czwartek, 29 sierpnia 2013

Gringo wśród dzikich plemion



Gringo wśród dzikich plemion nie jest żadnym moim odkryciem. Jest to chyba najpopularniejsza książka najbardziej rozpoznawalnego polskiego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego. Wydana już dobre kilka lat temu dopiero niedawno wpadła w moje ręce. 

Do czytania zabrałam się znając Cejrowskiego z jego programów telewizyjnych. W książce spodziewałam się znaleźć znajomą kompozycję reportażu dotyczącego życia Indian w jakimś konkretnym rejonie Ameryki Łacińskiej. Kiedy więc zrozumiałam, że to bardziej opowiadania, opisy krótkich epizodów, dialogów, pojedynczych spotkań niż reportaż z podróży byłam przez chwilę zdezorientowana. Cejrowski potraktował swoją książkę bardzo swobodnie. Autor gra w niej rolę absolutnie pierwszoplanową. Na początku uważałam, że to przeszkadza. Zdanie narratora jest tak silne, że ciężko cokolwiek samemu pomyśleć coś o opisywanym świecie, wyobrazić go sobie po swojemu. poznajemy go tylko z jednej strony. Myślałam, że otrzymam rzetelne fakty, informacje dotyczące przyrody, klimatu, obcej kultury, otrzymywałam jedynie żartobliwe historyjki i to z początku dotyczące w dużo większym stopniu samego autora i jego życia niż życia Indian! 

Część swojej opinii zachowuje nadal, jednak po skończeniu czytania trzeba jednak uznać prawo autora do takich niefrasobliwych wypowiedzi. Po prostu zrozumiałam, że to bardziej pamiętnik, dziennik z myślami, no i trzeba przyznać, że jedynie dzięki temu bardziej niż rzetelne książki podróżnicze nakreśla (zupełnie w tej kwestii zielonym) Europejczykom daleki, dziki świat. Właśnie dzięki opowiastkom Cejrowskiego czyta się dobrze, często rozśmiesza, może irytować ale też z całą pewnością imponuje. Jednostronność, którą zarzucałam mu w pierwszych rozdziałach potem zdecydowanie usprawiedliwiłam przyznając mu do niej prawo - jego zdanie nie jest jego chwilową opinią,ale konsekwencją lat podróży, wiedzą zdobytą w wielu źródłach. I wydaje mi się, że mimo wszystko, mimo swojego ostrego charakteru, swoistego egocentryzmu, zdecydowanych poglądów i całej kreacji dziwaka-ekscentryka posiada niezwykłą wrażliwość na drugiego człowieka, dobro i piękno świata - i to właśnie da się wyczytać we wszystkich rozdziałach Gringo, obojętnie z jakim nastawieniem się czyta Cejrowskiego. 




Indianin żyje chwilą. I jak nikt inny potrafi smakować teraźniejszość. 
Chwile jego życia są pojedyncze i zamknięte w sobie. Przylegają jedna do drugiej - jak jajka w koszu - ale poza tym przyleganiem stanowią odrębne całostki, które oddziela wyraźna skorupka teraźniejszości.
Indianin znajduje się zawsze we wnętrzu aktualnej chwili swojego istnienia - jak kurczak w jajku - i przeżywa ją od środka. kiedy ją już przeżyje do końca - wyczerpie i opróżni do ostatniej kropelki czasu - wówczas skorupka pęka i Indianin znajduje się w chwili potem. To tak jakby się wykluł i odkrył, że jest we wnętrzu innego jajka. Przy czym to następne wcale nie musi być większe od poprzedniego - ono jest inne, różne, niepowtarzalne. Trudno nawet powiedzieć, że jest n a s t ę p n e, bo indiańskie chwile nie są nanizane na żadną nić - raczej wrzucone luzem do wora życia.




wtorek, 27 sierpnia 2013

Bezimienne Dzieło - St. I. Witkiewicz


Przeglądając repertuar Teatru Narodowego na następny sezon uznałam, że recenzja Bezimiennego Dzieła wcale się niezdezaktualizowała - dramat Witkacego figuruje w jesiennych planach narodowej sceny. Miałam takie obawy, bo spektakl oglądałam tuż tuż przed wakacyjną przerwą. Przekonała mnie też powszechnie przyjęta i akceptowana prawda, że Witkacy jest jednak twórcą ponadczasowym i niezależnie od pory dnia/roku/wieku warto o nim mówić. 


Bezimienne dziełko to nie opowieść, to sztuka o idei - 

- Możliwe. Mniejsza o to. Celem naszym jest zastąpienie władzy świeckiej przez duchowną. Kapłanami będziemy my, według rytuału wiary stworzonej przez Joachima Mieduwała, naszego proroka. Z tą różnicą, że on wierzył w coś w rodzaju zamaskowanego panteizmu, my zaś nie będziemy wierzyć w nic. Pewna forma mdłej demokracji pod maską kultu. Coś w rodzaju egipskich kapłanów. Ludzie wyją o nową religię – dowód, że teofizyczna bzdura znajduje tylu wyznawców. Trzeba to ująć w karby i uspołecznić. Rozumie pan?
- Tak, ale jaki ma być nowy ustrój? Sam kult mało mnie obchodzi, mimo że jestem w pewnym znaczeniu mistykiem.
- Ustrój? To, co obecna pseudo-mdła-demokracja robi mimo woli, my zrobimy programowo, z całą świadomością, bez żadnego zacietrzewienia, a dlasze stopnie rozwoju wyznaczy nam linia eksperymentu. Pierwszy punkt – żadnych ekstrapolacji. Chodzi tylko o to, aby stworzyć nowy rodzaj państwa kapłanów. To, co nie udało się innym kościołom z powodu istotnej wiary i kompromisów z tą wiarą, my zrobimy świadomie, jako pragmatyczny, programowy humbug...
- No dobrze, ale ustrój?
- Ależ pan ma tępą głowę, panie Nieznajomy. Mówię przecie: ustrój pseudodemokratyczny, ale bez żadnego parlamentarnego bluffu. Trzeba dać syndykatom prawdziwą, fikcyjną religię, a nie substytut w rodzaju mitu o generalnym strajku. Wierz mi pan, że dzisiejsi ludzie są daleko skłonniejsi do jakiejkolwiek wiary niż totemiści na Nowej Gwinei. Chociażby mieli zużytkować spirytyzm i kręcące się stoliki – wiara być musi.
- Zdaje się, że zaczynam rozumieć.


Jak w całej twórczości Witkacego, w Bezimiennym dziele mowa jest o człowieku jako o jednostce tworzącej, pragnącej przemian. Mozolne próby układania świata, też tak jak zawsze u niego, kończą się destrukcją wszystkiego. Jego rewolucje są na tyle uniwersalne, że dotykają dokładnie tak samo człowieka, jak środowiska czy sztuki. Na te trzy zagadnienia Witkacy stawia jedną diagnozę - ogromną chęć stawania się lepszym - lub po prostu innym za wszelką cenę, pragnienie bycia zapamiętanym w świecie, gdzie nie ma niczego stałego, przy jednoczesnym rozpaczliwym poszukiwaniu sensu i wiary. Brak jednak na tą chorobę leku. Tak człowiek, jak świat i sztuka, dążąc do swoich nierzeczywistych pragnień skazani są w tym boju na porażkę. I to nie tymczasową - absolutną porażkę stawiającą te wartości pośrodku niczego.


Taką prawdę przekazuje nam Witkacy. Lecz ja myślę, że w jego desperackiej opowieści jest też wołanie o zwykłość. I przy okazji - jest to jak zwykle w Teatrze Narodowym - jest to wspaniałe widowisko, angażujące publiczność. Choć w niewielkim stopniu chciano ukazać tą integralność świata rzeczywistego i teatru, o której tak pisał Witkacy. Stąd biorą się aktorzy wyłaniający się z publiczności, ulotki programowe Mieduwalszczyków spadające na nasze głowy. Oczywiście, na pewno te działania wypadają i tak dosyć skromnie na tle zabiegów scenograficznych stosowanych przy prezentowaniu tej samej sztuki w teatrze im. St. Witkiewicza w Zakopanym - lecz tego niestety nie miałam okazji jeszcze nigdy doświadczyć osobiście. Bądź co bądź Teatr Narodowy musi zachować jednak coś ze swej powagi i nie może pozwolić sobie na zupełną destrukcję pomieszczenia,aby silniej oddziaływać na widza. Z pomocą najbardziej wyróżniających się aktorów robi jednak co w jego mocy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Miłość po francusku



Do kina trafiłam zupełnie przez przypadek, nie znając repertuaru. Towarzyszyła mi 16-letnia siostra i w związku z zapoznaniem się z tytułem filmu, wyświetlanego o wybranej przez nas godzinie pojawiła się chwila zawahania. Miłość po francusku może kojarzyć się przecież na różne sposoby... Uznałam jednak, że tytuł jest pewnie znów pomysłem polskich tłumaczy, którzy często stosują tego typu "niezawodne" chwyty prześcigając się w co głupszych nazwach. [Klasycznym przykładem może być tu Dirty dancing, ale jest to zdecydowanie problem pojawiający się współcześnie tak samo nagminnie jak wtedy.] No i intuicja mnie nie zawiodła.

Miłość po francusku jest mimo wszystko filmem ciepłym i sympatycznym. To lekka komedia, którą dobrze się ogląda - oczywiście, kiedy nie spodziewamy się niczego zaskakującego. Sam scenariusz nie jest mocną stroną tego filmu - historia jest wyraźnie przerysowana i skrupulatnie wpisuje się w schemat przewidywalnej komedii romantycznej. Określenie 'francuski' z tytułu podkreśla jedynie miejsce akcji, no i sugeruje francuską obyczajowość. Miłość po francusku przemyca między wierszami już ten zachodni sposób myślenia o miłości. Rozwódka oznacza to samo co panna, posiadanie dziecka jest sprawą zupełnie naturalną, żadnym obciążeniem dla drugiej strony, różnica wieku bohaterów, choć jest tematem przez nie poruszanym, absolutnie nie razi w oczy widza. Ja nie jestem jeszcze aż tak nowoczesna w relacjach damsko-męskich i normalnie takie sytuacje były by dla mnie problemem do zastanowienia się. W filmie jednak toczącym się tak lekko nikt nie ma pretensji do bohaterów. Ci, sympatyczni i wrażliwi, zupełnie nie kojarzą się z żadną rozwiązłością. Jest to więc jakiś dowód na to, że swoboda związków jest już normą, zwłaszcza w zachodnich społecznościach, a moje rozważania są już chyba mocno zdezaktualizowane. 

Nie chodzi mi o to, żeby krytykować za to ten film, obyczajowość to też przecież kwestia kultury danego kraju i przez ten pryzmat trzeba na to patrzeć. Co więcej ukazuje w jakiś sposób pozytywne oblicze związków z dużą różnicą wieku. W Miłości po francusku chodzi w gruncie rzeczy o bezinteresowne, szczere uczucie.  Wszystkim poszukującym czegoś lekkiego na letnie wieczory - polecam!

piątek, 23 sierpnia 2013

Zmruż oczy



Myślę, że my, Polacy mamy słabość do Polski B. Choć wydaje się odizolowana pod względem rozwoju gospodarczego, jest tam coś do czego wracamy. To nasze Południe Stanów Zjednoczonych, korzenie i arkadia, a na pewno symbol zatrzymania się na chwilę, ucieczki od zgiełku, kontaktu z naturą. Tam szukamy porządku i swoistego narodowego moralnego kręgosłupa. 

Tak tłumaczę sukcesy polskich filmów, tych najbardziej optymistycznych i ciepłych, uciekających zdecydowanie w nasze wschodnie rejony - jak seria U Pana Boga za piecem/w ogródku, i tak samo tłumaczę sukces Rancza, tak długo bijącego rekordy popularności, i tak samo produkcji, będącej przedmiotem moich dzisiejszych analiz - Zmruż oczy.

Filmy sprzed kilku lat (przynajmniej polskie) tracą swoją wizualną atrakcyjność dosyć szybko. Trzeba też przymykać oko, przyzwyczajone do nieporównywanej jakości obrazu współczesnych filmów, na realizację. Akcja może toczyć się zbyt wolno dla niektórych, zbyt chaotycznie, mniej wrażliwym fabuła wyda się do granic prozaiczna. Jednak, choćby przez swoja niedoskonałość, Zmruż oczy emanuje obyczajowością i prawdą, zapewne dla innych odbiorców niż polscy - po prostu niezrozumiałą. Właściwie chwyt jest dosyć standardowy. Podlasie, bieda, zdegradowany, uciekający od świata mężczyzna i 10-letnia dziewczyna, przed którą jeszcze całe życie. Trudno jednrak mieć to za złe twórcom. To film, który wzruszy, bo wciąga nas na swoje zabrudzone podwórko. Będzie próbował zaszczepić jakąś nadzieję na spokój, zwiastować pogodę. 


Tak, nie ma tu niczego nadzwyczajnego. Niczego, oprócz codzienności i zmrużonego spojrzenia w przeszłość. Własną! Własną, ponieważ każdy z odbiorców podczas sceny na moście pomyśli choćby mimowolnie o swoich bliskich, znajomych, z którymi musiał się kiedyś rozstać. I to jest właśnie klucz, który przeniósł ten film do kategorii polskich klasyków.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

The great Gatsby


Dawno temu analizując oscarowy sukces Artysty tłumaczyłam sobie, że w kinie doszliśmy już do tego punktu w odzwierciedlaniu realności, w którym sztuka filmowa zaczęła od tego uciekać. Perfekcyjny warsztat, idealnie odwzorowany świat już przestał zaskakiwać, więc nowy(-stary!) pomysł czarno-białego, niemego filmu zyskał zainteresowanie i uznanie.

Teoria chyba się sprawdza, bo technologie zaczęliśmy w filmie wykorzystywać już nie do przenoszenia na ekran rzeczywistości a do ekranizowania obrazów jak najbardziej fantastycznych. Producenci odkryli, że ostatecznie rzeczywistość mamy na co dzień i po tym odkryciu straciła ona swoje nienaruszalne miejsce w kinematografii. Mam wrażenie, że żyjemy w epoce neo-baroku w filmie, pełnej przepychu i sukcesu erze -  po osiągnięciu szczytu innowacji, po krótkim zachwycie nad kinem 3D. A na pewno to wrażenie miałam oglądając The great Gatsby.

Oglądając go towarzyszyły mi dziwne emocje. Tak często kadr, zdjęcia, obrazy lawirowały między kiczem a pięknem, że trudno było nadążyć ze zbieraniem myśli. Film przykuwa uwagę, przykuwa bogactwem akcji i bogactwem bohaterów (także w zupełnie dosłownym sensie tego słowa). Leonardo di Caprio nie bagatelizuje sytuacji i nie zważając na upływ czasu, kocha tak przejmująco i bezwarunkowo, jak to udowadniał przed laty w Titanicu - osobiście myślę, że nie jest to przypadkowe zestawienie ról. W Gatsby'm mamy do czynienia z absolutnie banalną historią miłosną, lecz realizacja zdecydowanie nie przypomina standardowej. A ja zestawiając je ze sobą zastanawiam się, które z nich więcej nam w tym filmie opowiada.

Rażące oczy przejścia między scenami tłumaczę charakterem scenariusza opartego na opowieści. Obrazy są przerysowane w ten sam sposób, w jaki przerysowuje je nasz umysł. Słuchając opowieści o bogaczu mieszkającym w zamku, widzimy bogacza w zamku z bajek, takim, jakim go poznaliśmy w dzieciństwie, jaki zamek nauczono nas sobie wyobrażać. Tak jest w Gatsby'm - miłość to miłość, jezioro to jezioro, kwiaty to kwiaty - nie ma czasu na redukcję przedmiotów na ekranie, jakąś kompozycję w zdjęciach. Nie ma też znaczenia wierność epoce - brak dbałości o usunięcie współczesnych szczegółów w ogóle tu nie istnieje. Współczesność z całą brawurą znajduje sobie miejsce na ekranie. W końcu odbiorcą jest dzisiejszy człowiek, jednostka patrząca śmiało do przodu. Przyjęcie w zamku Gatsby'ego zostało tak przetransformowane, aby odpowiadało jego obecnemu wyobrażeniu, włączając w to nowoczesną muzykę. Opowieść się toczy, trzeba zmieścić jeszcze tyle wydarzeń, a do końca tylko około 100 minut! I pytanie - czy to jest gra z odbiorcą? Uświadamianie mu, że tak naprawdę to kicz jest nam bliższy, a prostota w filmach jest tylko formą? 

Tak brzmiała moja teza po zmierzeniu się z Gatsby'm. Nie mogę jednak - ba, nie wolno mi - pominąć drugiego rozwiązania, dużo banalniejszego. Bo jeżeli jednak sensem tego filmu była fabuła, to oznacza to jedno - tkliwe historie miłosne wcale nie są wytworem zamierzchłych czasów z Przeminęło z wiatrem. Co więcej, w takim razie należy spodziewać się ich więcej na ekranach...




wtorek, 7 maja 2013

Kultura pod strzechy! Teatr Telewizji na żywo



Po weekendowo-majowej przerwie nadrabiam zaległości. Już przed dwoma tygodniami telewizja emitowała następny ze swoich spektakli Teatru Telewizji na Żywo. Śledzę to przedsięwzięcie od początku  jego zaistnienia w październiku ubiegłego roku, ale Trzy razy Fredro był jednak przedsięwzięciem bardzo innowacyjnym. Obejmował trzy spektakle pióra Fredry, nadawane jednak z trzech różnych teatrów - w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa! Popularyzacja jednocześnie klasycznej literatury, kreowanie wizerunku teatru jako innowacyjnej placówki i konkretnych miejsc na naszej kulturalnej mapie kraju.  Dodatkowo jest dowodem jakiejś kreatywnej spójności i współpracy a przecież w takiej dziedzinie jak sztuka jest ona niezastąpiona. Kulturalna maszyna musi sama się napędzać, wtedy działa sprawnie i tylko wtedy zbiera największą publiczność.


Trzy razy Fredro - Świeczka zgasła, Zrzędność i przekora oraz warszawskie Nikt mnie nie zna.  Podobało mi się - jak to teatr, lecz chwilami bardziej, chwilami mniej. Za najlepszy uznaję widowisko Teatru Narodowego. Być może dlatego, że tylko tam fabuła nabiera tempa. Pierwsze dwie propozycje to króciutkie epizody sytuacyjne. O ile pierwszy broni się aktorską grą Macieja Shtura, miejscami bawił i ciekawił, to drugi spektakl znudził mnie. Był odważniejszy w interpretacji - stroje lekko uwspółcześnione, konceptualna scenografia, widać zamysł reżyserski. Najmniej zainteresowała mnie fabuła, ale w końcu trzeba wziąć poprawkę na logistyczne rozwiązanie projektu Trzy razy Fredro. Autor i czas antenowy były tu kwestiami nie do negocjacji, sztuka widocznie pasowała, choć jako pojedynczy Teatr Telewizji uznałabym ją za nietrafioną. Trzeci spektakl w pełni realizuje natomiast swoje komediowe założenia. Bawią aktorzy, humor niedzisiejszy, rodem z fredrowskiego czasu.

Pomysł na poniedziałkowej telewizyjnej ramówki był bardzo trafiony, choć spektakle widzieliśmy już lepsze. Pierwszy, inaugurujący serię "na żywo" była Boska, świetnie rozegrana przez Krystynę Jandę zabawna opowieść o starszej kobiecie, jej karierze i życiu wymyślonym sobie samodzielnie, oderwanym od realiów. Zabawnie i rozluźniająco. Trzeba było co prawda cierpliwie znosić wszystkie dodatki w postaci przypomnień konferansjerów o jubileuszu Teatru Telewizji, jakimi otaczano konsekwentnie cały dzień.  Przypomnienia emitowano także bezpośrednio przed spektaklem, po nim oraz oczywiście w czasie przerwy, kiedy to zaprowadzono telewidzów nawet za kulisy ;) Jednak nawet pomimo tego całego szumu i wrażenia, że przedstawienie jest tak dopracowane, że musi się podobać, to podobało się naprawdę. Samo wspomnienie wywołuje uśmiech.





Następna propozycja znów bardziej opowiadała o człowieku niż posiadała własną fabułę i znów bardzo o aspiracjach, zwłaszcza tych zawiedzionych. Dużo jednak poważniejsze od pierwszego spektaklu, dlatego myślę, że nie zdobyło takiego zainteresowania telewidzów jak głośna Boska. Na scenie wystąpili wtedy wspólnie Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, scenariusz budując na ich wzajemnej dyskusji. Czy to się podobało, to już zależy naprawdę od osobistego odbioru.



Dalej - spektakl Szkoła Żon  z Teatru Polskiego w Warszawie. Komedia pióra Moliera, dopracowana, z idealnym doborem aktorów. Z całą swoją scenografią odebrałam go za najbardziej "teatralny" ze wszystkich wcześniejszych "na żywo". Bardzo blisko jego projekcji byłam w Teatrze Polskim na Cydzie, może więc teatralne wrażenia nie spały we mnie tak głęboko jak teraz i łatwiej było pobudzić więcej zmysłów do odbioru z ekranu telewizora. Podobał mi się bardzo, mimo że jednak był jedynie klasyczną adaptacją.




Kolejny spektakl Daily Soup emitowany był w maju zeszłego roku, znów wyróżniał się swoim charakterem. Losy rodziny opowiadane jak w mrożkowym Tangu, tak fragmentaryczna życiowa przestrzeń jak Kartotece. Inaczej, intrygująco, psychoderycznie. Dużo dobitniej pyta o układ naszego świata, według koniecznego porządku, wszystko w naszych, współczesnych realiach. Myślę, że wielu z nas mogło natrafić na coś o sobie.


Kilka więc spektakli mamy już za sobą. Telewizja zapewnia im kilkumilionowa oglądalność. I pytanie, czy należy to wykorzystać i emitować coraz przystępniejsze sztuki, aby tą oglądalność jeszcze powiększać, czy coraz bardziej wyszukane - aby zwiększyć ich poziom? I na ile Teatr Telewizji jest nawykiem i przyjemnością, na ile przypadkiem. Rozpisałam się tutaj tylko o emisjach na żywo,a te są bardzo  popularyzowane. Każdy z nich ma nawet własną stronę internetową. Spektakle nagrywane tradycyjnie mają już mniejszy odbiór, choć nierzadko są świetnymi spektaklami. Swoją drogą te na żywo i wcześniej przygotowane przedstawienia to praktycznie zupełnie inne historie i na inne opowiadanie. Ja już pośpiesznie kończę, bo w karcie obok odtwarza się zaległa premiera Teatru Moralność Pani Dulskiej z Cielecką - Temat postu przypomniał o konieczności się z nim zaznajomienia! Jednak słabość do kultury też może się okazać zgubna.. Zwłaszcza dla innych obowiązków! ;)