środa, 18 września 2013

Szkice piórkiem - Andrzej Bobkowski


Fantastyczna narracja, inteligentne spostrzeżenia, zabawne sugestie i konkretne diagnozy społeczne. Świetny mediator w walce z myślami - własnymi, bo książka tylko je podsuwa czytelnikowi - to zostało mi w głowie Szkicach piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. 

Moje przemyślenia będą dotyczyć tylko roku 1940 - pierwszego roku obejmującego dziennik Bobkowskiego. Dalsze lata zostawiłam na później. Szkice piórkiem bowiem, jak każda literatura od przemyśleń, wymaga świeżego, skupionego umysłu i dlatego też uznałam, że powrót do niej za kilka tygodni będzie lepszym rozwiązaniem. Choć i tak dziennik Bobkowskiego nie ma kompozycji zapisanych pojedynczych myśli, pozbawionych punku zaczepienia i chronologii. Okoliczności - to, co się dzieje teraz i potem jest bardzo ważne - w końcu rozpoczęła się II wojna światowa. W dodatku Bobkowski też nie przeżywa swojego codziennego życia, lecz przez prawie cały czas znajduje się w podróży. I to rowerem! 

Historia o przejechaniu całej Francji przy pomocy roweru i to bynajmniej nie tylko z fantazji, lecz przez okoliczność wybuchu wojny brzmi absolutnie fantastycznie. A jednak Bobkowski opisuje to tak prosto, tak naturalnie, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. Piszę o świecie, który go otacza, analizuje historie Niemiec, Polski, Francji, myśli o ludziach, poznaje ich, próbuje odnaleźć odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie cały świat. I przy tym wszystkim maksymalnie wycofuje siebie ze swoich opisów. Nie ma tu nic z Gombrowiczowskiej dumy pisarza, jego potrzebie  i s t n i e n i a  na łamach swojego dziennika. W momentach najbardziej prywatnych, najbardziej delikatnych, dla niego najważniejszych - Bobkowski znika. Na początku nie rozumiałam, dlaczego tak mało piszę o tęsknocie za żoną, za rodziną, za Polską, czemu się nie żali, jakby domagałam się od niego tych wyznań - chciałam przeżywać razem z nim, jak zazwyczaj przy takich lekturach. Z czasem zrozumiałam, że to nie jest celem Szkiców piórkiem. Te dzienniki są napisane po to, aby zmusić odbiorcę do wyciągania własnych wniosków. 

Ta filozoficzna strona dziennika wydaje mi się najważniejsza - ma zmienić nasze spojrzenie na świat, wojnę, człowieka, zabrania uciekać do wyuczonej pozy. A przy okazji - pełno tu optymizmu, uśmiechu, ciepła, odwagi, pokory, prostoty, miłości. Bobkowski jest naprawdę wyjątkowy. Czytając oniryczne opisy południowej Francji, realistyczne sceny z francuskich miasteczek trzeba samemu się pilnować i przypominać sobie, że trwa wojna, że sam autor codziennie pokonuje blisko 100 km na rowerze, w różnych warunkach atmosferycznych, o nie do końca kompletnych posiłkach - trzeba to sobie przypominać, bo Bobkowski w ogóle zdaje się nie zwracać na to uwagi. Polacy wychowani na Sienkiewiczu mogliby go oskarżyć o brak romantycznych zachowań - w końcu przeżywanie wojny jednocząc się z krajem było obowiązkiem. Bobkowski tęskni za Polską, ceni ją i podziwia, lecz - jak Gombrowicz - walczy z pozorowanym patriotyzmem zmuszającym do umartwienia, tylko, że w przeciwieństwie do Gombrowicza mniej o tym mówi, a więcej wciela w życie. I nie można mieć o to pretensji - nie mam nawet ja - mimo wszystko także wychowana na Sienkiewiczu.

Nic więcej nie piszę - w końcu także stanęłam w środku akcji i tylko czekam by ruszyć dalej. 



Słońce, oślepiające słońce, w dole oddala się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś - i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.


Były takie czasy, w których człowiek marzył; dziś marzenie jest czymś tak bezsensowym, że można je uprawiać tylko po to, aby nie wyjść z wprawy. Jak stawanie na rękach. Zagadnienie życia, zwyczajnego życia, nabiera takiego znaczenia, jak nigdy dotąd. Nie wiem jak to czują inni - u mnie jest wyraźna dwoistość: jestem ja i jest życie moje i Basi. Kiedy o tym myślę, zachowuje się jak lekarz nad łóżkiem chorego: badam, nasłuchuje, patrzę. Świetnie - jeszcze zipi. O to chodzi.


Błądzą wspomnienia, porównania zapomniane obrazy. szedłem raz sam w Gorcach w czasie halnego wiatru... żal jest najgłupszym uczuciem, smutek obezwładnia. prawie całą noc nie będę mógł spać. będę patrzył na siebie i od czasu do czasu stwierdzę, że dobrze to zagrałem; tę scenę bezsenności, melancholii i smutku. To zabawne, gdy czuje się równocześnie, że życie kipi tam wewnątrz i śmieje się.


PS - A w Łodzi można oglądać od 30 września wystawę - Bobkowski. Chuligan wolności. Miejsce: Teatr Nowy. Później wystawa powędruje do Krakowa, jeżeli komuś Kraków bardziej po drodze!



sobota, 31 sierpnia 2013

Orkiestra Sonus i Żyrardowskie uderzenie - Rzecz o letnich atrakcjach polskich miast


Lato w polskim małym miasteczku ma swoją pewną specyfikę. Obowiązkiem każdej takiej mieściny jest program letnich rozrywek, koniecznie pod hasłem zapewniającym ze wszystkich sił, że lato w mieście nie musi być nudne. I powstają rozrywki - ośrodki kultury szukają, gdzie mogą. Do standardowych zagrań należy zaproszenie gościa - z telewizji, lub po prostu z jakiegoś "ekskluzywnego" zawodu np. aktora - i organizacja z nim spotkania. Zawsze będzie też jakaś biesiada, występ zespołu folkowego/harcerskiego/religijnego, tudzież szkolnego chóru koncertującego po rodzinnym mieście w wakacje. Co lepiej zorganizowane miasto kusi się na Kino letnie - projekcje wychodzą, albo i nie, bo wszystko jest uzależnione od pogody, inicjatywa jednak jest potrzebna i ogłaszana. Ostatnia powtarzająca się rzecz w takich miejskich repertuarach letnich to występy orkiestrowe. Orkiestra strażacka, osiedlowa orkiestra starszych panów, symfoniczne orkiestry miejskie - w końcu w każdym mieście ze szkołą muzyczną nie brakuje muzyków-pasjonatów, i takie koncerty naprawdę spotykałam często niezależnie czy był to Toruń, Gdynia, Rzeszów czy mój Łowicz. Te wszystkie atrakcje miejskie wydają się potrzebne własnie dlatego by zorganizować scenę na właśnie mieszkańcy regionu mogliby prezentować własne dokonania, a przy okazji - są tak naprawdę niezbędne - dzięki nim to "miasto" ma gdzie wyjść i po prostu zobaczyć się ze sobą. 

Ostatnio jednak dostałam po głowie za moje nędzne, pobłażliwo-wielkomiejskie przemyślenia. Okazuje się, że do wszystkiego, a zwłaszcza do muzyki trzeba podjeść poważnie bez względu na okoliczności. Dobra muzyka, może zwalić nas z nóg tak samo w zacisznym pokoju ze słuchawkach na uszach, jak w filharmonii czy nareszcie na miejskiej letniej scenie. 

W Łowiczu od pewnego czasu działa Orkiestra Sonus i właśnie na jej koncert wybrałam się ostatniego wieczoru. Ich od początku nie traktowałam pobłażliwie - czołowi artyści tworzący Sonus dali już o sobie znać w Łowiczu przez ostatnie lata grając w różnych miejscach fantastyczne moim zdaniem Oratorium Pieśni Jerozolimskich. Orkiestra jednak jest inicjatywą nową i jeszcze przeze mnie niepoznaną. Koncert był wieczorem Muzyki Filmowej, więc chciałam spodziewać się lekkiej, rozrywkowej atmosfery, obawiałam się jednak powagi orkiestrowego występu. Złoto instrumentów, ich liczba, muzyka instrumentalna, eleganckie stroje umieszczone w samym sercu łowickiego parku, i to parku, który jest miejscem cichego przyzwolenia na młodzieżowe spotkania, jakie to każde miasto ma zaznaczone na swojej mapie życia nocnego. Obawiałam się jednak bez potrzeby - barierę dystansu kultury podanej za wysoko przełamał charakter wieczoru - koncert muzyki filmowej. 


Utwory były znane, stały się świetną podróżą po najpopularniejszych filmach, wzruszających, zabawnych, kształtujących naszą kulturę. Świetnym posunięciem było wprowadzenie dużej ilości piosenek śpiewanych. Jednak nic nie oddziałuje na nas jak wokal śpiewający konkretnie do nas! Moimi faworytami zostaną utwory "Od nocy do nocy", "Modlitwa Esmeraldy" i piosenka z Tarzana. Zachwyciłam się głosem Hanny Giedy, uważam, że był to chyba najlepszy występ wokalny Kacpra Wysockiego.  Sama orkiestra grała niesamowicie i imponowała. Blisko 60 młodych osób, którzy znaleźli swoje miejsce i wspólnie wygrywali utwory tak samo bliskie publiczności jak i im samym. Ogromną zaletą koncertu był występ Żyrardowskiego Uderzenia. Ci - choć nie ulega wątpliwości, że powinni zmienić swoją nazwę, która niektórym może nie skojarzyć się z perkusyjnym zespołem, lecz ćwiczeniami walki;) - dodali wczorajszemu koncertowi tyle uroku, ile nie potrafił by sam Sonus. Dźwięki cymbał, cymbałków, wszelkiego rodzaju perkusyjnych elementów przy odgrywaniu utworów z bajek było najbardziej magiczną adaptacją, z jaką miałam do czynienia. Ponadto - Żyrardowskie uderzenie, może przez brak wieczorowych strojów, może przez ich różnorodność (przy jednych cymbałkach grał 10-letni chłopiec!) emanowało spontaniczną radością grania, radością muzyki. Muzyka nie zna zasady decorum - nie ważne czy byłaby to filharmonia, pewne brzmienia od razu sprawiają, że chciało mi się tańczyć, śpiewać, klaskać. Oba zespoły naprawdę uzupełniały się świetnie. A prawdziwym fenomenem tego koncertu okazała się jego uniwersalność - to by występ da każdego absolutnie, od rozbieganych dzieci, rozpoznających ulubione piosenki z bajek, do zasłuchanych dziadków. I na pewno na długo zostanie zapamiętany w naszej łowickiej społeczności. 


Strasznie przepraszam za tekst rozmiarów kolosa z Rodos, marny ze mnie recenzent, zdecydowanie bliżej mi do eseisty! A wszystkich zainteresowanych Orkiestrą Sonus lub wspieraniem świetnej kultury, która dusi się wręcz na niezauważalnych deskach ośrodków kultury zapraszam do polubienia ich strony na facebooku, opatrzonej świetnymi zdjęciami ich fotografa, którego autorstwa zdjęcie umieściłam też wyżej. A ja biegając jak zawsze z wypiekami na twarzy po warszawskich teatrach lub łódzkiej Off Piotrkowskiej nigdy już nie będę lekceważyć propozycji kulturalnych polskich miasteczek!


czwartek, 29 sierpnia 2013

Gringo wśród dzikich plemion



Gringo wśród dzikich plemion nie jest żadnym moim odkryciem. Jest to chyba najpopularniejsza książka najbardziej rozpoznawalnego polskiego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego. Wydana już dobre kilka lat temu dopiero niedawno wpadła w moje ręce. 

Do czytania zabrałam się znając Cejrowskiego z jego programów telewizyjnych. W książce spodziewałam się znaleźć znajomą kompozycję reportażu dotyczącego życia Indian w jakimś konkretnym rejonie Ameryki Łacińskiej. Kiedy więc zrozumiałam, że to bardziej opowiadania, opisy krótkich epizodów, dialogów, pojedynczych spotkań niż reportaż z podróży byłam przez chwilę zdezorientowana. Cejrowski potraktował swoją książkę bardzo swobodnie. Autor gra w niej rolę absolutnie pierwszoplanową. Na początku uważałam, że to przeszkadza. Zdanie narratora jest tak silne, że ciężko cokolwiek samemu pomyśleć coś o opisywanym świecie, wyobrazić go sobie po swojemu. poznajemy go tylko z jednej strony. Myślałam, że otrzymam rzetelne fakty, informacje dotyczące przyrody, klimatu, obcej kultury, otrzymywałam jedynie żartobliwe historyjki i to z początku dotyczące w dużo większym stopniu samego autora i jego życia niż życia Indian! 

Część swojej opinii zachowuje nadal, jednak po skończeniu czytania trzeba jednak uznać prawo autora do takich niefrasobliwych wypowiedzi. Po prostu zrozumiałam, że to bardziej pamiętnik, dziennik z myślami, no i trzeba przyznać, że jedynie dzięki temu bardziej niż rzetelne książki podróżnicze nakreśla (zupełnie w tej kwestii zielonym) Europejczykom daleki, dziki świat. Właśnie dzięki opowiastkom Cejrowskiego czyta się dobrze, często rozśmiesza, może irytować ale też z całą pewnością imponuje. Jednostronność, którą zarzucałam mu w pierwszych rozdziałach potem zdecydowanie usprawiedliwiłam przyznając mu do niej prawo - jego zdanie nie jest jego chwilową opinią,ale konsekwencją lat podróży, wiedzą zdobytą w wielu źródłach. I wydaje mi się, że mimo wszystko, mimo swojego ostrego charakteru, swoistego egocentryzmu, zdecydowanych poglądów i całej kreacji dziwaka-ekscentryka posiada niezwykłą wrażliwość na drugiego człowieka, dobro i piękno świata - i to właśnie da się wyczytać we wszystkich rozdziałach Gringo, obojętnie z jakim nastawieniem się czyta Cejrowskiego. 




Indianin żyje chwilą. I jak nikt inny potrafi smakować teraźniejszość. 
Chwile jego życia są pojedyncze i zamknięte w sobie. Przylegają jedna do drugiej - jak jajka w koszu - ale poza tym przyleganiem stanowią odrębne całostki, które oddziela wyraźna skorupka teraźniejszości.
Indianin znajduje się zawsze we wnętrzu aktualnej chwili swojego istnienia - jak kurczak w jajku - i przeżywa ją od środka. kiedy ją już przeżyje do końca - wyczerpie i opróżni do ostatniej kropelki czasu - wówczas skorupka pęka i Indianin znajduje się w chwili potem. To tak jakby się wykluł i odkrył, że jest we wnętrzu innego jajka. Przy czym to następne wcale nie musi być większe od poprzedniego - ono jest inne, różne, niepowtarzalne. Trudno nawet powiedzieć, że jest n a s t ę p n e, bo indiańskie chwile nie są nanizane na żadną nić - raczej wrzucone luzem do wora życia.




wtorek, 27 sierpnia 2013

Bezimienne Dzieło - St. I. Witkiewicz


Przeglądając repertuar Teatru Narodowego na następny sezon uznałam, że recenzja Bezimiennego Dzieła wcale się niezdezaktualizowała - dramat Witkacego figuruje w jesiennych planach narodowej sceny. Miałam takie obawy, bo spektakl oglądałam tuż tuż przed wakacyjną przerwą. Przekonała mnie też powszechnie przyjęta i akceptowana prawda, że Witkacy jest jednak twórcą ponadczasowym i niezależnie od pory dnia/roku/wieku warto o nim mówić. 


Bezimienne dziełko to nie opowieść, to sztuka o idei - 

- Możliwe. Mniejsza o to. Celem naszym jest zastąpienie władzy świeckiej przez duchowną. Kapłanami będziemy my, według rytuału wiary stworzonej przez Joachima Mieduwała, naszego proroka. Z tą różnicą, że on wierzył w coś w rodzaju zamaskowanego panteizmu, my zaś nie będziemy wierzyć w nic. Pewna forma mdłej demokracji pod maską kultu. Coś w rodzaju egipskich kapłanów. Ludzie wyją o nową religię – dowód, że teofizyczna bzdura znajduje tylu wyznawców. Trzeba to ująć w karby i uspołecznić. Rozumie pan?
- Tak, ale jaki ma być nowy ustrój? Sam kult mało mnie obchodzi, mimo że jestem w pewnym znaczeniu mistykiem.
- Ustrój? To, co obecna pseudo-mdła-demokracja robi mimo woli, my zrobimy programowo, z całą świadomością, bez żadnego zacietrzewienia, a dlasze stopnie rozwoju wyznaczy nam linia eksperymentu. Pierwszy punkt – żadnych ekstrapolacji. Chodzi tylko o to, aby stworzyć nowy rodzaj państwa kapłanów. To, co nie udało się innym kościołom z powodu istotnej wiary i kompromisów z tą wiarą, my zrobimy świadomie, jako pragmatyczny, programowy humbug...
- No dobrze, ale ustrój?
- Ależ pan ma tępą głowę, panie Nieznajomy. Mówię przecie: ustrój pseudodemokratyczny, ale bez żadnego parlamentarnego bluffu. Trzeba dać syndykatom prawdziwą, fikcyjną religię, a nie substytut w rodzaju mitu o generalnym strajku. Wierz mi pan, że dzisiejsi ludzie są daleko skłonniejsi do jakiejkolwiek wiary niż totemiści na Nowej Gwinei. Chociażby mieli zużytkować spirytyzm i kręcące się stoliki – wiara być musi.
- Zdaje się, że zaczynam rozumieć.


Jak w całej twórczości Witkacego, w Bezimiennym dziele mowa jest o człowieku jako o jednostce tworzącej, pragnącej przemian. Mozolne próby układania świata, też tak jak zawsze u niego, kończą się destrukcją wszystkiego. Jego rewolucje są na tyle uniwersalne, że dotykają dokładnie tak samo człowieka, jak środowiska czy sztuki. Na te trzy zagadnienia Witkacy stawia jedną diagnozę - ogromną chęć stawania się lepszym - lub po prostu innym za wszelką cenę, pragnienie bycia zapamiętanym w świecie, gdzie nie ma niczego stałego, przy jednoczesnym rozpaczliwym poszukiwaniu sensu i wiary. Brak jednak na tą chorobę leku. Tak człowiek, jak świat i sztuka, dążąc do swoich nierzeczywistych pragnień skazani są w tym boju na porażkę. I to nie tymczasową - absolutną porażkę stawiającą te wartości pośrodku niczego.


Taką prawdę przekazuje nam Witkacy. Lecz ja myślę, że w jego desperackiej opowieści jest też wołanie o zwykłość. I przy okazji - jest to jak zwykle w Teatrze Narodowym - jest to wspaniałe widowisko, angażujące publiczność. Choć w niewielkim stopniu chciano ukazać tą integralność świata rzeczywistego i teatru, o której tak pisał Witkacy. Stąd biorą się aktorzy wyłaniający się z publiczności, ulotki programowe Mieduwalszczyków spadające na nasze głowy. Oczywiście, na pewno te działania wypadają i tak dosyć skromnie na tle zabiegów scenograficznych stosowanych przy prezentowaniu tej samej sztuki w teatrze im. St. Witkiewicza w Zakopanym - lecz tego niestety nie miałam okazji jeszcze nigdy doświadczyć osobiście. Bądź co bądź Teatr Narodowy musi zachować jednak coś ze swej powagi i nie może pozwolić sobie na zupełną destrukcję pomieszczenia,aby silniej oddziaływać na widza. Z pomocą najbardziej wyróżniających się aktorów robi jednak co w jego mocy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Miłość po francusku



Do kina trafiłam zupełnie przez przypadek, nie znając repertuaru. Towarzyszyła mi 16-letnia siostra i w związku z zapoznaniem się z tytułem filmu, wyświetlanego o wybranej przez nas godzinie pojawiła się chwila zawahania. Miłość po francusku może kojarzyć się przecież na różne sposoby... Uznałam jednak, że tytuł jest pewnie znów pomysłem polskich tłumaczy, którzy często stosują tego typu "niezawodne" chwyty prześcigając się w co głupszych nazwach. [Klasycznym przykładem może być tu Dirty dancing, ale jest to zdecydowanie problem pojawiający się współcześnie tak samo nagminnie jak wtedy.] No i intuicja mnie nie zawiodła.

Miłość po francusku jest mimo wszystko filmem ciepłym i sympatycznym. To lekka komedia, którą dobrze się ogląda - oczywiście, kiedy nie spodziewamy się niczego zaskakującego. Sam scenariusz nie jest mocną stroną tego filmu - historia jest wyraźnie przerysowana i skrupulatnie wpisuje się w schemat przewidywalnej komedii romantycznej. Określenie 'francuski' z tytułu podkreśla jedynie miejsce akcji, no i sugeruje francuską obyczajowość. Miłość po francusku przemyca między wierszami już ten zachodni sposób myślenia o miłości. Rozwódka oznacza to samo co panna, posiadanie dziecka jest sprawą zupełnie naturalną, żadnym obciążeniem dla drugiej strony, różnica wieku bohaterów, choć jest tematem przez nie poruszanym, absolutnie nie razi w oczy widza. Ja nie jestem jeszcze aż tak nowoczesna w relacjach damsko-męskich i normalnie takie sytuacje były by dla mnie problemem do zastanowienia się. W filmie jednak toczącym się tak lekko nikt nie ma pretensji do bohaterów. Ci, sympatyczni i wrażliwi, zupełnie nie kojarzą się z żadną rozwiązłością. Jest to więc jakiś dowód na to, że swoboda związków jest już normą, zwłaszcza w zachodnich społecznościach, a moje rozważania są już chyba mocno zdezaktualizowane. 

Nie chodzi mi o to, żeby krytykować za to ten film, obyczajowość to też przecież kwestia kultury danego kraju i przez ten pryzmat trzeba na to patrzeć. Co więcej ukazuje w jakiś sposób pozytywne oblicze związków z dużą różnicą wieku. W Miłości po francusku chodzi w gruncie rzeczy o bezinteresowne, szczere uczucie.  Wszystkim poszukującym czegoś lekkiego na letnie wieczory - polecam!

piątek, 23 sierpnia 2013

Zmruż oczy



Myślę, że my, Polacy mamy słabość do Polski B. Choć wydaje się odizolowana pod względem rozwoju gospodarczego, jest tam coś do czego wracamy. To nasze Południe Stanów Zjednoczonych, korzenie i arkadia, a na pewno symbol zatrzymania się na chwilę, ucieczki od zgiełku, kontaktu z naturą. Tam szukamy porządku i swoistego narodowego moralnego kręgosłupa. 

Tak tłumaczę sukcesy polskich filmów, tych najbardziej optymistycznych i ciepłych, uciekających zdecydowanie w nasze wschodnie rejony - jak seria U Pana Boga za piecem/w ogródku, i tak samo tłumaczę sukces Rancza, tak długo bijącego rekordy popularności, i tak samo produkcji, będącej przedmiotem moich dzisiejszych analiz - Zmruż oczy.

Filmy sprzed kilku lat (przynajmniej polskie) tracą swoją wizualną atrakcyjność dosyć szybko. Trzeba też przymykać oko, przyzwyczajone do nieporównywanej jakości obrazu współczesnych filmów, na realizację. Akcja może toczyć się zbyt wolno dla niektórych, zbyt chaotycznie, mniej wrażliwym fabuła wyda się do granic prozaiczna. Jednak, choćby przez swoja niedoskonałość, Zmruż oczy emanuje obyczajowością i prawdą, zapewne dla innych odbiorców niż polscy - po prostu niezrozumiałą. Właściwie chwyt jest dosyć standardowy. Podlasie, bieda, zdegradowany, uciekający od świata mężczyzna i 10-letnia dziewczyna, przed którą jeszcze całe życie. Trudno jednrak mieć to za złe twórcom. To film, który wzruszy, bo wciąga nas na swoje zabrudzone podwórko. Będzie próbował zaszczepić jakąś nadzieję na spokój, zwiastować pogodę. 


Tak, nie ma tu niczego nadzwyczajnego. Niczego, oprócz codzienności i zmrużonego spojrzenia w przeszłość. Własną! Własną, ponieważ każdy z odbiorców podczas sceny na moście pomyśli choćby mimowolnie o swoich bliskich, znajomych, z którymi musiał się kiedyś rozstać. I to jest właśnie klucz, który przeniósł ten film do kategorii polskich klasyków.