Nie napiszę dużo. Prawda jest taka, że o Stanleyu Kubricku wiedziałam przed wystawą bardzo niewiele. Może istniał w mojej świadomości, tak jak jego filmy, ale i tych nie obejrzałam z pełną świadomością, nie analizując ich szczegółów. O wystawie dowiedziałam się od znajomych, a że już wybrałyśmy się do Krakowa, uczyniłyśmy z wystawy o Kubricku kolejny punkt programu. I to kolejny piękny dowód na sens promocji sztuki. Na wystawie w ciągu godziny dowiesz się więcej niż cały dzień czytając książkę. Jejku, i jeszcze jak wspaniale można ją zaaranżować! Ile możliwości! Nie będę jednak grafikiem, jak będę już poważna i zdobędę należytą wiedzę, to zostanę kuratorem. ;-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 września 2014
niedziela, 7 września 2014
MOCAK, manifest polskiej sztuki współczesnej
Wyprawa do Krakowa była odkładana już długo. Jednak do każdego miasta trzeba się wybrać samopas, świadomie, że się w tym mieście jest i chce się je spenetrować. Tym razem zwiedzanie wypadło wprost niesamowicie bezproblemowo - MOCAK, Muzeum Narodowe, Stare miasto i tani nocleg - wszędzie dojeżdżał wygodny (teraz Łodzi czerwienią się uszy!) tramwaj z numerem 20. Pierwszy przystanek, Mocak.
piątek, 4 kwietnia 2014
Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - Waglewscy Fisz Emade
Łowicz, Och Film Festiwal, koncert Waglewski Fisz Emade. Bardzo dobry koncert.
Waglewscy zaskoczyli mnie naprawdę dopracowanym występem. Dźwięk, repertuar, wykonania, światła, scenografia - wszystko ze sobą łączyło się w spójną całość i oddziaływało na publiczność. Artyści - sztukmistrze w swoim fachu, od pierwszej chwili.
Waglewscy to przykład zespołu rodzinnego. To trochę absurdalne, ale właśnie granie z rodziną jest w tym kraju w pewnym sensie... egzotyczne. Muzyka - jak każdy rodzaj artystycznego wyrazu powinien przecież wynikać z buntu, innego podejścia, łamania zasad, budowy dla siebie alternatywy. Jak więc coś tworzyć razem ze "starej daty" ojcem? Czysta abstrakcja! Waglewscy porządku nie burzą, a swoje miejsce bronią muzyką. Nie ma jednego wokalisty - śpiewa raz ojciec, raz jeden z synów. Nie ma więc tej osi, która sprawia że wokalista zespołu staje się jego gwiazdą - a muzycy - jedynie tłem. Zresztą były takie momenty, że na scenie nie było żadnego ze śpiewających, a główną rolę odgrywał właśnie dźwięk. I to wcale nie było powodem znudzenia!
Waglewscy uczą pokory. Nie chcą rewolucjonizować muzycznego świata i łamać zasad. Niosą natomiast swój kawałek bardzo dobrej muzyki najlepiej jak potrafią - dokładnie, pracowicie i konsekwentnie. Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - a to nauczka nawet dla mnie, która (ARTYSTA zdecydowanie!) chodzę własnymi drogami i jeszcze jestem na etapie szukania szczęścia z daleka od domu... Pokory, pokory... A na co dzień - więcej radości i prostoty! - i takie jest przesłanie muzyki Waglewskich.
Waglewscy uczą pokory. Nie chcą rewolucjonizować muzycznego świata i łamać zasad. Niosą natomiast swój kawałek bardzo dobrej muzyki najlepiej jak potrafią - dokładnie, pracowicie i konsekwentnie. Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - a to nauczka nawet dla mnie, która (ARTYSTA zdecydowanie!) chodzę własnymi drogami i jeszcze jestem na etapie szukania szczęścia z daleka od domu... Pokory, pokory... A na co dzień - więcej radości i prostoty! - i takie jest przesłanie muzyki Waglewskich.
wtorek, 7 maja 2013
Kultura pod strzechy! Teatr Telewizji na żywo

Po weekendowo-majowej przerwie nadrabiam zaległości. Już przed dwoma tygodniami telewizja emitowała następny ze swoich spektakli Teatru Telewizji na Żywo. Śledzę to przedsięwzięcie od początku jego zaistnienia w październiku ubiegłego roku, ale Trzy razy Fredro był jednak przedsięwzięciem bardzo innowacyjnym. Obejmował trzy spektakle pióra Fredry, nadawane jednak z trzech różnych teatrów - w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa! Popularyzacja jednocześnie klasycznej literatury, kreowanie wizerunku teatru jako innowacyjnej placówki i konkretnych miejsc na naszej kulturalnej mapie kraju. Dodatkowo jest dowodem jakiejś kreatywnej spójności i współpracy a przecież w takiej dziedzinie jak sztuka jest ona niezastąpiona. Kulturalna maszyna musi sama się napędzać, wtedy działa sprawnie i tylko wtedy zbiera największą publiczność.
Trzy razy Fredro - Świeczka zgasła, Zrzędność i przekora oraz warszawskie Nikt mnie nie zna. Podobało mi się - jak to teatr, lecz chwilami bardziej, chwilami mniej. Za najlepszy uznaję widowisko Teatru Narodowego. Być może dlatego, że tylko tam fabuła nabiera tempa. Pierwsze dwie propozycje to króciutkie epizody sytuacyjne. O ile pierwszy broni się aktorską grą Macieja Shtura, miejscami bawił i ciekawił, to drugi spektakl znudził mnie. Był odważniejszy w interpretacji - stroje lekko uwspółcześnione, konceptualna scenografia, widać zamysł reżyserski. Najmniej zainteresowała mnie fabuła, ale w końcu trzeba wziąć poprawkę na logistyczne rozwiązanie projektu Trzy razy Fredro. Autor i czas antenowy były tu kwestiami nie do negocjacji, sztuka widocznie pasowała, choć jako pojedynczy Teatr Telewizji uznałabym ją za nietrafioną. Trzeci spektakl w pełni realizuje natomiast swoje komediowe założenia. Bawią aktorzy, humor niedzisiejszy, rodem z fredrowskiego czasu.
Pomysł na poniedziałkowej telewizyjnej ramówki był bardzo trafiony, choć spektakle widzieliśmy już lepsze. Pierwszy, inaugurujący serię "na żywo" była Boska, świetnie rozegrana przez Krystynę Jandę zabawna opowieść o starszej kobiecie, jej karierze i życiu wymyślonym sobie samodzielnie, oderwanym od realiów. Zabawnie i rozluźniająco. Trzeba było co prawda cierpliwie znosić wszystkie dodatki w postaci przypomnień konferansjerów o jubileuszu Teatru Telewizji, jakimi otaczano konsekwentnie cały dzień. Przypomnienia emitowano także bezpośrednio przed spektaklem, po nim oraz oczywiście w czasie przerwy, kiedy to zaprowadzono telewidzów nawet za kulisy ;) Jednak nawet pomimo tego całego szumu i wrażenia, że przedstawienie jest tak dopracowane, że musi się podobać, to podobało się naprawdę. Samo wspomnienie wywołuje uśmiech.

Następna propozycja znów bardziej opowiadała o człowieku niż posiadała własną fabułę i znów bardzo o aspiracjach, zwłaszcza tych zawiedzionych. Dużo jednak poważniejsze od pierwszego spektaklu, dlatego myślę, że nie zdobyło takiego zainteresowania telewidzów jak głośna Boska. Na scenie wystąpili wtedy wspólnie Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, scenariusz budując na ich wzajemnej dyskusji. Czy to się podobało, to już zależy naprawdę od osobistego odbioru.

Dalej - spektakl Szkoła Żon z Teatru Polskiego w Warszawie. Komedia pióra Moliera, dopracowana, z idealnym doborem aktorów. Z całą swoją scenografią odebrałam go za najbardziej "teatralny" ze wszystkich wcześniejszych "na żywo". Bardzo blisko jego projekcji byłam w Teatrze Polskim na Cydzie, może więc teatralne wrażenia nie spały we mnie tak głęboko jak teraz i łatwiej było pobudzić więcej zmysłów do odbioru z ekranu telewizora. Podobał mi się bardzo, mimo że jednak był jedynie klasyczną adaptacją.

Kolejny spektakl Daily Soup emitowany był w maju zeszłego roku, znów wyróżniał się swoim charakterem. Losy rodziny opowiadane jak w mrożkowym Tangu, tak fragmentaryczna życiowa przestrzeń jak Kartotece. Inaczej, intrygująco, psychoderycznie. Dużo dobitniej pyta o układ naszego świata, według koniecznego porządku, wszystko w naszych, współczesnych realiach. Myślę, że wielu z nas mogło natrafić na coś o sobie.
Kilka więc spektakli mamy już za sobą. Telewizja zapewnia im kilkumilionowa oglądalność. I pytanie, czy należy to wykorzystać i emitować coraz przystępniejsze sztuki, aby tą oglądalność jeszcze powiększać, czy coraz bardziej wyszukane - aby zwiększyć ich poziom? I na ile Teatr Telewizji jest nawykiem i przyjemnością, na ile przypadkiem. Rozpisałam się tutaj tylko o emisjach na żywo,a te są bardzo popularyzowane. Każdy z nich ma nawet własną stronę internetową. Spektakle nagrywane tradycyjnie mają już mniejszy odbiór, choć nierzadko są świetnymi spektaklami. Swoją drogą te na żywo i wcześniej przygotowane przedstawienia to praktycznie zupełnie inne historie i na inne opowiadanie. Ja już pośpiesznie kończę, bo w karcie obok odtwarza się zaległa premiera Teatru Moralność Pani Dulskiej z Cielecką - Temat postu przypomniał o konieczności się z nim zaznajomienia! Jednak słabość do kultury też może się okazać zgubna.. Zwłaszcza dla innych obowiązków! ;)
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Fashion Week Philosophy reporterskim okiem
Pierwsze spojrzenie dotyczyło showroomów - przestrzeni do której upoważniała mnie moja politechniczna wejściówka. Kolejne spostrzeżenia: atmosfera targowiska pomieszany z galerią malarstwa. Targi? Tak, to chyba najbardziej przypominało targi. Dodatkowo - uderzająca otwartość, sympatyczność tych projektantów, prześcigających się na pomysły. Moda z showroomów to właśnie pomysłowość, chyba to jest wyznacznikiem dostania miejsca w tamtych kręgach. Walczę trochę z moim konserwatyzmem modowym, więc parę innowacyjnych rozwiązań mi się spodobało. Mimo wszystko myślę, że zostanę na zawsze w moim trochę-vingate sposobie ubierania.
![]() | |
|
Rzeczą bezapelacyjnie inspirującą były organizowane w ramach Fahion weeku wykłady. Nie rozumiem co prawda, czemu były tak słabo zapowiadane i jakby oddzielone od reszty wydarzenia. Hybrydowni, gdzie miały miejsce, nie było zaznaczonej na mapce, nie rozdawano rozpiski tytułów poszczególnych wykładów. Po prostu - dodatek. Byłam jedynie na dwóch wykładach, tych które wcześniej już zapowiadałam na blogu. Pierwszy prowadzony był przez założycielkę- pomysłodawczynię Pakamery.pl. Bardzo krótko i treściwie opowiedziała drogę powstawania pakamery, naładowując mnie bardzo pozytywnie i będąc żywym dowodem możliwości, stworzonych przez nasze czasy. Opowiadała o zupełnie przypadkowych, nie tworzących wcześniej nic artystycznego osobach, które z pasji sklejały, szyły, stwarzały nowe produkty, a teraz ich kolekcje pokazywane są w głównych miastach zagranicznych na prestiżowych wystawach. Trudno o bardziej motywujące przykłady. Przy okazji dowiedziałam się, że Examle.pl to serwis towarzyszący Pakamerze. Z planów na przyszłość Pakamery jest wydanie magazynu. Co za radość, co za szczęście dla polskiego rynku, jak ja lubię magazyny!:)
Następny wykład także mnie dużo nauczył. Prowadzony był przez Mikołaja Komara, redaktora naczelnego K Maga, więc chociażby z tej przyczyny już mnie interesował. Choć bardziej dotyczył doświadczenia życiowego samego Komara i ewolucji prowadzącej do K Maga, to w sumie ciężko mieć o to pretensje. Każdy mówi o tym, na czym się najlepiej zna. Dla mnie to był kolejna motywująca historia, a także trochę refleksji o fotografii i publicystycznym rynku, tak polskim, jak i światowym.
Fashion Week w jednej chwili mnie zaskoczył, zaintrygował i zachwycił. Łódź stanęła na wysokości zadania, bardzo ładnie prezentując się Księżym Młynem i organizacją wydarzenia. Oczywiście po pewnym czasie pierwsze wrażenie mija i na wszystko mamy trochę inne spojrzenie. Przechadzając się po showroomach już któryś z kolei raz zauważyłam oprócz stoisk serię dziewczynek-nastolatek jak to określił na wykładzie Mikołaj Komar - "w czapeczkach" - przypatrujących się wyglądom wszystkim dookoła, blogerek z aparatami. Da się zauważyć to mainstreamowe, popularne oblicze fashion weeka, jako wydarzenia na którym warto być i "pokazać się". Wieczorem pierwszy raz w życiu widziane z bliska grupy fotoreporterów fotografujących gwiazdy, jak Edyta Herbuś, Klaudia Halejcio, Ada Fijałt... To jest medialne wydarzenie. Tak jak niektóre stroje, zakładane z myślą, aby być oryginalnym i zauważonym za wszelką cenę, najczęściej kosztem estetyki - przecież wiem, że to się zdarza. Myślę, jednak że "hejtowanie" [och, jak dziwnie używa mi się tego słowa:D ale przecież właśnie o taką masową krytykę mi chodzi!] mody i podążania za modą idzie w kulturalnych kręgach za daleko. Naprawdę można znaleźć tam masę inspiracji!
nie podpisane zdjęcia są mojego autorstwa :>
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
DJANGO
Od świąt chodzi za mną jeden niezrealizowany temat na blogu - Django. Wiem, że to recenzje oscarowych filmów to temat już i spóźniony i wyczerpany, nie mogłam jednak z niej zrezygnować :) Django oglądałam z opóźnieniem, mając już za sobą coś nie co Tarantino i wiedząc, ile zachwytów wywołał ten film. Zupełnie uzasadnionych.
Historia wciąga i jest ukazana z wielkim rozmachem. Pierwsze krwawe incydenty za każdym razem były dla mnie zaskoczeniem. Na początku odruchowo odwracałam wzrok od krwi rozpryskującej się w każdą stronę. Po kilkunastu minut jednak mózg zaczyna rozumieć już ten brak realizmu tych śmierci, zupełnie, w całej swojej istocie - śmierci filmowych. Bo filmy Tarantino nie przedstawiają jedynie jakiejś konkretnej historii, dużo mówią o samym świecie kina i rządzących nim prawach.
Muzyka przenosi nas w czasie bezapelacyjnie. Razem z Django odzyskujemy wolność, razem z nim chcemy podbić świat, wymierzyć sprawiedliwość. Przecież każdy wie, jaką moc sprawczą ma dobrze dobrana muzyka. Absolutnie to ona odgrywa tutaj decydującą rolę, przemieniając film w bardzo dobre widowisko. Przy Django naprawdę można się oderwać, to świetny przykład kina rozrywkowego. Właśnie dlatego że tak uległam jego czarowi - bardzo ciężko było mi się o nim jakoś sensownie wypowiedzieć. Są przecież takie filmy jak Lincoln - którego recenzję wydłużyłam do granic możliwości, a podczas każdej sceny pojawiała mi się jakaś następna refleksja dotycząca realizacji czy scenariusza. Tak wielowarstwowy film jak Django mnie pokonał. Wciągnął do tego stopnia, że szybka analiza była niemożliwa. po projekcji została tylko opinia naprawdę dobrego filmu.
Niedawno wygrzebałam stare Kino na mojej stercie magazynów i szukałam recenzji Django, ciekawiąc się, jak ktoś wywiązał się z przerastającego mnie zadania recenzenta. Znalazłam to czego mi brakowało: spojrzenia na Django przez pryzmat twórczości Tarantino, no i potrzebnego dystansu. Autor Tomasz Jopkiewicz absolutnie uznaje realizacyjną precyzję, ale fabułę poddaje bardzo surowej analizie. Przy oglądaniu filmu powraca pytanie czy Tarantino od początku kariery moralitety, zręcznie skrywane pod powierzchnią krwawego pastiszu? Czy może na odwrót? Może moralna powaga to jeszcze jedno piętro zamierzonej kpiny? Może moralitet fałszywy, w finale szyderczo zanegowany? W końcu w kinowej zabawie nie należy niczego traktować zbyt serio. Cała recenzja prowadzi go do obaw o sens filmu: Odsłaniając hipokryzję i paradoksy dawnego kina [Tarantino] gubi z oczu może najciekawszy wątek - wzajemnego zarażania się przemocą, czego doświadczają Schulz i Django. Czy mamy sekundować Django, który nabiera cech superbohatera, w pasji odwetu i cieszyć się, gdy odnosi na swojej drodze sukcesy? Obawiam się, że taka jest ostateczna wymowa filmu, mimo wyraźnie podreślonego ironicznego dystansu. Stwierdzenie, że amerykańska kultura przesiąknięta jest różnymi formami przemocy, które gloryfikuje, nie wydaje się zbyt odkrywcze. Problem polega na tym, że Tarantino coraz bardziej przypomina więźnia tej kultury, chociaż nie całkiem jest z tego stanu rzeczy zadowolony.
Analiza w Kinie doprowadziła mnie do bardzo intensywnego myślenia, ile przemocy w Django to zabawa, a ile to przemoc. Myślałam, myślałam i myślałam. I odkryłam, że analizy, tak jak filmy, nie zawsze należy traktować zbyt serio. Włączyłam soundtrack Looking for freedom i z Django zachowałam sobie w pamięci tą chęć podbicia świata. I właśnie to zostawiam sobie na dłużej!
zdjęcia Grafika google
piątek, 5 kwietnia 2013
Publicystyka - (czy) Warto czytać!
W związku z tym, że na stoliku obok łóżka rośnie w zastraszającym tempie stos magazynów różnotematycznych zdecydowałam się na napisanie postu o publicystyce. Ten typ literatury to moje stosunkowo niedawne odkrycie. Zaczęłam kupować odkąd jestem w Łodzi. Myślę, że to też kwestia tego, że duże miasto daje Ci dostęp do magazynów "po terminie" - słowem pozwala na ich tańszy zakup.Mowa tutaj głównie o miesięcznikach, dwutygodnikach - pismach grubszych od bardziej powszechnych gazet. Z pewnością nie kupowałabym ich tyle, kupując w normalnym terminie i z normalną ceną. Magazyny dobrze dopracowane kosztują od 10 zł w górę. Właściwie nie jest to taka wygórowana cena przy takiej ilości stron, często świetnych, dużych zdjęciach, dobrym papierze - możemy to stwierdzić porównując do obecnych cen książek. Rozum jednak upomina przed zakupem, pytając o 10 albo 20 zł za gazetę? Myślę, że wydaje się to dużo ze względu na terminowość czasopism - skoro jest to wydanie z marca 2013, to za miesiąc będzie już nieaktualne, słowem niepotrzebne. Tymczasem jednak magazyny są takim źródłem inspiracji, które długo się nie dezaktualizuje. Wystarczyło więc tylko kilka wizyt na takich kiermaszach i uzależniłam się od odkrywania nowych pism, jak z second-handami :) Nie zastąpią czytania książek, jestem jednak przekonana, że publicystyka w swojej dopracowanej formie może być tak sama istotna i rozwojowa dla odbiorcy-czytelnika. Artykuł zatrzymuje nad konkretnym problemem, przez to silnie oddziaływuje ciekawiąc, irytując, intrygując. Tak jak blogosfera, old-wersja - a zalet blogów nie trzeba nikomu wyliczać!

Jednym z pierwszych miesięczników, który zaczęłam kupować był KMag. I uważam, że to najciekawszy modowy magazyn na rynku. Czasem mam wrażenie, że ma konstrukcje pudełka do którego powrzucane są najróżniejsze kreatywne pomysły. Podoba mi się przedstawianie autorów na początku i podoba mi się, że to są często ludzie bardzo młodzi, którzy do KMaga dotarli dzięki energii i kreatywności. Nie ma ograniczeń co do piszących i dzięki temu pismo jest żywe i otwarte. Dzięki temu także nie jest oderwane od rzeczywistości, synchronizuje się z tym co dzieje się np. na blogach. Przykładem może być współpraca KMaga z Maffashion, która zatrudnia się tam także pisząc. Dużo tu kultury zupełnie luźno pozbieranej, lubię ich lapidarne informacje o filmach, książkach, designu. Oprócz tego KMag ma świetny duży format, dobry papier i czasem naprawdę wspaniałe zdjęcia. Pierwszego zakupiony numer pocięłam wycinając prawie wszystkie zdjęcia i wieszając je na ścianach w pokoju. Z czasem zaczęło mi się wydawać, że wszystkie sesje zdjęciowe w KMagach są do siebie podobne i czasem stylizowane na aż zbyt prowizoryczne. Często wykorzystują motyw zdjęcia amatorsko prześwietlonego lampą, zawsze pojawia się też jakaś nagość, słowem - miałam z czasem wrażenie, że rozpoznałabym typ kMagowego zdjęcia. Może jednak to plus dla marki? Rozpoznawalność. A na pewno plusem jest artystczne rozumienie fotografii modowej. I za rozumienie, że to tak samo ważne jak projekt ubioru jest tutaj kluczem do sukcesu.

Następnym modowym czasopisem, już z tych popularniejszych jest Elle. Przyznaję jednak, że Elle kupuje bardziej ze względu na znaną osobę na okładce - oczywiście taką, z którą wywiad mnie interesuje. A właśnie najwięcej interesujących osób ma tam wywiady. Poza tym, Elle ma bardziej "poradnikowy" charakter, zbliżający go trochę do tego typu publicystyki powszechnej. Mody jest sporo, ale w przystępnej formie. Magazyn nie jest tak odważny jak KMag, bo ma trafiać do szerszej liczby odbiorców. Od czasu do czasu lub gdy postanawiam trochę zaoszczędzić, Elle jest zawsze dobrym rozwiązaniem.
Natomiast o następnym magazynie już wspominałam na blogu nie raz. 2+3D to kwartalnik, który jako pierwszy zainteresował mnie projektowaniem i wyniosłam z niego naprawdę bardzo dużo. Artykuły o czcionce znaków drogowych, omówienia nowych identyfikacji wizualnych powszechnie znanych instytucji, wywiady z projektującymi osobami, zestawienia must have. Dopiero gdy zobaczyłam na papierze 2+3D obudziło się we mnie coś, co może kiedyś będę mogła nazwać wrażliwością projektanta. W pierwszych numerach, które czytałam, każdy artykuł był dla mnie odkryciem na skalę światową ;) Teraz podchodzę już bardziej racjonalniej i spróbuję ocenić rzetelniej. Być może są jakieś porównywanie ciekawe czasopisma projektowe, lecz po prostu ich nie znam, każdemu jednak zainteresowanemu projektowaniem taką lekturę polecam. I moim zdaniem w ogóle nie traci na aktualności.
Oprócz tego przed świętami na kiermaszu kupiłam Chimerę. Kilka miałam podejść do tego czasopisma, dotychczas próby kończyły się jednak rezygnacją. Chimerę chciałam kupić już dawno - w końcu czasopismo literackie, najbardziej znane pismo kulturalne, z praktycznie wielowiekową tradycją. Klasyka publicystyki - tak mi się przynajmniej wydawało. I z takim pojęciem o niej zabrałam się kiedyś do przeglądania i byłam naprawdę zaskoczona. Okazało się, że redaktorem naczelnym mojego tradycyjnego czasopisma jest Rafał Bryndal, jednym z autorów Kuba Wojewódzki, lub inne tego typu gwiazdy/aktorzy/ osoby znane z telewizji. Byłam zaskoczona, bo Chimerę wyobrażałam sobie podobną do Polonistyki - którą zawzięcie przeglądałam przed maturą, skanując sobie co ciekawsze artykuły. Były to artykuły - wręcz prace badawcze, dotyczące konkretnych autorów, twórców, wierszy, książek. I takich analiz spodziewałam się też tym razem, a widząc popularne nazwiska pojęłam, że jest to bardziej czasopismo rozrywkowe niż literackie. W pierwszej chwili pojęłam to wręcz jako zdradę i porzuciłam chęć zakupu. Tym razem jednak stwierdziłam, że muszę kupić i przeczytać, aby faktycznie ocenić magazyn. I czytało mi się bardzo dobrze. Utwierdziłam się w przekonaniu, że bardziej tutaj kulturalnie-lifestylowo niż literacko, często bardzo współcześnie i językiem młodzieżowym, taka jednak jest obecna filozofia pisma i tego się trzymają. Nie wiem czy to dobrze, ale celem pewnie było zwiększenie popularności pisma. Zawsze jakiś sposób...
Dalej z serii kulturalnych - już od dawna w Empiku zaglądałam do Kina. Krótko wpadając do empikowego
salonu, zawsze przeczytałam sobie jakieś recenzje ostatnio oglądanych filmów. Czasopism o kinematografii jest akurat kilka, właściwie ciężko mi ocenić, czemu jakoś wybrałam sobie właśnie Kino do czytania. Mam parę powodów zupełnie niemerytorycznych: Bardzo podoba mi się papier, na którym jest drukowane! Lekko szorstki o ciekawej fakturze, a jednocześnie o bardzo ciepłych barwach. Ja wiem, że kwestie graficzne w magazynie recenzującym filmów należą do spraw drugorzędnych, otwarcie jednak przyznają, że szata Kina bardzo przypada mi do gustu! A na dłużej zostałam przy tym miesięczniku, bo naprawdę dużo recenzji mi się podobało. Teraz więc jak zobaczę Kino na targach starej prasy, kupuję od razu. Stosunkowo niedawnym odkryciem są ich artykuły. Zawsze najważniejsze były dla mnie kinowe recenzje. Ostatnio kupiłam jednak numer z lutego i wszystkie recenzje wydały mi się jakieś ostrożne, niezbyt zdecydowane, postanowiłam więc poczytać sobie dokładniej artykuły. Zaskoczenie było naprawdę duże, bo wiele było naprawdę pomysłowych i ciekawych jak - kino aktorskie dla dzieci w Polsce. Aż zrobiło mi się wstyd, że w Empiku zawsze przewracałam kartki szukając spisów recenzji. Czasopisma jednak potrafią zaskoczyć, my-czytelnicy musimy być czujni!:)
http://www.kmag.pl / http://www.elle.pl / http://magazynchimera.pl / http://www.2plus3d.pl/ / http://kino.org/
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
wielkanoc
Łatwo można odgadnąć powód mojej nieobecności na blogu. Święta Wielkiej Nocy to wydarzenie powszechnie znane :) Dodatkowo przeze mnie i moją rodzinę obchodzone tak pieczołowicie jak te bożonarodzeniowe. Mnie Wielkanoc wydają się nawet ważniejsza i bardziej oczekiwana. Boże narodzenie zawsze przychodzi szybko, nie zdążę zauważyć jak minie cała jesień, zawsze bogata w nowe wydarzenia, rozpoczynająca nowy "sezon naukowy". Do Wielkanocy odliczam dłużej. Jest pozbawiona tej powagi wigilijnego wieczoru, lecz bardziej radosna i żywa. Nie będę licytować świąt, bo otwarcie przyznaje, że bez obu nie potrafiłabym odnaleźć się w porządku roku. Zbyt przesiąknięta jestem ich religijnością, atmosferą i zbyt przywiązana do rodzinnych spędów. jak co roku obiecywałam sobie produkcję dodatków wielkanocnych, przecież to bardzo dobra okazja do wymyślania pomysłowych ozdobnych akcesoriów. Nie wykonałam wszystkiego tak estetycznie jak to kiedyś sobie planowałam, głównie zachwycając się blogiem Sztuki niepoważnej, który śledzę już długi czas. Do wzdychania i po inspiracje odsyłam tam!
Z czystym sumieniem na czas świąt odkładam na bok prace do zrobienia na uczelnie, nie pozwalam sobie jednak na rezygnację z kulturalnego rozwoju ;) W dzisiejsze popołudnie powtórzyłam Wszystko jest iluminacją - film ciepły, zabawny i mądry. Już po pierwszym obejrzeniu zachwyciłam tą wydawałoby się lekką komedią dotykającą tak wielu problemów: rozliczenia się z przeszłością, wojną, prześladowaniem, uprzedzeniami i stereotypami, opowiadającą o kontaktach międzyludzkich, relacjach z bliskimi, o różnicach kulturowych i mentalnych między Zachodem a Wschodem. To wszystko wśród zachwycających pejzaży Ukrainy, z świetnie dobraną muzyką w tle. Akcja toczy się sprawnie, historia zaskakuje i wciąga, klimat czaruje. Dodatkowo, skłania do refleksji - może jednak wszystko jest iluminacją? :) Film zdecydowanie polecam.
Następne w kolejce to pozycje z listy "do nadrobienia" Django, Weekend z królem, Życie Pi. Do czytania dużo niedokładnie przeglądanych magazynów: Kino, Chimera, Kalejdoskop oraz w końcu okazyjnie zamówione Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. A ja wszystkim życzę Radosnych Świąt!
odsyłam:
środa, 27 marca 2013
Kino historyczne - forma i funkcja. - "Lincoln" Stevena Spielberga
Czasu ciągle mam za mało i tylko wymuszona organizacyjna umiejętność pozwala mi na jako takie gospodarowanie nim. Wypisywanie zaplanowanych zajęć i obowiązków spełnia jednak swoją rolę, udaje mi się na przykład jeszcze wyjść w weekend do kina. Z wyrzutami sumienia stwierdzam, że nie mam już prawa narzekać na brak filmów - zamiast tego jak najwięcej czerpać z tych, które udaje mi się zobaczyć!

W sobotę trafiłam na Lincolna. Nie był to jakiś wyczekany seans, wybrany bardziej ze względu na okoliczności i czas. Lincoln nie jest żadnym moim ekranowym odkryciem: grany jest już od prawie dwóch miesięcy, sama pozycja jest już raczej powszechnie kojarzona. Dużo się o nim mówiło i słyszało przy rozdawaniu Oscarów, lecz nie angażowałam się wtedy w opiniowanie nagród i nominacji tego filmu lub snucie oczekiwań, co do samej produkcji.
Szybko można było się samemu zorientować, skąd tyle oscarowych nominacji. Lincoln jest perfekcyjnie dopracowany, idealny w szczegółach. Obraz przeniesiony z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej. Scenografia nie jest tutaj najważniejszym elementem na ekranie, jak w Annie Kareninie, jest jedynie tłem, lecz świetnie zaplanowanym, przemyślanym, odtwarzającym wiernie tamtą rzeczywistość - a przecież taka właśnie jest jej funkcja.

Ważnym elementem w Lincolnie - warunkującym odczucie, czy film "przemawia" do zwykłego odbiorcy - jest wyważenie proporcji prostoty i patosu. Przedstawienie prezydenta z bliska, lecz nie odbierając szacunku , bez idealizacji, lecz z powagą. Myślę, że to udało się twórcom, głównie dzięki świetnej grze aktorskiej Daniela Day- Lewisa. Jest tak samo przekonywujący, spędzając czas z synem i spokojnie odpowiadając na jego dziecięce wątpliwości, jak wygłaszając przemówienie czy zdecydowanie, nieustępliwie przekonując najbliższych współpracowników do własnych racji. Myślę, że na uznanie zasługują także zdjęcia Janusza Kamińskiego. Jeżeli mowa o patosie w tym filmie, to chyba przemawia on zwłaszcza w nich. W charakterystyczny sposób operuje światłem, zaznaczając w ten sposób powagę sytuacji, trudne wewnętrzne rozterki głównego bohatera. Czy zawsze udaje się im spełnić funkcję to już zależy od indywidualnego odbioru. W pewnych momentach światło nadające powagi wdawało mi się przesadne - poświata wokół sylwetki prezydenta była dla mnie obrazem już zbyt metafizycznym. Podobnie na końcu: jego figura widziana przez pryzmat obrazu płonącego płomienia też wydała mi się skojarzeniem zbyt banalnym. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że właśnie te elementy jako jedyne sugerują widzowi, jak wielkiego ryzyka podejmuje się Lincoln decydując za wszelką cenę wprowadzić 13. poprawkę, ich wykorzystanie udaje się obronić. Bez tego drobnego zaznaczenia Lincoln stałby się może zbyt powszedni, a historia mniej ważna. Uważam film za naprawdę warty zobaczenia.

Projekcja Lincolna wywołała u mnie jeszcze inne refleksje. Nie jest żadną tajemnicą zakończenie filmu: poprawka znosząca niewolnictwo zostaje wprowadzona, lecz sam prezydent ginie postrzelony w zamachu. Obok mnie w kinie siedziała moja 15-nastoletnia siostra, która w zupełnie naturalnym odruchu rozpłakała się w momencie wzmianki o śmierci Lincolna. Przyszło mi do głowy jak bardzo abstrakcyjnym było wcześniej pomyśleć, że ktoś - współczesny, nastoletni czy dojrzały już Polak, może jeszcze opłakiwać śmierć Abrahama Lincolna, prezydenta Stanów Zjednoczonych z XIX wieku. Od razu ruszyła lawina skojarzeń postaci historycznych ginących w wojnach, walkach, zamachach, ale których śmierć jest przecież sprawą tak odległą, że nie ma żadnego wpływu na nasze odczucia. Wzruszenie śmiercią Lincolna było naturalne, mi też w kinie przez chwilę zwilgotniały oczy, a przecież to tak samo absurdalna sytuacja jak opłakiwanie Władysława Warneńczyka, który zginął w bitwie pod Warną w średniowieczu...! Może przesadziłam trochę z porównaniem, lecz to nie jest tutaj najważniejsze.
W kinie miałam dowód na niesamowitą siłę oddziaływania filmu. Gdy zastanawiam się nad tym - jest to rola zupełnie pozytywna. Znam przecież wiele rewelacyjnych historycznych filmów, dzięki którym nie pomylę już postaci z działalnością, krajem, potrafię zlokalizować w miejscu i czasie. Świetne filmy wojenne jak "Życie jest piękne", klasyczna "Zielona mila", nasz polski "Katyń", serial "Czas Honoru", zeszłoroczne "80 milionów" to pierwsze pozycje które przychodzą do głowy przed serią niezliczonych bardzo dobrych produkcji. Nie brakuje także pomyłek w postaci "Bitwy Warszawskiej" czy "Bitwy pod Wiedniem", gdzie ogromna kampania marketingowa i cała forma absolutnie przerosła właściwą treść. Tak, jak to jest z tak wielką siłą oddziaływania trzeba uważać i starać się zawsze przed historycznym kinem wiedzieć coś więcej o tematyce, zwracać uwagę na kraj produkcji. Ta świadomość zależności sposobu patrzenia na historię od szerokości geograficznej nie ma nas jedynie ostrzegać o historycznych "oszustwach" producentów. Właściwie, uważam za zupełnie naturalne. Każde państwo ma przecież prawo do narodowej dumy ze swojej historii, choćby była bardzo przekoloryzowana. Właściwą obroną na jakieś fałsze historyczne jest tworzenie własnych alternatywnych źródeł informacji. Potrzebne są filmy takie jak "Katyń", przypominające o heroizmie, i te jak ostania "Tajemnica westerplatte" - ukazujące różne strony medalu. Po projekcji Lincolna doszłam do wniosku, że świadomość relatywizacji patrzenia na kino to nie tylko wyczulenie na prawdę historyczną, ale także docenienie sztuki realizatorskiej, która ożywia historię i zbliża ją do nas w taki sposób, w który nie potrafią podręczniki. Właśnie za ten drugi punkt należy się uznanie dla Lincolna.
niedziela, 24 marca 2013
maraton filmowy - amerykanina portrety psychologiczne!
Wspominałam już o tym nie raz - pewnie dlatego, że to pierwsze takie przedsięwzięcie, którego byłam organizatorem na uczelni. Dużo niedociągnięć, jednak ostatecznie zgodnie z planem zrealizowane pomyślnie! Skorzystałam nie tylko na doświadczeniu organizacji, lecz chyba przede wszystkim jako widz. Ostatnio coraz rzadziej mam okazję na spokojnie obejrzeć sama film, nieustannie mam tyle pomysłów i przedsięwzięć do zrealizowania, że półtorej godziny wydaje mi się czasem nie do nadrobienia i rezygnuje z wytęsknionej projekcji. Cały dzień z filmami na uczelni mimo stresu przygotowywań, w końcu pozwolił mi na spokojną analizę filmowych realizacji, tym bardziej, że wszystkie z filmów zamierzałam już dawno zobaczyć, ale nie udało mi się wcześniej. Odpoczywając, medytując, czasem zaintrygowana, czasem z lekką pobłażliwością formułowałam wnioski cały dzień. I pytałam siebie, czy nasz maraton udał się pod względem ideologicznym. Udało nam się sformułować jakąś definicję amerykańskiej kultury? - lub przynajmniej tego, za co w Europie amerykańską kulturę się uznaje.
Po pierwsze: Annie Hall. Rozpoczęta przydługim monologiem amerykańskiego intelektualisty, który opowiada o swoim nie udanym życiu (głównie erotycznym...). Wiedziałam, czego powinnam spodziewać się po Woodym Allenie, sięgając jednak do starszej, jednej z początkowych jego produkcji, wydaje mi się, że trochę lepiej go poznałam. Współczesne realizacje są już dużo mniej naładowane atrakcjami w postaci dygresji samego Allena, a przygotowywane bardziej pod lekką pozycję na wieczór. Ta "ujarzmiona" już, późna twórczość wydaje mi się jednak trafniejsza, choć widać odejście twórcy od pierwszych pomysłów filmów-dzienników intelektualisty.
Do Woody'ego Allena trzeba mieć cierpliwość. Przy Annie Hall, miałam wrażenie że to film absolutnie jego, tworzony dla niego samego, nie dla widza. Jego dziennik z przemyśleniami - absolutnie błyskotliwymi i niepodważalnymi (wg samego autora - co Allen próbuje nam przekazać na każdym kroku). Ma coś z Gombrowicza, Gombrowicz jednak jest dla mnie bardziej przyswajalny, myślę, że jednak ze względu na pochodzenie, na polskie realia. Allen w Annie Hall to intelektualista, Allen to konsument, Allen to Amerykanin. Nie troszczy się o sprawy materialne, właściwie nie troszczy się o nic, poza swoimi przemyśleniami i problemami z kobietami. Chronologia w jego pomyśle absolutnie nie ma żadnego znaczenia, jedynie chaotyczna spełnia jakieś funkcje. Annie Hall nie każdemu się spodoba, mi się jednak podobała. To film czysto dygresyjny, sprowadzający się do konsekwentnego udowadniania tezy założonej przez autora już na początku historii, że związki między kobietą i mężczyzną to twory sztuczne i absurdalne, a jednak nam potrzebne i przez nas pożądane. Woody Allen tak bez ogródek przekazuje swoje przemyślenia, że nie trzeba się nawet doszukiwać dodatkowych znaczeń. Zafascynowany sobą w Annie Hall rozrysowuje swoją intelektualną wędrówkę bardzo szczegółowo.
Na lunch: Kawa i papierosy. Bardzo niezdrowo - jak echo powtarzają się słowa różnych postaci, przemieszanych na wszystkich poziomach. Ten pomysł na film podoba mi się bardzo. Chaotyczne epizody z życia obrazują sceny te uznawane za najbardziej codzienne i w swojej codzienności nieciekawe, czasem krępujące, niezręczne, jak charakteryzowane przez Binę na jej blogu Socially Awkward. Dużo tutaj dobrej analizy zachowań, lekkie opowiadanie o ludzkiej naturze, w amerykańskim stylu: lapidarnie, fragmentarycznie, krótko, w międzyczasie.
Następnym punktem w repertuarze była klasyka Tarantino. Wiedziałam, że będzie brutalnie, wiedziałam, że będzie bawił się obrazem, mieszając kolory, wizje, dodając rzeczywistości, tworząc świat rządzony przez przemoc i żądze. Przygotowywałam się mentalnie, a mimo to mój mózg miał problemy z zaklimatyzowaniem się w nowych realiach. Trudno mi się przekonać metody przesytu brutalności, bo sama nie potrafiłabym wymyśleć optymizmu przesłania, umiejscawiając go w tak wypaczonym, zepsutym, makabrycznym środowisku - bo właśnie tak przedstawiał mi się świat Tarantino. Przestrzeń tak destrukcyjna, że nie potrafiłabym jej sama obronić. A jednak Urodzeni mordercy bronią, oczywiście, z przymrużeniem oka, nikt nie będzie brał na poważnie okrucieństwa głównych bohaterów, gdy reżyser przedstawia ich jako postacie ewidentnie pozytywne, co więcej darzące się prawdziwą miłością. Póki co, cieszę się, że oglądałam go na maratonie - w domu z pewnością nie dotrwałabym do końca za pierwszym podejściem. Teraz myślę, że za jakiś czas trzeba będzie do niego powrócić i jeszcze raz podjąć się zrozumienia pomysłu Tarantino. Bo przecież chodzi tu o coś więcej niż historię, chodzi o człowieka i jakąś jego definicję. I to też na zupełnie inną historię!
Po tych trzech filmach skończyła się moja wolność, mój odpoczynek i mój czas. Musiałam spieszyć się na zajęcia. Nie mogę odżałować jest Las Vegas Parano, film z pewnością do obejrzenia. Wyruszyłam więc z westchnieniem na ustach, lecz naładowana w dygresje. Mam tylko nadzieje, że nie tak dokuczliwo-moralizatorskie jak te Woode'go Allena! :)
środa, 20 marca 2013
poeta wyklęty - RAFAŁ WOJACZEK
Ostatnio coraz bardziej poetycko, przepraszam, jeżeli za bardzo :) Zawsze uważałam, że elementarnym warunkiem istnienia poety jest jego samotność. Niekoniecznie izolacja, ale z pewnością posiadanie odrębnej, nienaruszalnej tajemnicy życia. To był taki naturalny skutek wyjątkowej wrażliwości przeżyć, spojrzenia, widzącego szerzej lub dociekliwiej. Postać, o których będę mówić doświadczyły jej w sposób wyjątkowo radykalny. Rafał Wojaczek zyskał określenie „poety wyklętego”, podejrzewanego raz o alkoholizm, raz o schizofrenię. Po samobójczej śmierci ogłoszony najbardziej niezwykłym poetą młodego pokolenia. O destrukcyjnych skutkach życia, dramacie odczuwania, samotności, o przemijaniu i o wartościach fundamentalnych będę pisać analizując jego twórczość.
Cała jego twórczość jest przepełniona buntem wobec świata. Ucieczka od formy to świadomy zabieg mający uwolnić poezję od zakłamania. Wojaczek odcina się od całej dotychczasowej kultury, podważa wartość sztuki, szydzi z ogólnego pojęcia poety, którego twórczość ma służyć ludziom. Ostry, brutalny, momentami wulgarny język ma odciąć go od kłamstwa formy. Świat bowiem w każdym wymiarze jest tylko pusty i pozbawiony sensu. Poezja ma być prawdą, nie może więc być „ciekawym słowem”. Wojaczek podważając wartość wszystkiego, określa prawdziwym jedynie bunt, sprzeciw. Prawdą ma być jego cynizm, ironia, brutalność. Można znaleźć tutaj nawiązania do filozofii egzystencjalizmu. Wojaczek podziela egzystencjalny nihilizm, ale nie widzi jednak żadnej możliwości zwycięstwa nad światem, który jest skazany na porażkę. Bohater jego wiersza to człowiek zużyty. Każda forma kontaktu z ludźmi jest dla niego kłamstwem, formą, cierpieniem. Szuka izolacji, separuje się od otoczenia. Jest bierny. Wszystko to sprawia, że wpisuje się w portret XIX dekadenty. Jego twórczość to rozliczenie ze światem. Wojaczek balansuje gdzieś między światem rzeczywistym a stworzonym przez nich środowiskiem dla samego siebie, pozbawionym norm, konwenansów społecznych nie podpisującym się pod żadną kulturą władzą, państwem. Jednak jego życie świadczy że izolacja nie jest możliwa. Wojaczka doprowadza do autodestrukcji i doprowadziło do samobójczej śmierci. Lubię czytać jego wiersze, przejmujące, prawdziwe i tragiczne. Z szacunku do niego, i jego odwagi w przeciwstawieniu się marności świata. Jednak z pewnością po czytaniu Wojaczka należy udać się na terapię - wyjść na ulicę i zauważyć wszystko, co istnieje dookoła i zobaczyć obowiązek istnienia, podjąć się go i realizować! I żyć :)
A już jutro: Maraton filmowy!
Subskrybuj:
Posty (Atom)

























