powodem znudzenia!

Waglewscy uczą pokory. Nie chcą rewolucjonizować muzycznego świata i łamać zasad. Niosą natomiast swój kawałek bardzo dobrej muzyki najlepiej jak potrafią - dokładnie, pracowicie i konsekwentnie. Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - a to nauczka nawet dla mnie, która (ARTYSTA zdecydowanie!) chodzę własnymi drogami i jeszcze jestem na etapie szukania szczęścia z daleka od domu... Pokory, pokory... A na co dzień - więcej radości i prostoty! - i takie jest przesłanie muzyki Waglewskich.



sobota, 31 sierpnia 2013

Orkiestra Sonus i Żyrardowskie uderzenie - Rzecz o letnich atrakcjach polskich miast


Lato w polskim małym miasteczku ma swoją pewną specyfikę. Obowiązkiem każdej takiej mieściny jest program letnich rozrywek, koniecznie pod hasłem zapewniającym ze wszystkich sił, że lato w mieście nie musi być nudne. I powstają rozrywki - ośrodki kultury szukają, gdzie mogą. Do standardowych zagrań należy zaproszenie gościa - z telewizji, lub po prostu z jakiegoś "ekskluzywnego" zawodu np. aktora - i organizacja z nim spotkania. Zawsze będzie też jakaś biesiada, występ zespołu folkowego/harcerskiego/religijnego, tudzież szkolnego chóru koncertującego po rodzinnym mieście w wakacje. Co lepiej zorganizowane miasto kusi się na Kino letnie - projekcje wychodzą, albo i nie, bo wszystko jest uzależnione od pogody, inicjatywa jednak jest potrzebna i ogłaszana. Ostatnia powtarzająca się rzecz w takich miejskich repertuarach letnich to występy orkiestrowe. Orkiestra strażacka, osiedlowa orkiestra starszych panów, symfoniczne orkiestry miejskie - w końcu w każdym mieście ze szkołą muzyczną nie brakuje muzyków-pasjonatów, i takie koncerty naprawdę spotykałam często niezależnie czy był to Toruń, Gdynia, Rzeszów czy mój Łowicz. Te wszystkie atrakcje miejskie wydają się potrzebne własnie dlatego by zorganizować scenę na właśnie mieszkańcy regionu mogliby prezentować własne dokonania, a przy okazji - są tak naprawdę niezbędne - dzięki nim to "miasto" ma gdzie wyjść i po prostu zobaczyć się ze sobą. 

Ostatnio jednak dostałam po głowie za moje nędzne, pobłażliwo-wielkomiejskie przemyślenia. Okazuje się, że do wszystkiego, a zwłaszcza do muzyki trzeba podjeść poważnie bez względu na okoliczności. Dobra muzyka, może zwalić nas z nóg tak samo w zacisznym pokoju ze słuchawkach na uszach, jak w filharmonii czy nareszcie na miejskiej letniej scenie. 

W Łowiczu od pewnego czasu działa Orkiestra Sonus i właśnie na jej koncert wybrałam się ostatniego wieczoru. Ich od początku nie traktowałam pobłażliwie - czołowi artyści tworzący Sonus dali już o sobie znać w Łowiczu przez ostatnie lata grając w różnych miejscach fantastyczne moim zdaniem Oratorium Pieśni Jerozolimskich. Orkiestra jednak jest inicjatywą nową i jeszcze przeze mnie niepoznaną. Koncert był wieczorem Muzyki Filmowej, więc chciałam spodziewać się lekkiej, rozrywkowej atmosfery, obawiałam się jednak powagi orkiestrowego występu. Złoto instrumentów, ich liczba, muzyka instrumentalna, eleganckie stroje umieszczone w samym sercu łowickiego parku, i to parku, który jest miejscem cichego przyzwolenia na młodzieżowe spotkania, jakie to każde miasto ma zaznaczone na swojej mapie życia nocnego. Obawiałam się jednak bez potrzeby - barierę dystansu kultury podanej za wysoko przełamał charakter wieczoru - koncert muzyki filmowej. 


Utwory były znane, stały się świetną podróżą po najpopularniejszych filmach, wzruszających, zabawnych, kształtujących naszą kulturę. Świetnym posunięciem było wprowadzenie dużej ilości piosenek śpiewanych. Jednak nic nie oddziałuje na nas jak wokal śpiewający konkretnie do nas! Moimi faworytami zostaną utwory "Od nocy do nocy", "Modlitwa Esmeraldy" i piosenka z Tarzana. Zachwyciłam się głosem Hanny Giedy, uważam, że był to chyba najlepszy występ wokalny Kacpra Wysockiego.  Sama orkiestra grała niesamowicie i imponowała. Blisko 60 młodych osób, którzy znaleźli swoje miejsce i wspólnie wygrywali utwory tak samo bliskie publiczności jak i im samym. Ogromną zaletą koncertu był występ Żyrardowskiego Uderzenia. Ci - choć nie ulega wątpliwości, że powinni zmienić swoją nazwę, która niektórym może nie skojarzyć się z perkusyjnym zespołem, lecz ćwiczeniami walki;) - dodali wczorajszemu koncertowi tyle uroku, ile nie potrafił by sam Sonus. Dźwięki cymbał, cymbałków, wszelkiego rodzaju perkusyjnych elementów przy odgrywaniu utworów z bajek było najbardziej magiczną adaptacją, z jaką miałam do czynienia. Ponadto - Żyrardowskie uderzenie, może przez brak wieczorowych strojów, może przez ich różnorodność (przy jednych cymbałkach grał 10-letni chłopiec!) emanowało spontaniczną radością grania, radością muzyki. Muzyka nie zna zasady decorum - nie ważne czy byłaby to filharmonia, pewne brzmienia od razu sprawiają, że chciało mi się tańczyć, śpiewać, klaskać. Oba zespoły naprawdę uzupełniały się świetnie. A prawdziwym fenomenem tego koncertu okazała się jego uniwersalność - to by występ da każdego absolutnie, od rozbieganych dzieci, rozpoznających ulubione piosenki z bajek, do zasłuchanych dziadków. I na pewno na długo zostanie zapamiętany w naszej łowickiej społeczności. 


Strasznie przepraszam za tekst rozmiarów kolosa z Rodos, marny ze mnie recenzent, zdecydowanie bliżej mi do eseisty! A wszystkich zainteresowanych Orkiestrą Sonus lub wspieraniem świetnej kultury, która dusi się wręcz na niezauważalnych deskach ośrodków kultury zapraszam do polubienia ich strony na facebooku, opatrzonej świetnymi zdjęciami ich fotografa, którego autorstwa zdjęcie umieściłam też wyżej. A ja biegając jak zawsze z wypiekami na twarzy po warszawskich teatrach lub łódzkiej Off Piotrkowskiej nigdy już nie będę lekceważyć propozycji kulturalnych polskich miasteczek!


czwartek, 18 kwietnia 2013

jak słońce napędza świat - tygodniowe inspiracje



Wraz ze wzrostem temperatury chyba zawsze można odnotować wzrost energii. Pomysły, wydarzenia, inspiracje wyrastają jak grzyby po deszczu. Ostatnio na każdym kroku natrafiam na jakieś pomysłowe inicjatywy, nie mogąc się zdecydować robię chronologiczne zestawienie tygodniowych odkryć. Pod wpływem słońca głowa pracuje lepiej i nawet rzeczy które zupełnie nie są nowe poznaję na nowo. Na przykład - Łódź.


Odkryłam, że po drugiej stronie mojego post-fabrycznego miasta jest naprawdę dużo ładniej. Łódź, która wyglądała mi do tej pory jak zamalowane graffiti blokowisko z drugiej strony Piotrkowskiej ma naprawdę całe ulice kamienic - Kilińskiego, Rewolucji 1905, Zielona... Co prawda zaniedbane i zniszczone, jednak mój rozkojarzony słońcem umysł zobaczył w nich niemal Gdańsk, czy nawet Rygę. Pojedyncze "egzemplarze" były w budowie - i tak zorientowałam się że działa program Mia100 Kamienic. Poszukałam o tym trochę informacji w internecie, ale zdania na temat projektu są podzielone. Po pierwsze  to jakaś modernizacja wcześniejszego projektu 100 Kamienic dla Łodzi, przekształcona przez Hannę Zdanowską. I poza tym tak, jak to bywa u nas: inicjatywa jest najbardziej słuszna, ale przeszkodą są opóźnienia i koszta. Ale co niezaprzeczalne: faktycznie Łódź jest w czołówce miast, jeżeli chodzi o liczbę kamienic. Miejmy nadzieję, że uda się je jakoś odrestaurować i stworzyć bardzo pozytywną alternatywę dla wizerunku Łodzi...



grafika pochodzi ze Strony Żaka na facebooku



Tego samego dnia, którego odkrywałam kamienice naprawdę przypadkowo trafiłam na mały koncert. Ostatnio udzielam się w Studenckim Radiu Żak Politechniki i stwierdziłam, że odwiedzę ich koncertowego gościa. Właściwie gości - bo występowało dwóch zupełnie różnych artystów. Nie znałam wcześniej ani Lutto lento ani Piotra Kurka, nie uznałam tego jednak za dziwne, bo do naszego radia przychodzą raczej nieznani, debiutujący artyści. Takiej muzyki jednak w ogóle się nie spodziewałam. Muzyki z dźwięków, montowanej za stołem. Na ogół nie słucham takiej muzyki, ja jednak potrzebuje w piosence słów, jeżeli ich nie ma znajduje się wtedy miejsce jedynie dla klasycznych instrumentów. Myślę, że zawsze będę przekonana o ich wyższości nad mixami z dźwięków.

Lutto lento był dla mnie ciężkim doświadczeniem... Odgłosy z ulicy, tramwaje, samochody, gwar, głosy, krzyki, skrzypiące drzwi. - myślę, że bogactwo dźwięków mogło by zaimponować, gdyby sam autor zaczął wymieniać swoje wszystkie źródła. Muzyka bardzo  psychologiczna i na pewno awangardowa, jednak ciężko było mi tego przekonać się do tego na koncercie. Uważałam że było by bardzo dobrym podkładem pod jakiś obraz filmowy i wtedy mogłoby składać się w coś w rodzaju happeningu. Nie wyobrażam sobie słuchać tego jednak samodzielnie dla siebie. Piotr Kurek był już bardziej przystępny, muzyka była już komponowana w bardziej tradycyjny sposób, bez dźwięków z życia. Obaj artyści wyróżniają się tym, że nagrywają na kasetach. Nie wiem na ile ten oryginalny pomysł ma praktyczny sens, ale zawsze jakaś inicjatywa wyróżniania się czymś.

Wczoraj także dzięki radiu pomagałam w przygotowaniach reportażu z gali Miss Politechniki. Zawsze byłam sceptycznie nastawiona do tych imprez, jakoś nie przekonywały mnie. Po raz pierwszy uczestniczyłam w tego rodzaju gali od strony organizacyjnej. I za kulisami dostrzegłam, że to bardzo pozytywne wydarzenie. Przynajmniej na takim szczeblu uczelni.  Wszystkie dziewczyny na backstage'u ze sobą rozmawiały, poprawiały sobie sukienki, bardzo zaprzyjaźniły się ze swoją choreografką. Dwóch modeli krążyło między nimi ciągle w fantastycznych nastrojach opowiadając historie i żartując. Samorząd prowadzący był bardzo przyjaźnie nastawieni, a wszyscy bez wyjątku odliczali do after party. Bardzo pozytywny klimat! 


Dodatkowo u mnie na wydziale dzisiaj odbywają się Dni Otwarte. Sama nie wiem czy jest dużo atrakcji, cieszę się tylko bo udało mi się zaprojektować plakat i logo na tę imprezę. Miałam już kilka zrealizowanych projektów, pierwszy raz jednak doświadczyłam takiego szczęścia, kiedy idąc chodnikiem natrafiłam na moje logo namalowane sprayem. Co za satysfakcja, co za mobilizacja do pracy! :D Plakat i logo były projektowane wg ścisłych ustaleń. Hasło nie moje, kolory nie moje.. Musiałam się dostosować. Ostatecznie jednak chyba jestem nawet zadowolona - z plakatu, nie z logo;p



Na ten tydzień to wcale nie koniec inspiracji bo od wczoraj rozpoczął się łódzki Fashion Week. Choć mało się na tym znam, cieszę się bardzo i wyczekuje na wykłady - na pewno pojawię się na wykładzie dotyczącego powstawania serwisu Pakamera.pl i o roli fotografii z redaktorem kMaga. Jak się cieszę że mój kierunek upoważnia mnie do wstępu na takie imprezy! a więc... ciąg dalszy nastąpi :>