Ostatnio tak szybko się przemieszczam między Łodzią, Warszawą i domem, że nie nadążam komentować swoich wszystkich spostrzeżeń, a te akurat gromadzą się w mojej głowie nieustannie. :)

Po pierwsze: doszło już do mojego spotkania z
Nędznikami. Produkcja należy do naprawdę bardzo dobrze dopracowanych i przemyślanych pod każdym względem. Mimo tego, że tak dużo się mówiło o ich muzycznym charakterze, byłam zaskoczona, że każdy dialog został zastąpiony kwestiami śpiewanymi! Spodziewałam się jedynie piosenek - tak jak to jest przewidywalne w musicalu. Pierwsza dezorientacja - bo nie często widzi się na ekranie - tak jak tu w pierwszej scenie strażnika i więźnia, wyśpiewujących sobie komendy i uwagi - po chwili mija i stopniowo przyzwyczajamy się do śpiewu naszych bohaterów. Największe wrażenie zrobiły na mnie piosenki - choć nie wiem na ile kieruje się tu merytoryczną oceną warsztatu, a na ile po prostu moim kobiecym charakterem, który rozemocjonował się do łez zarówno przy I Dreamed a Dream, jak i piosence, śpiewanej przez odrzuconą i niekochaną Eponine. Nędznicy potrafią wzruszyć i mają jeden czytelnie postawiony cel, ich fabuła wcale nie jest skomplikowana.
To film, który ma za zadanie obudzić piękno, dobro, miłość, o które warto walczyć zawsze i robi to bardzo czytelnie. Tu nie należy spodziewać się zaskoczenia.

Obejrzałam już także
Kochanków z Księżyca, o których pisałam już w
poście Och! Film Festiwal. Po zobaczeniu jednak uznaję absolutną wyższość tytułu oryginalnego Moonrise Kingdom, który ma swoje poważne uzasadnienie w filmie, polski odpowiednik - to już bardziej przypływ inwencji twórczej tłumacza, jak to się czasem u nas zdarza ;)
i tego właśnie będę używać.
Film zdecydowanie niespotykany i intrygujący, lecz ma w sobie coś z filmu surrealistecznego, który może wydawać się niektórym infantylny. Jednak bezsprzecznie największe wrażenie robi przestrzeń wykreowana w sposób fantastyczny, precyzyjnie dopasowując każdy element i budując krajobraz dla typowego, wymarzonego świata dzieciństwa. Bardzo ciekawą recenzję przeczytałam dzisiaj
tutaj, zapraszam, na pewno dużo bardziej dokładne spojrzenie niż opisane tutaj przeze mnie!
Dodatkowo, wizyta w walentynkowej warszawie, zaowocowała jeszcze jedną rzeczą: zaopatrzyłam się znów w moje czasopisma, przez które zbankrutowałabym, gdyby nie kiermasze przedawnionych numerów :) Wróciłam z dwoma wydaniami 2+3d z zeszłego roku i jednym K Magiem, no i całą stertą ulotek teatralnych z Biblioteki Uniwersyteckiej UW - nie wiem, czemu mam taką słabość do ich gromadzenia!