poniedziałek, 19 sierpnia 2013

The great Gatsby


Dawno temu analizując oscarowy sukces Artysty tłumaczyłam sobie, że w kinie doszliśmy już do tego punktu w odzwierciedlaniu realności, w którym sztuka filmowa zaczęła od tego uciekać. Perfekcyjny warsztat, idealnie odwzorowany świat już przestał zaskakiwać, więc nowy(-stary!) pomysł czarno-białego, niemego filmu zyskał zainteresowanie i uznanie.

Teoria chyba się sprawdza, bo technologie zaczęliśmy w filmie wykorzystywać już nie do przenoszenia na ekran rzeczywistości a do ekranizowania obrazów jak najbardziej fantastycznych. Producenci odkryli, że ostatecznie rzeczywistość mamy na co dzień i po tym odkryciu straciła ona swoje nienaruszalne miejsce w kinematografii. Mam wrażenie, że żyjemy w epoce neo-baroku w filmie, pełnej przepychu i sukcesu erze -  po osiągnięciu szczytu innowacji, po krótkim zachwycie nad kinem 3D. A na pewno to wrażenie miałam oglądając The great Gatsby.

Oglądając go towarzyszyły mi dziwne emocje. Tak często kadr, zdjęcia, obrazy lawirowały między kiczem a pięknem, że trudno było nadążyć ze zbieraniem myśli. Film przykuwa uwagę, przykuwa bogactwem akcji i bogactwem bohaterów (także w zupełnie dosłownym sensie tego słowa). Leonardo di Caprio nie bagatelizuje sytuacji i nie zważając na upływ czasu, kocha tak przejmująco i bezwarunkowo, jak to udowadniał przed laty w Titanicu - osobiście myślę, że nie jest to przypadkowe zestawienie ról. W Gatsby'm mamy do czynienia z absolutnie banalną historią miłosną, lecz realizacja zdecydowanie nie przypomina standardowej. A ja zestawiając je ze sobą zastanawiam się, które z nich więcej nam w tym filmie opowiada.

Rażące oczy przejścia między scenami tłumaczę charakterem scenariusza opartego na opowieści. Obrazy są przerysowane w ten sam sposób, w jaki przerysowuje je nasz umysł. Słuchając opowieści o bogaczu mieszkającym w zamku, widzimy bogacza w zamku z bajek, takim, jakim go poznaliśmy w dzieciństwie, jaki zamek nauczono nas sobie wyobrażać. Tak jest w Gatsby'm - miłość to miłość, jezioro to jezioro, kwiaty to kwiaty - nie ma czasu na redukcję przedmiotów na ekranie, jakąś kompozycję w zdjęciach. Nie ma też znaczenia wierność epoce - brak dbałości o usunięcie współczesnych szczegółów w ogóle tu nie istnieje. Współczesność z całą brawurą znajduje sobie miejsce na ekranie. W końcu odbiorcą jest dzisiejszy człowiek, jednostka patrząca śmiało do przodu. Przyjęcie w zamku Gatsby'ego zostało tak przetransformowane, aby odpowiadało jego obecnemu wyobrażeniu, włączając w to nowoczesną muzykę. Opowieść się toczy, trzeba zmieścić jeszcze tyle wydarzeń, a do końca tylko około 100 minut! I pytanie - czy to jest gra z odbiorcą? Uświadamianie mu, że tak naprawdę to kicz jest nam bliższy, a prostota w filmach jest tylko formą? 

Tak brzmiała moja teza po zmierzeniu się z Gatsby'm. Nie mogę jednak - ba, nie wolno mi - pominąć drugiego rozwiązania, dużo banalniejszego. Bo jeżeli jednak sensem tego filmu była fabuła, to oznacza to jedno - tkliwe historie miłosne wcale nie są wytworem zamierzchłych czasów z Przeminęło z wiatrem. Co więcej, w takim razie należy spodziewać się ich więcej na ekranach...




2 komentarze:

  1. rzeczywiscie, wspolczesna technologia pomaga nam w cofaniu sie w przeszlosc i to jest super! podoba mi sie to nawet w teledyskach... charakteryzacja, sposob narracji i krecenia i myslisz, ze przenioslas sie o 30 lat do tylu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo ciekawa teza,osobiście nie spojrzałabym na to z tej strony. Jednakże ja po połowie byłam zmęczona przerysowanymi dialogami,zdjęciami i przede wszystkim grą aktorską. Dla mnie jako takim morałem jest to , że nie wszystko można kupić, nawet za duże pieniądze. Cały blichtr i bogactwo pokazane w nim, jest jedynie tłem dla zmagań bohaterów ze swoimi słabościami, obsesjami i problemami.Mimo wszystko troszkę zmęczył mnie ten film :).

    OdpowiedzUsuń

Bardzo dziękuje za każdy komentarz! Wszystkie uważnie czytam i jeśli tylko pozwala na to czas staram się na wszystkie odpowiadać:)