wtorek, 7 maja 2013

Kultura pod strzechy! Teatr Telewizji na żywo



Po weekendowo-majowej przerwie nadrabiam zaległości. Już przed dwoma tygodniami telewizja emitowała następny ze swoich spektakli Teatru Telewizji na Żywo. Śledzę to przedsięwzięcie od początku  jego zaistnienia w październiku ubiegłego roku, ale Trzy razy Fredro był jednak przedsięwzięciem bardzo innowacyjnym. Obejmował trzy spektakle pióra Fredry, nadawane jednak z trzech różnych teatrów - w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa! Popularyzacja jednocześnie klasycznej literatury, kreowanie wizerunku teatru jako innowacyjnej placówki i konkretnych miejsc na naszej kulturalnej mapie kraju.  Dodatkowo jest dowodem jakiejś kreatywnej spójności i współpracy a przecież w takiej dziedzinie jak sztuka jest ona niezastąpiona. Kulturalna maszyna musi sama się napędzać, wtedy działa sprawnie i tylko wtedy zbiera największą publiczność.


Trzy razy Fredro - Świeczka zgasła, Zrzędność i przekora oraz warszawskie Nikt mnie nie zna.  Podobało mi się - jak to teatr, lecz chwilami bardziej, chwilami mniej. Za najlepszy uznaję widowisko Teatru Narodowego. Być może dlatego, że tylko tam fabuła nabiera tempa. Pierwsze dwie propozycje to króciutkie epizody sytuacyjne. O ile pierwszy broni się aktorską grą Macieja Shtura, miejscami bawił i ciekawił, to drugi spektakl znudził mnie. Był odważniejszy w interpretacji - stroje lekko uwspółcześnione, konceptualna scenografia, widać zamysł reżyserski. Najmniej zainteresowała mnie fabuła, ale w końcu trzeba wziąć poprawkę na logistyczne rozwiązanie projektu Trzy razy Fredro. Autor i czas antenowy były tu kwestiami nie do negocjacji, sztuka widocznie pasowała, choć jako pojedynczy Teatr Telewizji uznałabym ją za nietrafioną. Trzeci spektakl w pełni realizuje natomiast swoje komediowe założenia. Bawią aktorzy, humor niedzisiejszy, rodem z fredrowskiego czasu.

Pomysł na poniedziałkowej telewizyjnej ramówki był bardzo trafiony, choć spektakle widzieliśmy już lepsze. Pierwszy, inaugurujący serię "na żywo" była Boska, świetnie rozegrana przez Krystynę Jandę zabawna opowieść o starszej kobiecie, jej karierze i życiu wymyślonym sobie samodzielnie, oderwanym od realiów. Zabawnie i rozluźniająco. Trzeba było co prawda cierpliwie znosić wszystkie dodatki w postaci przypomnień konferansjerów o jubileuszu Teatru Telewizji, jakimi otaczano konsekwentnie cały dzień.  Przypomnienia emitowano także bezpośrednio przed spektaklem, po nim oraz oczywiście w czasie przerwy, kiedy to zaprowadzono telewidzów nawet za kulisy ;) Jednak nawet pomimo tego całego szumu i wrażenia, że przedstawienie jest tak dopracowane, że musi się podobać, to podobało się naprawdę. Samo wspomnienie wywołuje uśmiech.





Następna propozycja znów bardziej opowiadała o człowieku niż posiadała własną fabułę i znów bardzo o aspiracjach, zwłaszcza tych zawiedzionych. Dużo jednak poważniejsze od pierwszego spektaklu, dlatego myślę, że nie zdobyło takiego zainteresowania telewidzów jak głośna Boska. Na scenie wystąpili wtedy wspólnie Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, scenariusz budując na ich wzajemnej dyskusji. Czy to się podobało, to już zależy naprawdę od osobistego odbioru.



Dalej - spektakl Szkoła Żon  z Teatru Polskiego w Warszawie. Komedia pióra Moliera, dopracowana, z idealnym doborem aktorów. Z całą swoją scenografią odebrałam go za najbardziej "teatralny" ze wszystkich wcześniejszych "na żywo". Bardzo blisko jego projekcji byłam w Teatrze Polskim na Cydzie, może więc teatralne wrażenia nie spały we mnie tak głęboko jak teraz i łatwiej było pobudzić więcej zmysłów do odbioru z ekranu telewizora. Podobał mi się bardzo, mimo że jednak był jedynie klasyczną adaptacją.




Kolejny spektakl Daily Soup emitowany był w maju zeszłego roku, znów wyróżniał się swoim charakterem. Losy rodziny opowiadane jak w mrożkowym Tangu, tak fragmentaryczna życiowa przestrzeń jak Kartotece. Inaczej, intrygująco, psychoderycznie. Dużo dobitniej pyta o układ naszego świata, według koniecznego porządku, wszystko w naszych, współczesnych realiach. Myślę, że wielu z nas mogło natrafić na coś o sobie.


Kilka więc spektakli mamy już za sobą. Telewizja zapewnia im kilkumilionowa oglądalność. I pytanie, czy należy to wykorzystać i emitować coraz przystępniejsze sztuki, aby tą oglądalność jeszcze powiększać, czy coraz bardziej wyszukane - aby zwiększyć ich poziom? I na ile Teatr Telewizji jest nawykiem i przyjemnością, na ile przypadkiem. Rozpisałam się tutaj tylko o emisjach na żywo,a te są bardzo  popularyzowane. Każdy z nich ma nawet własną stronę internetową. Spektakle nagrywane tradycyjnie mają już mniejszy odbiór, choć nierzadko są świetnymi spektaklami. Swoją drogą te na żywo i wcześniej przygotowane przedstawienia to praktycznie zupełnie inne historie i na inne opowiadanie. Ja już pośpiesznie kończę, bo w karcie obok odtwarza się zaległa premiera Teatru Moralność Pani Dulskiej z Cielecką - Temat postu przypomniał o konieczności się z nim zaznajomienia! Jednak słabość do kultury też może się okazać zgubna.. Zwłaszcza dla innych obowiązków! ;)


piątek, 26 kwietnia 2013

Everybody DOES have a twin!



Dziś bardzo krótko :> 

Ostatnio przybywając więcej na mieście w godzinach szczytu poznaje stopniowo co znaczy pośpiech "szarego tłumu". Migawki tramwajowe, twarze, ręce w górze trzymające poręczy w autobusach, dziesiątki czekających na zielone światło, by po chwili zalać biegiem ulicę. Wiem, że mieszkam w Łodzi już naprawdę długo, ale do tej pory całe dnie musiałam spędzać na uczelni, Łódź poznawałam wieczorami lub często rano. Nie jest to jednak melancholijny obraz, lecz jak zwykle punkt wyjścia do refleksji. Spotykając przypadkowe twarze w takich ilościach co druga wydawała mi się znajoma. Oczywiście to nie byli moi znajomi, ale przypominali mi osoby, tak przypadkowe, że tylko mój mózg mógł przywołać sobie takie skojarzenia. Takie są konsekwencje życie z minusową wadą na obu oczach! 0,5 to wartość zbyt mała, żeby nosić okulary przez cały czas, ale jednak odbija się na tym co i jak widzimy. Lecz może to nie tylko kwestia wzroku? 

Oczekując na Fotofestiwal - trzecie z najważniejszych festiwali łódzkich, polubiłam go na Facebooku, aby ten okres ciekawego czekania (wcześniej nie byłam jeszcze na Fotofestiwalu) jakoś urozmaicić newsami o przygotowaniach. (Współczesna logika... :P) I kiedyś, kiedyś opublikowali ciekawostkę opatrzoną tytułem: Każdy ma swojego brata bliźniaka. Sesja fotograficzna była naprawdę pomysłowa i dobrze zrobiona. Taki dowód na podobieństwo naszej "rasy". Jesteśmy wszyscy podobni, wszyscy chcemy się cieszyć, realizować, spać, jeść....













Patrzmy, patrzmy... Może trafimy gdzieś na siebie :) Wiem, że taka refleksja jest bardzo umowna, rola fotografii jest tutaj ogromna. Bohaterowie zdjęcia są ubrani tak samo lub podobnie, uczesani tak samo lub podobnie. Fakty są jednak takie, że naprawdę co chwilę obca osoba, jakiś jest gest, mimika przypomina mi coś co widziałam już wcześniej. Tak chyba jesteśmy zaprogramowani. A i teraz wspólnie już czekamy na Fotofestiwal, już za miesiąc! Tymczasem dzisiaj w Łodzi otwarcie ms1. Po sukcesie ms2 spodziewam się bardzo dobrej placówki. Zainteresowanych zapraszamy wernisaż 18:00 przy ul. Więckowskiego 36. :>




czwartek, 25 kwietnia 2013

Z głową i bez - MALEMEN - prasa męska?



Na fashion weeku jest tak kulturalnie, że często można zaopatrzyć się w jakieś nowe magazyny. Do wzięcia były także dwa ostatnie numery Malemena. Nie znałam tego magazynu wcześniej, przyciągały jednak okładką, chociaż tytuł niepokoił.. Prasa męska? Co za głupi pomysł na podział... Ignorując swoje wątpliwości zabrałam dwa Malemeny ze sobą i przez te kilka dni czytałam w wolnych chwilach. I byłam naprawdę pod wrażeniem.


Malemen wydał mi się jak na czasopismo bardzo mądrze napisany, poważny w pozytywnym znaczeniu, treściwy. Z taką swobodą pisze się tutaj o najważniejszych kwestiach w życiu i co najważniejsze nie brzmi to ani banalnie ani patetycznie. To przecież problem literatury wszechczasów. Tematem numeru nie są tutaj kultura rosyjska czy życie pozaziemskie. Tematem numeru jest człowiek i o tym pisze Oliwier Janiak w każdym wstępie, przedstawiając bardzo luźno bohaterów wywiadów. Bo to wywiady są tutaj najważniejszym artykułem i też często zaskakują swoją formą. Gościem pierwszego, który przeczytałam, był Wojciech Smarzowski. Na początku irytował mnie chaotyczny charakter wywiadu. Czytając "w międzyczasie" naprawdę ciężko było od razu połapać się która wypowiedź jest pytaniem, która odpowiedzią. To była rozmowa ze Smarzowskim, pomiędzy konkretnymi osobami, osadzona w konkretnym czasie. Dziennikarz dzielił się swoimi osobistymi, wrażeniowymi refleksjami dotyczącymi Smarzowskiego i pierwszego kontaktu z nim. Potem już tylko rozmawiali i to uchwycił ciągły tekst. Forma wywiadu jednak bardzo ogranicza naturalność spotkania i szczerość odbioru. Gdy już przyzwyczaiłam się, że pytań i odpowiedzi należy szukać rozrzuconych po linijkach tekstu wywiad naprawdę zrobił na nie wrażenie. Takie wywiady się zapamiętuje.

Oprócz tego artykułem numeru były wspomnienia z Auschwitzu, oparte na wywiadach. Nie będę się odnosić do tego, na ile to właściwa inicjatywa, bo przecież wiadomo, że jest bardzo ważna. Refleksje o wojnie też rzadko występują w prasie. Wywiady były jednak jeszcze uzupełniane przez refleksje dziennikarzy w rubryce InBeetween. I znalazłam tam artykuł o Polocauscie, który jest gorzkim komentarzem do pomyłek o "polskich obozach śmierci". Autor bardzo konkretnie przedstawia nasz współczesny narodowy grzech - niepamięć. Pisze o planach mordu III Rzeszy na Polakach i zapiski o tym w dokumentach, porównuje restrykcje okupacyjne Niemiec w Polsce i Europie zachodniej. Chodzi mu o to, że ludobójstwo Żydów potrafiło dotrzeć do świadomości świata, o ludobójstwie Polaków nikt - bo nawet my - nie pamiętamy. I ta nie pamięć sięga do tego stopnia, że występują "polskie obozy śmierci". Komentuje głośno popularność tematu Holocaustu na Zachodzie, w Hollywood. Bohaterowie francuscy czy belgijscy, krytykujący zachowania Polaków, którzy Żydom nie pomogli, nie narażali tak jak Polacy swojego życia i życia swojej rodziny. Artykuł pisany jednak z dystansem i na pewno dużo rozsądniej brzmi niż moje krótkie streszczenie. Ale takiego artykułu też się nie spodziewałam. Malemen ignoruje tabu. 


I jeszcze krótko - w każdym numerze znalazłam dużo artykułów biznesowych - i to bardzo dobrych. Skoro ja przeczytałam o biznesie i jeszcze mi się to podobało, to coś musiało w tym być ;) Następny ciekawy pomysł magazynu, przez 12 miesięcy na okładce prezentuje jeden wers wiersza, układanego tym razem przez Kasię Nosowską dla czasopisma, aby potem na półce przedstawiały całość. Takie rozwiązania spotykałam w seriach książek, w magazynie - po raz pierwszy. Jest też fotografia i też od nietypowej strony. Nie kończy się bowiem na zdjęciach, fotografie opatrzone są komentarzem autora. Gdzie było zrobione, dlaczego to, co wtedy myślał. Brzmi może nudnie i refleksyjnie, ale czyta się dobrze, lekko. Znów Malemen wyciąga rękę w stronę prawdziwości i wciągnięcia czytelnika w świat, który oni opisują, bo to jest świat żywy, jak ten z wywiadów. I co na koniec - przy wszystkich poważnych kwestiach, nie rezygnują z mody, z krótkich informacji o wydarzeniach, przedstawiają sylwetki pracowników. Mam wrażenie, że rozrywki w popularnym znaczeniu jest dokładnie tyle, ile trzeba, w Malemenie chyba wszystko jest wyważone dokładnie. 

Zostaje jeden problem: Dlaczego to prasa męska?! Czy naprawdę ktoś myśli, że kobiety potrzebują jedynie poradnikowo-lifestylowych czasopisemek o tym, jak poprawić swój wygląd w 10 dni? :) Myślałam, że to podział tylko umowny i dotyczący właśnie góra tygodników - dwutygodników, dzielonych na "Pani Domu" i "Auto-Moto". A tutaj w takim poważnym czasopiśmie występuje ten podział. Występuje, bo sprawdziłam jak to czasopismo przedstawia swoją działalność. I znalazłam na stronie na facebooku: "MaleMEN to marka. To wyznacznik trendów i przewodnik po najważniejszych dziedzinach ludzkiej działalności. Każdy nowy numer to zbiór portretów najwybitniejszych Polaków, którzy zainspirowali nas swoim talentem, pasją i dążeniem do sukcesu. Chcemy, żeby byli inspiracją i wzorem dla współczesnego mężczyzny, dla którego piszemy." Ja nie rozumiem! Ale chyba nic na to nie poradzę...



poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Fashion Week Philosophy reporterskim okiem





Łódzki Fashion Week to impreza duża i medialna. Przyznam się, że czekałam na nią z ciekawością i lekką obawą. W końcu na modzie znam się mało. Jestem zbyt nieśmiała w stylu, nowe trendy przyswajam albo wcale albo z regularnym opóźnieniem. Przewidywałam jakieś odzieżowe wpadki, że brak określonych ubrań mnie wyda i będę odstawać od modnie ubranej reszty. I nie mówię tego teraz z ironią, od początku podeszłam do sprawy poważnie. Bo w Fashion weeku nie chodzi o modę, której się ulega i powszechnie spłyca. Tam,  na tym etapie mody - mody od projektantów, mody w kolekcjach - te ubrania to sztuka, a nie masowa produkcja. I właśnie tego rozumienia kolekcji jako sztuki się próbowałam nauczyć!


Pierwsze spojrzenie dotyczyło showroomów - przestrzeni do której upoważniała mnie moja politechniczna wejściówka. Kolejne spostrzeżenia: atmosfera targowiska pomieszany z galerią malarstwa. Targi? Tak, to chyba najbardziej przypominało targi. Dodatkowo - uderzająca otwartość, sympatyczność tych projektantów, prześcigających się na pomysły. Moda z showroomów to właśnie pomysłowość, chyba to jest wyznacznikiem dostania miejsca w tamtych kręgach. Walczę trochę z moim konserwatyzmem modowym, więc parę innowacyjnych rozwiązań mi się spodobało. Mimo wszystko myślę, że zostanę na zawsze w moim trochę-vingate sposobie ubierania.

 



Tego samego wieczoru udało mi się jeszcze dostać na pokazy. I dopiero tam odkryłam naprawdę Fashion Week. Pokazy wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie! Po raz pierwszy spojrzałam na kolekcje jako przemyślaną całość. Fryzury, ruch, kolor, faktura. Potem: Muzyka, światło, blask, cień. Czułam się jak w teatrze, na piętnaście minut istnieją tylko modelki szybkim krokiem dominujące w oświetlonej przestrzeni. Widziane z bliska, nieruchomo wpatrzone przed siebie, nieobecne, o mechanicznym kroku, wydały mi się kwintesencją profesjonalizmu. Jeżeli chodzi o same kreacje - z moim gustem bywało różnie. Jednak chyba w każdym z widzianych pokazów znalazłam rzecz, która uznałam za świetną.

zdjęcie z https://www.facebook.com/FashionPhilosophyFashionWeekPoland
Rzeczą bezapelacyjnie inspirującą były organizowane w ramach Fahion weeku wykłady. Nie rozumiem co prawda, czemu były tak słabo zapowiadane i jakby oddzielone od reszty wydarzenia. Hybrydowni, gdzie miały miejsce, nie było zaznaczonej na mapce, nie rozdawano rozpiski tytułów poszczególnych wykładów. Po prostu - dodatek. Byłam jedynie na dwóch wykładach, tych które wcześniej już zapowiadałam na blogu. Pierwszy prowadzony był przez założycielkę- pomysłodawczynię  Pakamery.pl. Bardzo krótko i treściwie opowiedziała drogę powstawania pakamery, naładowując mnie bardzo pozytywnie i będąc żywym dowodem możliwości, stworzonych przez nasze czasy. Opowiadała o zupełnie przypadkowych, nie tworzących wcześniej nic artystycznego osobach, które z pasji sklejały, szyły, stwarzały nowe produkty, a teraz ich kolekcje pokazywane są w głównych miastach zagranicznych na prestiżowych wystawach. Trudno o bardziej motywujące przykłady.  Przy okazji dowiedziałam się, że Examle.pl to serwis towarzyszący Pakamerze. Z planów na przyszłość Pakamery jest wydanie magazynu. Co za radość, co za szczęście dla polskiego rynku, jak ja lubię magazyny!:) 

Następny wykład także mnie dużo nauczył. Prowadzony był przez Mikołaja Komara, redaktora naczelnego K Maga, więc chociażby z tej przyczyny już mnie interesował. Choć bardziej dotyczył doświadczenia życiowego samego Komara i ewolucji prowadzącej do K Maga, to w sumie ciężko mieć o to pretensje. Każdy mówi o tym, na czym się najlepiej zna. Dla mnie to był kolejna motywująca historia, a także trochę refleksji o fotografii i publicystycznym rynku, tak polskim, jak i światowym.



Fashion Week w jednej chwili mnie zaskoczył, zaintrygował i zachwycił. Łódź stanęła na wysokości zadania, bardzo ładnie prezentując się Księżym Młynem i organizacją wydarzenia. Oczywiście po pewnym czasie pierwsze wrażenie mija i na wszystko mamy trochę inne spojrzenie. Przechadzając się po showroomach już któryś z kolei raz zauważyłam oprócz stoisk serię dziewczynek-nastolatek jak to określił na wykładzie Mikołaj Komar - "w czapeczkach" - przypatrujących się wyglądom wszystkim dookoła, blogerek z aparatami. Da się zauważyć to mainstreamowe, popularne oblicze fashion weeka, jako wydarzenia na którym warto być i "pokazać się". Wieczorem pierwszy raz w życiu widziane z bliska grupy fotoreporterów fotografujących gwiazdy, jak Edyta Herbuś, Klaudia Halejcio, Ada Fijałt... To jest medialne wydarzenie. Tak jak niektóre stroje, zakładane z myślą, aby być oryginalnym i zauważonym za wszelką cenę, najczęściej kosztem estetyki - przecież wiem, że to się zdarza. Myślę, jednak że "hejtowanie" [och, jak dziwnie używa mi się tego słowa:D ale przecież właśnie o taką masową krytykę mi chodzi!] mody i podążania za modą idzie w kulturalnych kręgach za daleko. Naprawdę można znaleźć tam masę inspiracji! 



nie podpisane zdjęcia są mojego autorstwa :>

czwartek, 18 kwietnia 2013

jak słońce napędza świat - tygodniowe inspiracje



Wraz ze wzrostem temperatury chyba zawsze można odnotować wzrost energii. Pomysły, wydarzenia, inspiracje wyrastają jak grzyby po deszczu. Ostatnio na każdym kroku natrafiam na jakieś pomysłowe inicjatywy, nie mogąc się zdecydować robię chronologiczne zestawienie tygodniowych odkryć. Pod wpływem słońca głowa pracuje lepiej i nawet rzeczy które zupełnie nie są nowe poznaję na nowo. Na przykład - Łódź.


Odkryłam, że po drugiej stronie mojego post-fabrycznego miasta jest naprawdę dużo ładniej. Łódź, która wyglądała mi do tej pory jak zamalowane graffiti blokowisko z drugiej strony Piotrkowskiej ma naprawdę całe ulice kamienic - Kilińskiego, Rewolucji 1905, Zielona... Co prawda zaniedbane i zniszczone, jednak mój rozkojarzony słońcem umysł zobaczył w nich niemal Gdańsk, czy nawet Rygę. Pojedyncze "egzemplarze" były w budowie - i tak zorientowałam się że działa program Mia100 Kamienic. Poszukałam o tym trochę informacji w internecie, ale zdania na temat projektu są podzielone. Po pierwsze  to jakaś modernizacja wcześniejszego projektu 100 Kamienic dla Łodzi, przekształcona przez Hannę Zdanowską. I poza tym tak, jak to bywa u nas: inicjatywa jest najbardziej słuszna, ale przeszkodą są opóźnienia i koszta. Ale co niezaprzeczalne: faktycznie Łódź jest w czołówce miast, jeżeli chodzi o liczbę kamienic. Miejmy nadzieję, że uda się je jakoś odrestaurować i stworzyć bardzo pozytywną alternatywę dla wizerunku Łodzi...



grafika pochodzi ze Strony Żaka na facebooku



Tego samego dnia, którego odkrywałam kamienice naprawdę przypadkowo trafiłam na mały koncert. Ostatnio udzielam się w Studenckim Radiu Żak Politechniki i stwierdziłam, że odwiedzę ich koncertowego gościa. Właściwie gości - bo występowało dwóch zupełnie różnych artystów. Nie znałam wcześniej ani Lutto lento ani Piotra Kurka, nie uznałam tego jednak za dziwne, bo do naszego radia przychodzą raczej nieznani, debiutujący artyści. Takiej muzyki jednak w ogóle się nie spodziewałam. Muzyki z dźwięków, montowanej za stołem. Na ogół nie słucham takiej muzyki, ja jednak potrzebuje w piosence słów, jeżeli ich nie ma znajduje się wtedy miejsce jedynie dla klasycznych instrumentów. Myślę, że zawsze będę przekonana o ich wyższości nad mixami z dźwięków.

Lutto lento był dla mnie ciężkim doświadczeniem... Odgłosy z ulicy, tramwaje, samochody, gwar, głosy, krzyki, skrzypiące drzwi. - myślę, że bogactwo dźwięków mogło by zaimponować, gdyby sam autor zaczął wymieniać swoje wszystkie źródła. Muzyka bardzo  psychologiczna i na pewno awangardowa, jednak ciężko było mi tego przekonać się do tego na koncercie. Uważałam że było by bardzo dobrym podkładem pod jakiś obraz filmowy i wtedy mogłoby składać się w coś w rodzaju happeningu. Nie wyobrażam sobie słuchać tego jednak samodzielnie dla siebie. Piotr Kurek był już bardziej przystępny, muzyka była już komponowana w bardziej tradycyjny sposób, bez dźwięków z życia. Obaj artyści wyróżniają się tym, że nagrywają na kasetach. Nie wiem na ile ten oryginalny pomysł ma praktyczny sens, ale zawsze jakaś inicjatywa wyróżniania się czymś.

Wczoraj także dzięki radiu pomagałam w przygotowaniach reportażu z gali Miss Politechniki. Zawsze byłam sceptycznie nastawiona do tych imprez, jakoś nie przekonywały mnie. Po raz pierwszy uczestniczyłam w tego rodzaju gali od strony organizacyjnej. I za kulisami dostrzegłam, że to bardzo pozytywne wydarzenie. Przynajmniej na takim szczeblu uczelni.  Wszystkie dziewczyny na backstage'u ze sobą rozmawiały, poprawiały sobie sukienki, bardzo zaprzyjaźniły się ze swoją choreografką. Dwóch modeli krążyło między nimi ciągle w fantastycznych nastrojach opowiadając historie i żartując. Samorząd prowadzący był bardzo przyjaźnie nastawieni, a wszyscy bez wyjątku odliczali do after party. Bardzo pozytywny klimat! 


Dodatkowo u mnie na wydziale dzisiaj odbywają się Dni Otwarte. Sama nie wiem czy jest dużo atrakcji, cieszę się tylko bo udało mi się zaprojektować plakat i logo na tę imprezę. Miałam już kilka zrealizowanych projektów, pierwszy raz jednak doświadczyłam takiego szczęścia, kiedy idąc chodnikiem natrafiłam na moje logo namalowane sprayem. Co za satysfakcja, co za mobilizacja do pracy! :D Plakat i logo były projektowane wg ścisłych ustaleń. Hasło nie moje, kolory nie moje.. Musiałam się dostosować. Ostatecznie jednak chyba jestem nawet zadowolona - z plakatu, nie z logo;p



Na ten tydzień to wcale nie koniec inspiracji bo od wczoraj rozpoczął się łódzki Fashion Week. Choć mało się na tym znam, cieszę się bardzo i wyczekuje na wykłady - na pewno pojawię się na wykładzie dotyczącego powstawania serwisu Pakamera.pl i o roli fotografii z redaktorem kMaga. Jak się cieszę że mój kierunek upoważnia mnie do wstępu na takie imprezy! a więc... ciąg dalszy nastąpi :>




poniedziałek, 15 kwietnia 2013

DJANGO


Od świąt chodzi za mną jeden niezrealizowany temat na blogu - Django. Wiem, że to recenzje oscarowych filmów to temat już i spóźniony i wyczerpany, nie mogłam jednak z niej zrezygnować :) Django oglądałam z opóźnieniem, mając już za sobą coś nie co Tarantino i wiedząc, ile zachwytów wywołał ten film. Zupełnie uzasadnionych.

Historia wciąga i jest ukazana z wielkim rozmachem. Pierwsze krwawe incydenty za każdym razem były  dla mnie zaskoczeniem. Na początku odruchowo odwracałam wzrok od krwi rozpryskującej się w każdą stronę. Po kilkunastu minut jednak mózg zaczyna rozumieć już ten brak realizmu tych śmierci, zupełnie, w całej swojej istocie - śmierci filmowych. Bo filmy Tarantino nie przedstawiają jedynie jakiejś konkretnej historii, dużo mówią o samym świecie kina i rządzących nim prawach. 

Muzyka przenosi nas w czasie bezapelacyjnie. Razem z Django odzyskujemy wolność, razem z nim chcemy podbić świat, wymierzyć sprawiedliwość. Przecież każdy wie, jaką moc sprawczą ma dobrze dobrana muzyka. Absolutnie to ona odgrywa tutaj decydującą rolę, przemieniając film w bardzo dobre widowisko. Przy Django naprawdę można się oderwać, to świetny przykład kina rozrywkowego. Właśnie dlatego że tak uległam jego czarowi - bardzo ciężko było mi się o nim jakoś sensownie wypowiedzieć. Są przecież takie filmy jak Lincoln - którego recenzję wydłużyłam do granic możliwości, a podczas każdej sceny pojawiała mi się jakaś następna refleksja dotycząca realizacji czy scenariusza. Tak wielowarstwowy film jak Django mnie pokonał. Wciągnął do tego stopnia, że szybka analiza była niemożliwa. po projekcji została tylko opinia naprawdę dobrego filmu. 


Niedawno wygrzebałam stare Kino na mojej stercie magazynów i szukałam recenzji Django, ciekawiąc się, jak ktoś wywiązał się z przerastającego mnie zadania recenzenta. Znalazłam to czego mi brakowało: spojrzenia na Django przez pryzmat twórczości Tarantino, no i potrzebnego dystansu. Autor Tomasz Jopkiewicz absolutnie uznaje realizacyjną precyzję, ale fabułę poddaje bardzo surowej analizie. Przy oglądaniu filmu powraca pytanie czy Tarantino od początku kariery moralitety, zręcznie skrywane pod powierzchnią krwawego pastiszu? Czy może na odwrót? Może moralna powaga to jeszcze jedno piętro zamierzonej kpiny? Może moralitet fałszywy, w finale szyderczo zanegowany? W końcu w kinowej zabawie nie należy niczego traktować zbyt serio.  Cała recenzja prowadzi go do obaw o sens filmu: Odsłaniając hipokryzję i paradoksy dawnego kina [Tarantino] gubi z oczu może najciekawszy wątek - wzajemnego zarażania się przemocą, czego doświadczają Schulz i Django. Czy mamy sekundować Django, który nabiera cech superbohatera, w pasji odwetu i cieszyć się, gdy odnosi na swojej drodze sukcesy? Obawiam się, że taka jest ostateczna wymowa filmu, mimo wyraźnie podreślonego ironicznego dystansu. Stwierdzenie, że amerykańska kultura przesiąknięta jest różnymi formami przemocy, które gloryfikuje, nie wydaje się zbyt odkrywcze. Problem polega na tym, że Tarantino coraz bardziej przypomina więźnia tej kultury, chociaż nie całkiem jest z tego stanu rzeczy zadowolony.

Analiza w Kinie doprowadziła mnie do bardzo intensywnego myślenia, ile przemocy w Django to zabawa, a ile to przemoc. Myślałam, myślałam i myślałam. I odkryłam, że analizy, tak jak filmy, nie zawsze należy traktować zbyt serio. Włączyłam soundtrack Looking for freedom i z Django zachowałam sobie w pamięci tą chęć podbicia świata. I właśnie to zostawiam sobie na dłużej!



zdjęcia Grafika google