poniedziałek, 20 października 2014

Muzeum techniki, czyli gdzie w Polsce można zobaczyć historię wzornictwa przemysłowego



Ostatnio nieco przypadkiem wybrałam się do Muzeum Techniki. Do pociągu z Warszawy Centralnej zostały dwie godziny, a muzeum pod nosem. Nie oczekiwałam zbyt wiele - ale na przekór wątpliwościom znalazłam mnóstwo pięknych rzeczy. Muzeum techniki trochę przypadkowo zabrało mnie na niezłą podróż po historii dizajnu, co w Polsce jest jeszcze dość niespotykane.

sobota, 18 października 2014

Muzeum Chagala, Matisse, Picasso & Granet



MUZEA. Podstawowe pytanie: ich zadaniem jest inspirowanie czy eksponowanie? Myślę, że muzea - jak i mitologiczne muzy mają jednak inspirować. I tak oceniam je według jednej kategorii: jak dużo mogę z niego dowiedzieć i ile ciekawych rzeczy zapamiętam. Tegoroczny plener był (oprócz zabawy w poznawanie Cannes) świetną wycieczką po muzeach i właśnie postanowiłam je jakoś skomentować. Więc próbuję -

poniedziałek, 8 września 2014

STANLEY KUBRICK



Nie napiszę dużo. Prawda jest taka, że o Stanleyu Kubricku wiedziałam przed wystawą bardzo niewiele. Może istniał w mojej świadomości, tak jak jego filmy, ale i tych nie obejrzałam z pełną świadomością, nie analizując ich szczegółów. O wystawie dowiedziałam się od znajomych, a że już wybrałyśmy się do Krakowa, uczyniłyśmy z wystawy o Kubricku kolejny punkt programu. I to kolejny piękny dowód na sens promocji sztuki. Na wystawie w ciągu godziny dowiesz się więcej niż cały dzień czytając książkę. Jejku, i jeszcze jak wspaniale można ją zaaranżować! Ile możliwości! Nie będę jednak grafikiem, jak będę już poważna i zdobędę należytą wiedzę, to zostanę kuratorem. ;-) 

niedziela, 7 września 2014

MOCAK, manifest polskiej sztuki współczesnej




Wyprawa do Krakowa była odkładana już długo. Jednak do każdego miasta trzeba się wybrać samopas, świadomie, że się w tym mieście jest i chce się je spenetrować. Tym razem zwiedzanie wypadło wprost niesamowicie bezproblemowo - MOCAK, Muzeum Narodowe, Stare miasto i tani nocleg - wszędzie dojeżdżał wygodny (teraz Łodzi czerwienią się uszy!) tramwaj z numerem 20. Pierwszy przystanek, Mocak.

sobota, 19 kwietnia 2014

elementarz projektanta, ciasta i wiosna






A chodniki i przechodnie parują ze szczęścia - że wiosna. :) Zdjęcia jeszcze łódzkie, dodane dawno do postów roboczych i zapomniane na trochę. Choć teraz w głowie mam przepisy i pierogi to napiszę tylko krótko, że odwiedziłam w tym tygodniu poznań, bo i ja dałam się złapać na tą piękną grafikę promującą Elementarz projektanta :) Bardzo mi się podobało i na pewno warto takie rzeczy popularyzować. Przecież to właśnie Spotkania z ludźmi z branży kształtują tą branżę właśnie. Tak mi się wydaje! Oprawa graficzna była super i dzięki temu miałam wrażenie, że na elementarzu już "warto być" choćby nie było się do końca pewnym co właściwie tam będzie. Ale to przecież pierwsza edycja, dwie dziewczyny, które same wymyśliły ideę i stworzyły wydarzenie od zera i to jest fantastyczne mimo wszystko. a moja koleżanka napisała relację na blogu naszego koła, można czytać!



niedziela, 6 kwietnia 2014

a w szklanych domach projektują! - holenderska myśl projektowa



Holandia - państwo gdzie nawet lampy przydrożne czy kosze na śmieci są świetnymi projektami. wyobrażam sobie grupę kilkuset designerów zamkniętych w jednym budynku, oczywiście nowoczesnym, przeszklonym, jasnym, czystym i pracujących nad najważniejszym projektem - państwa! Miasto - utrzymane w konkretnym stylu, jak dobra identyfikacja wizualna, spójnie, minimalistycznie, zgodnie z wszystkimi zasadami dobrych projektów. Dalej miasteczka: wyznaczona strefa dla dzieci - wyznaczona odpowiednią bramą, kolorowe chodniki, kolorowe szkoły - inna kraina. Potem planują parki, strefę biznesową, strefę z kawiarniami. Wszystko ułożone tak logicznie jak nowoczesne centrum handlowe. Przy miastach natomiast planują osiedla - droższe albo tańsze, zaprojektowane od początku z przeznaczeniem dla osób pracujących i dojeżdżających, aby na przedmieściach mogły odpocząć i zrelaksować się. Jest więc niekończąca się sieć ścieżek rowerowych, place zabaw, mosty, boiska do gier. Jakby to był jeden projekt, którego realizacja jest najważniejszym zadaniem każdego projektanta. Tego uczą w szkołach i szlifują to na studiach. Moje wyobrażenie jest przecież jak sen głodnego dobrego projektowania przed-projektanta, a w Holandii to nie ma nic wspólnego ze snem - to praktyka i polityka i w dodatku są na to wszystko pieniądze. Pięknie!

sobota, 5 kwietnia 2014

Łódź, reanimacja!



Wyszukałam zdjęcia łodzi z przeciągu ostatnich kilku miesięcy. Myślę nad komentarzem: chciałabym jakoś je opisać, coś zauważyć. Przecież po coś publikuję, bardzo chce jakoś wyrazić mój stosunek do tej zaskakującej Łodzi. Problem w tym, że jestem w samym centrum wszystkich odkryć dotyczących tego miasta i z każdej strony dobiega głos już wypowiedziany i z każdym się zgadzam i nie zgadzam. 

piątek, 4 kwietnia 2014

Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - Waglewscy Fisz Emade



Łowicz, Och Film Festiwal, koncert Waglewski Fisz Emade. Bardzo dobry koncert.

Waglewscy zaskoczyli mnie naprawdę dopracowanym występem. Dźwięk, repertuar, wykonania, światła, scenografia - wszystko ze sobą łączyło się w spójną całość i oddziaływało na publiczność. Artyści - sztukmistrze w swoim fachu, od pierwszej chwili.

Waglewscy to przykład zespołu rodzinnego. To trochę absurdalne, ale właśnie granie z rodziną jest w tym kraju w pewnym sensie... egzotyczne. Muzyka - jak każdy rodzaj artystycznego wyrazu powinien przecież wynikać z buntu, innego podejścia, łamania zasad, budowy dla siebie alternatywy. Jak więc coś tworzyć razem ze "starej daty" ojcem? Czysta abstrakcja! Waglewscy porządku nie burzą, a swoje miejsce bronią muzyką. Nie ma jednego wokalisty - śpiewa raz ojciec, raz jeden z synów. Nie ma więc tej osi, która sprawia że wokalista zespołu staje się jego gwiazdą - a muzycy - jedynie tłem. Zresztą były takie momenty, że na scenie nie było żadnego ze śpiewających, a główną rolę odgrywał właśnie dźwięk. I to wcale nie było powodem znudzenia!

Waglewscy uczą pokory. Nie chcą rewolucjonizować muzycznego świata i łamać zasad. Niosą natomiast swój kawałek bardzo dobrej muzyki najlepiej jak potrafią - dokładnie, pracowicie i konsekwentnie. Na ten koncert nie wstyd przyjść z rodzicami - a to nauczka nawet dla mnie, która (ARTYSTA zdecydowanie!) chodzę własnymi drogami i jeszcze jestem na etapie szukania szczęścia z daleka od domu... Pokory, pokory... A na co dzień - więcej radości i prostoty! - i takie jest przesłanie muzyki Waglewskich.



czwartek, 3 kwietnia 2014

Piszę



Siedzę w pokoju, ciemno, pora szykować się spać. Lenistwo i znużenie jednak sprawia, że ciągle siedzę, powiedzmy, że zbieram myśli, lecz w rzeczywistości - tylko siedzę. Na biurku mój umysł rejestruje trzy nowe cienkopisy. Automatycznie z tyłu głowy zaczyna tupać dotychczas drepcząca myśl, o tym, żeby narysować jakieś grafiki. Potem znajduję rozwiązanie - żeby były to piktogramy dla Create Yourself, przecież już tak długo chciałam zmienić jego szatę. Wyciągam rękę po nie, wyciągam kartkę i zaczynam, parę plamek, kreski w różną stronę, ot tak intuicyjnie rysuje, tak jak pokieruje ręka. Potem zdjęcie, a potem parę chwil w ilustratorze, potem już dłuższy czas z wpisywaniem komend, hostingiem obrazków. Jeszcze zmienię tło, jeszcze nie ten kolor, nie ten tytuł. W końcu patrzę na efekt i jestem zadowolona. Otwieram poszczególne karty - sprawdzając czy działają. Czytam. Czytam. I tak zaczynam tęsknić za tym pisaniem. Tyle ostatnio się działo, a wszystko widzę jak ginie już w niepamięci. Brak czasu? Co za żenujący powód, tak jakbym nie miała czasu myśleć.

Tak zaczęłam pisać!
I piszę :)



środa, 18 września 2013

Szkice piórkiem - Andrzej Bobkowski


Fantastyczna narracja, inteligentne spostrzeżenia, zabawne sugestie i konkretne diagnozy społeczne. Świetny mediator w walce z myślami - własnymi, bo książka tylko je podsuwa czytelnikowi - to zostało mi w głowie Szkicach piórkiem Andrzeja Bobkowskiego. 

Moje przemyślenia będą dotyczyć tylko roku 1940 - pierwszego roku obejmującego dziennik Bobkowskiego. Dalsze lata zostawiłam na później. Szkice piórkiem bowiem, jak każda literatura od przemyśleń, wymaga świeżego, skupionego umysłu i dlatego też uznałam, że powrót do niej za kilka tygodni będzie lepszym rozwiązaniem. Choć i tak dziennik Bobkowskiego nie ma kompozycji zapisanych pojedynczych myśli, pozbawionych punku zaczepienia i chronologii. Okoliczności - to, co się dzieje teraz i potem jest bardzo ważne - w końcu rozpoczęła się II wojna światowa. W dodatku Bobkowski też nie przeżywa swojego codziennego życia, lecz przez prawie cały czas znajduje się w podróży. I to rowerem! 

Historia o przejechaniu całej Francji przy pomocy roweru i to bynajmniej nie tylko z fantazji, lecz przez okoliczność wybuchu wojny brzmi absolutnie fantastycznie. A jednak Bobkowski opisuje to tak prosto, tak naturalnie, jakby nie było w tym nic nadzwyczajnego. Piszę o świecie, który go otacza, analizuje historie Niemiec, Polski, Francji, myśli o ludziach, poznaje ich, próbuje odnaleźć odpowiedzi na pytania, które zadaje sobie cały świat. I przy tym wszystkim maksymalnie wycofuje siebie ze swoich opisów. Nie ma tu nic z Gombrowiczowskiej dumy pisarza, jego potrzebie  i s t n i e n i a  na łamach swojego dziennika. W momentach najbardziej prywatnych, najbardziej delikatnych, dla niego najważniejszych - Bobkowski znika. Na początku nie rozumiałam, dlaczego tak mało piszę o tęsknocie za żoną, za rodziną, za Polską, czemu się nie żali, jakby domagałam się od niego tych wyznań - chciałam przeżywać razem z nim, jak zazwyczaj przy takich lekturach. Z czasem zrozumiałam, że to nie jest celem Szkiców piórkiem. Te dzienniki są napisane po to, aby zmusić odbiorcę do wyciągania własnych wniosków. 

Ta filozoficzna strona dziennika wydaje mi się najważniejsza - ma zmienić nasze spojrzenie na świat, wojnę, człowieka, zabrania uciekać do wyuczonej pozy. A przy okazji - pełno tu optymizmu, uśmiechu, ciepła, odwagi, pokory, prostoty, miłości. Bobkowski jest naprawdę wyjątkowy. Czytając oniryczne opisy południowej Francji, realistyczne sceny z francuskich miasteczek trzeba samemu się pilnować i przypominać sobie, że trwa wojna, że sam autor codziennie pokonuje blisko 100 km na rowerze, w różnych warunkach atmosferycznych, o nie do końca kompletnych posiłkach - trzeba to sobie przypominać, bo Bobkowski w ogóle zdaje się nie zwracać na to uwagi. Polacy wychowani na Sienkiewiczu mogliby go oskarżyć o brak romantycznych zachowań - w końcu przeżywanie wojny jednocząc się z krajem było obowiązkiem. Bobkowski tęskni za Polską, ceni ją i podziwia, lecz - jak Gombrowicz - walczy z pozorowanym patriotyzmem zmuszającym do umartwienia, tylko, że w przeciwieństwie do Gombrowicza mniej o tym mówi, a więcej wciela w życie. I nie można mieć o to pretensji - nie mam nawet ja - mimo wszystko także wychowana na Sienkiewiczu.

Nic więcej nie piszę - w końcu także stanęłam w środku akcji i tylko czekam by ruszyć dalej. 



Słońce, oślepiające słońce, w dole oddala się Garonna. Wdechuję zapach rozgrzanych łąk i przymykam oczy, bo wypolerowany asfalt lśni jak lustro. Denerwują mnie miasta. Mijam je szybko i z ulgą oddycham przy wyjeździe. Wspaniałe, zwierzęce uczucie rozkoszy, w której cała uwaga koncentruje się na szybkości, drogowskazach, jedzeniu i znalezieniu noclegu. Mam wrażenie, że jeszcze nigdy w życiu nie miałem wszystkiego do tego stopnia, tak absolutnie gdzieś - i pewnie dlatego jest mi tak dobrze.


Były takie czasy, w których człowiek marzył; dziś marzenie jest czymś tak bezsensowym, że można je uprawiać tylko po to, aby nie wyjść z wprawy. Jak stawanie na rękach. Zagadnienie życia, zwyczajnego życia, nabiera takiego znaczenia, jak nigdy dotąd. Nie wiem jak to czują inni - u mnie jest wyraźna dwoistość: jestem ja i jest życie moje i Basi. Kiedy o tym myślę, zachowuje się jak lekarz nad łóżkiem chorego: badam, nasłuchuje, patrzę. Świetnie - jeszcze zipi. O to chodzi.


Błądzą wspomnienia, porównania zapomniane obrazy. szedłem raz sam w Gorcach w czasie halnego wiatru... żal jest najgłupszym uczuciem, smutek obezwładnia. prawie całą noc nie będę mógł spać. będę patrzył na siebie i od czasu do czasu stwierdzę, że dobrze to zagrałem; tę scenę bezsenności, melancholii i smutku. To zabawne, gdy czuje się równocześnie, że życie kipi tam wewnątrz i śmieje się.


PS - A w Łodzi można oglądać od 30 września wystawę - Bobkowski. Chuligan wolności. Miejsce: Teatr Nowy. Później wystawa powędruje do Krakowa, jeżeli komuś Kraków bardziej po drodze!



sobota, 31 sierpnia 2013

Orkiestra Sonus i Żyrardowskie uderzenie - Rzecz o letnich atrakcjach polskich miast


Lato w polskim małym miasteczku ma swoją pewną specyfikę. Obowiązkiem każdej takiej mieściny jest program letnich rozrywek, koniecznie pod hasłem zapewniającym ze wszystkich sił, że lato w mieście nie musi być nudne. I powstają rozrywki - ośrodki kultury szukają, gdzie mogą. Do standardowych zagrań należy zaproszenie gościa - z telewizji, lub po prostu z jakiegoś "ekskluzywnego" zawodu np. aktora - i organizacja z nim spotkania. Zawsze będzie też jakaś biesiada, występ zespołu folkowego/harcerskiego/religijnego, tudzież szkolnego chóru koncertującego po rodzinnym mieście w wakacje. Co lepiej zorganizowane miasto kusi się na Kino letnie - projekcje wychodzą, albo i nie, bo wszystko jest uzależnione od pogody, inicjatywa jednak jest potrzebna i ogłaszana. Ostatnia powtarzająca się rzecz w takich miejskich repertuarach letnich to występy orkiestrowe. Orkiestra strażacka, osiedlowa orkiestra starszych panów, symfoniczne orkiestry miejskie - w końcu w każdym mieście ze szkołą muzyczną nie brakuje muzyków-pasjonatów, i takie koncerty naprawdę spotykałam często niezależnie czy był to Toruń, Gdynia, Rzeszów czy mój Łowicz. Te wszystkie atrakcje miejskie wydają się potrzebne własnie dlatego by zorganizować scenę na właśnie mieszkańcy regionu mogliby prezentować własne dokonania, a przy okazji - są tak naprawdę niezbędne - dzięki nim to "miasto" ma gdzie wyjść i po prostu zobaczyć się ze sobą. 

Ostatnio jednak dostałam po głowie za moje nędzne, pobłażliwo-wielkomiejskie przemyślenia. Okazuje się, że do wszystkiego, a zwłaszcza do muzyki trzeba podjeść poważnie bez względu na okoliczności. Dobra muzyka, może zwalić nas z nóg tak samo w zacisznym pokoju ze słuchawkach na uszach, jak w filharmonii czy nareszcie na miejskiej letniej scenie. 

W Łowiczu od pewnego czasu działa Orkiestra Sonus i właśnie na jej koncert wybrałam się ostatniego wieczoru. Ich od początku nie traktowałam pobłażliwie - czołowi artyści tworzący Sonus dali już o sobie znać w Łowiczu przez ostatnie lata grając w różnych miejscach fantastyczne moim zdaniem Oratorium Pieśni Jerozolimskich. Orkiestra jednak jest inicjatywą nową i jeszcze przeze mnie niepoznaną. Koncert był wieczorem Muzyki Filmowej, więc chciałam spodziewać się lekkiej, rozrywkowej atmosfery, obawiałam się jednak powagi orkiestrowego występu. Złoto instrumentów, ich liczba, muzyka instrumentalna, eleganckie stroje umieszczone w samym sercu łowickiego parku, i to parku, który jest miejscem cichego przyzwolenia na młodzieżowe spotkania, jakie to każde miasto ma zaznaczone na swojej mapie życia nocnego. Obawiałam się jednak bez potrzeby - barierę dystansu kultury podanej za wysoko przełamał charakter wieczoru - koncert muzyki filmowej. 


Utwory były znane, stały się świetną podróżą po najpopularniejszych filmach, wzruszających, zabawnych, kształtujących naszą kulturę. Świetnym posunięciem było wprowadzenie dużej ilości piosenek śpiewanych. Jednak nic nie oddziałuje na nas jak wokal śpiewający konkretnie do nas! Moimi faworytami zostaną utwory "Od nocy do nocy", "Modlitwa Esmeraldy" i piosenka z Tarzana. Zachwyciłam się głosem Hanny Giedy, uważam, że był to chyba najlepszy występ wokalny Kacpra Wysockiego.  Sama orkiestra grała niesamowicie i imponowała. Blisko 60 młodych osób, którzy znaleźli swoje miejsce i wspólnie wygrywali utwory tak samo bliskie publiczności jak i im samym. Ogromną zaletą koncertu był występ Żyrardowskiego Uderzenia. Ci - choć nie ulega wątpliwości, że powinni zmienić swoją nazwę, która niektórym może nie skojarzyć się z perkusyjnym zespołem, lecz ćwiczeniami walki;) - dodali wczorajszemu koncertowi tyle uroku, ile nie potrafił by sam Sonus. Dźwięki cymbał, cymbałków, wszelkiego rodzaju perkusyjnych elementów przy odgrywaniu utworów z bajek było najbardziej magiczną adaptacją, z jaką miałam do czynienia. Ponadto - Żyrardowskie uderzenie, może przez brak wieczorowych strojów, może przez ich różnorodność (przy jednych cymbałkach grał 10-letni chłopiec!) emanowało spontaniczną radością grania, radością muzyki. Muzyka nie zna zasady decorum - nie ważne czy byłaby to filharmonia, pewne brzmienia od razu sprawiają, że chciało mi się tańczyć, śpiewać, klaskać. Oba zespoły naprawdę uzupełniały się świetnie. A prawdziwym fenomenem tego koncertu okazała się jego uniwersalność - to by występ da każdego absolutnie, od rozbieganych dzieci, rozpoznających ulubione piosenki z bajek, do zasłuchanych dziadków. I na pewno na długo zostanie zapamiętany w naszej łowickiej społeczności. 


Strasznie przepraszam za tekst rozmiarów kolosa z Rodos, marny ze mnie recenzent, zdecydowanie bliżej mi do eseisty! A wszystkich zainteresowanych Orkiestrą Sonus lub wspieraniem świetnej kultury, która dusi się wręcz na niezauważalnych deskach ośrodków kultury zapraszam do polubienia ich strony na facebooku, opatrzonej świetnymi zdjęciami ich fotografa, którego autorstwa zdjęcie umieściłam też wyżej. A ja biegając jak zawsze z wypiekami na twarzy po warszawskich teatrach lub łódzkiej Off Piotrkowskiej nigdy już nie będę lekceważyć propozycji kulturalnych polskich miasteczek!


czwartek, 29 sierpnia 2013

Gringo wśród dzikich plemion



Gringo wśród dzikich plemion nie jest żadnym moim odkryciem. Jest to chyba najpopularniejsza książka najbardziej rozpoznawalnego polskiego podróżnika, Wojciecha Cejrowskiego. Wydana już dobre kilka lat temu dopiero niedawno wpadła w moje ręce. 

Do czytania zabrałam się znając Cejrowskiego z jego programów telewizyjnych. W książce spodziewałam się znaleźć znajomą kompozycję reportażu dotyczącego życia Indian w jakimś konkretnym rejonie Ameryki Łacińskiej. Kiedy więc zrozumiałam, że to bardziej opowiadania, opisy krótkich epizodów, dialogów, pojedynczych spotkań niż reportaż z podróży byłam przez chwilę zdezorientowana. Cejrowski potraktował swoją książkę bardzo swobodnie. Autor gra w niej rolę absolutnie pierwszoplanową. Na początku uważałam, że to przeszkadza. Zdanie narratora jest tak silne, że ciężko cokolwiek samemu pomyśleć coś o opisywanym świecie, wyobrazić go sobie po swojemu. poznajemy go tylko z jednej strony. Myślałam, że otrzymam rzetelne fakty, informacje dotyczące przyrody, klimatu, obcej kultury, otrzymywałam jedynie żartobliwe historyjki i to z początku dotyczące w dużo większym stopniu samego autora i jego życia niż życia Indian! 

Część swojej opinii zachowuje nadal, jednak po skończeniu czytania trzeba jednak uznać prawo autora do takich niefrasobliwych wypowiedzi. Po prostu zrozumiałam, że to bardziej pamiętnik, dziennik z myślami, no i trzeba przyznać, że jedynie dzięki temu bardziej niż rzetelne książki podróżnicze nakreśla (zupełnie w tej kwestii zielonym) Europejczykom daleki, dziki świat. Właśnie dzięki opowiastkom Cejrowskiego czyta się dobrze, często rozśmiesza, może irytować ale też z całą pewnością imponuje. Jednostronność, którą zarzucałam mu w pierwszych rozdziałach potem zdecydowanie usprawiedliwiłam przyznając mu do niej prawo - jego zdanie nie jest jego chwilową opinią,ale konsekwencją lat podróży, wiedzą zdobytą w wielu źródłach. I wydaje mi się, że mimo wszystko, mimo swojego ostrego charakteru, swoistego egocentryzmu, zdecydowanych poglądów i całej kreacji dziwaka-ekscentryka posiada niezwykłą wrażliwość na drugiego człowieka, dobro i piękno świata - i to właśnie da się wyczytać we wszystkich rozdziałach Gringo, obojętnie z jakim nastawieniem się czyta Cejrowskiego. 




Indianin żyje chwilą. I jak nikt inny potrafi smakować teraźniejszość. 
Chwile jego życia są pojedyncze i zamknięte w sobie. Przylegają jedna do drugiej - jak jajka w koszu - ale poza tym przyleganiem stanowią odrębne całostki, które oddziela wyraźna skorupka teraźniejszości.
Indianin znajduje się zawsze we wnętrzu aktualnej chwili swojego istnienia - jak kurczak w jajku - i przeżywa ją od środka. kiedy ją już przeżyje do końca - wyczerpie i opróżni do ostatniej kropelki czasu - wówczas skorupka pęka i Indianin znajduje się w chwili potem. To tak jakby się wykluł i odkrył, że jest we wnętrzu innego jajka. Przy czym to następne wcale nie musi być większe od poprzedniego - ono jest inne, różne, niepowtarzalne. Trudno nawet powiedzieć, że jest n a s t ę p n e, bo indiańskie chwile nie są nanizane na żadną nić - raczej wrzucone luzem do wora życia.




wtorek, 27 sierpnia 2013

Bezimienne Dzieło - St. I. Witkiewicz


Przeglądając repertuar Teatru Narodowego na następny sezon uznałam, że recenzja Bezimiennego Dzieła wcale się niezdezaktualizowała - dramat Witkacego figuruje w jesiennych planach narodowej sceny. Miałam takie obawy, bo spektakl oglądałam tuż tuż przed wakacyjną przerwą. Przekonała mnie też powszechnie przyjęta i akceptowana prawda, że Witkacy jest jednak twórcą ponadczasowym i niezależnie od pory dnia/roku/wieku warto o nim mówić. 


Bezimienne dziełko to nie opowieść, to sztuka o idei - 

- Możliwe. Mniejsza o to. Celem naszym jest zastąpienie władzy świeckiej przez duchowną. Kapłanami będziemy my, według rytuału wiary stworzonej przez Joachima Mieduwała, naszego proroka. Z tą różnicą, że on wierzył w coś w rodzaju zamaskowanego panteizmu, my zaś nie będziemy wierzyć w nic. Pewna forma mdłej demokracji pod maską kultu. Coś w rodzaju egipskich kapłanów. Ludzie wyją o nową religię – dowód, że teofizyczna bzdura znajduje tylu wyznawców. Trzeba to ująć w karby i uspołecznić. Rozumie pan?
- Tak, ale jaki ma być nowy ustrój? Sam kult mało mnie obchodzi, mimo że jestem w pewnym znaczeniu mistykiem.
- Ustrój? To, co obecna pseudo-mdła-demokracja robi mimo woli, my zrobimy programowo, z całą świadomością, bez żadnego zacietrzewienia, a dlasze stopnie rozwoju wyznaczy nam linia eksperymentu. Pierwszy punkt – żadnych ekstrapolacji. Chodzi tylko o to, aby stworzyć nowy rodzaj państwa kapłanów. To, co nie udało się innym kościołom z powodu istotnej wiary i kompromisów z tą wiarą, my zrobimy świadomie, jako pragmatyczny, programowy humbug...
- No dobrze, ale ustrój?
- Ależ pan ma tępą głowę, panie Nieznajomy. Mówię przecie: ustrój pseudodemokratyczny, ale bez żadnego parlamentarnego bluffu. Trzeba dać syndykatom prawdziwą, fikcyjną religię, a nie substytut w rodzaju mitu o generalnym strajku. Wierz mi pan, że dzisiejsi ludzie są daleko skłonniejsi do jakiejkolwiek wiary niż totemiści na Nowej Gwinei. Chociażby mieli zużytkować spirytyzm i kręcące się stoliki – wiara być musi.
- Zdaje się, że zaczynam rozumieć.


Jak w całej twórczości Witkacego, w Bezimiennym dziele mowa jest o człowieku jako o jednostce tworzącej, pragnącej przemian. Mozolne próby układania świata, też tak jak zawsze u niego, kończą się destrukcją wszystkiego. Jego rewolucje są na tyle uniwersalne, że dotykają dokładnie tak samo człowieka, jak środowiska czy sztuki. Na te trzy zagadnienia Witkacy stawia jedną diagnozę - ogromną chęć stawania się lepszym - lub po prostu innym za wszelką cenę, pragnienie bycia zapamiętanym w świecie, gdzie nie ma niczego stałego, przy jednoczesnym rozpaczliwym poszukiwaniu sensu i wiary. Brak jednak na tą chorobę leku. Tak człowiek, jak świat i sztuka, dążąc do swoich nierzeczywistych pragnień skazani są w tym boju na porażkę. I to nie tymczasową - absolutną porażkę stawiającą te wartości pośrodku niczego.


Taką prawdę przekazuje nam Witkacy. Lecz ja myślę, że w jego desperackiej opowieści jest też wołanie o zwykłość. I przy okazji - jest to jak zwykle w Teatrze Narodowym - jest to wspaniałe widowisko, angażujące publiczność. Choć w niewielkim stopniu chciano ukazać tą integralność świata rzeczywistego i teatru, o której tak pisał Witkacy. Stąd biorą się aktorzy wyłaniający się z publiczności, ulotki programowe Mieduwalszczyków spadające na nasze głowy. Oczywiście, na pewno te działania wypadają i tak dosyć skromnie na tle zabiegów scenograficznych stosowanych przy prezentowaniu tej samej sztuki w teatrze im. St. Witkiewicza w Zakopanym - lecz tego niestety nie miałam okazji jeszcze nigdy doświadczyć osobiście. Bądź co bądź Teatr Narodowy musi zachować jednak coś ze swej powagi i nie może pozwolić sobie na zupełną destrukcję pomieszczenia,aby silniej oddziaływać na widza. Z pomocą najbardziej wyróżniających się aktorów robi jednak co w jego mocy.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Miłość po francusku



Do kina trafiłam zupełnie przez przypadek, nie znając repertuaru. Towarzyszyła mi 16-letnia siostra i w związku z zapoznaniem się z tytułem filmu, wyświetlanego o wybranej przez nas godzinie pojawiła się chwila zawahania. Miłość po francusku może kojarzyć się przecież na różne sposoby... Uznałam jednak, że tytuł jest pewnie znów pomysłem polskich tłumaczy, którzy często stosują tego typu "niezawodne" chwyty prześcigając się w co głupszych nazwach. [Klasycznym przykładem może być tu Dirty dancing, ale jest to zdecydowanie problem pojawiający się współcześnie tak samo nagminnie jak wtedy.] No i intuicja mnie nie zawiodła.

Miłość po francusku jest mimo wszystko filmem ciepłym i sympatycznym. To lekka komedia, którą dobrze się ogląda - oczywiście, kiedy nie spodziewamy się niczego zaskakującego. Sam scenariusz nie jest mocną stroną tego filmu - historia jest wyraźnie przerysowana i skrupulatnie wpisuje się w schemat przewidywalnej komedii romantycznej. Określenie 'francuski' z tytułu podkreśla jedynie miejsce akcji, no i sugeruje francuską obyczajowość. Miłość po francusku przemyca między wierszami już ten zachodni sposób myślenia o miłości. Rozwódka oznacza to samo co panna, posiadanie dziecka jest sprawą zupełnie naturalną, żadnym obciążeniem dla drugiej strony, różnica wieku bohaterów, choć jest tematem przez nie poruszanym, absolutnie nie razi w oczy widza. Ja nie jestem jeszcze aż tak nowoczesna w relacjach damsko-męskich i normalnie takie sytuacje były by dla mnie problemem do zastanowienia się. W filmie jednak toczącym się tak lekko nikt nie ma pretensji do bohaterów. Ci, sympatyczni i wrażliwi, zupełnie nie kojarzą się z żadną rozwiązłością. Jest to więc jakiś dowód na to, że swoboda związków jest już normą, zwłaszcza w zachodnich społecznościach, a moje rozważania są już chyba mocno zdezaktualizowane. 

Nie chodzi mi o to, żeby krytykować za to ten film, obyczajowość to też przecież kwestia kultury danego kraju i przez ten pryzmat trzeba na to patrzeć. Co więcej ukazuje w jakiś sposób pozytywne oblicze związków z dużą różnicą wieku. W Miłości po francusku chodzi w gruncie rzeczy o bezinteresowne, szczere uczucie.  Wszystkim poszukującym czegoś lekkiego na letnie wieczory - polecam!

piątek, 23 sierpnia 2013

Zmruż oczy



Myślę, że my, Polacy mamy słabość do Polski B. Choć wydaje się odizolowana pod względem rozwoju gospodarczego, jest tam coś do czego wracamy. To nasze Południe Stanów Zjednoczonych, korzenie i arkadia, a na pewno symbol zatrzymania się na chwilę, ucieczki od zgiełku, kontaktu z naturą. Tam szukamy porządku i swoistego narodowego moralnego kręgosłupa. 

Tak tłumaczę sukcesy polskich filmów, tych najbardziej optymistycznych i ciepłych, uciekających zdecydowanie w nasze wschodnie rejony - jak seria U Pana Boga za piecem/w ogródku, i tak samo tłumaczę sukces Rancza, tak długo bijącego rekordy popularności, i tak samo produkcji, będącej przedmiotem moich dzisiejszych analiz - Zmruż oczy.

Filmy sprzed kilku lat (przynajmniej polskie) tracą swoją wizualną atrakcyjność dosyć szybko. Trzeba też przymykać oko, przyzwyczajone do nieporównywanej jakości obrazu współczesnych filmów, na realizację. Akcja może toczyć się zbyt wolno dla niektórych, zbyt chaotycznie, mniej wrażliwym fabuła wyda się do granic prozaiczna. Jednak, choćby przez swoja niedoskonałość, Zmruż oczy emanuje obyczajowością i prawdą, zapewne dla innych odbiorców niż polscy - po prostu niezrozumiałą. Właściwie chwyt jest dosyć standardowy. Podlasie, bieda, zdegradowany, uciekający od świata mężczyzna i 10-letnia dziewczyna, przed którą jeszcze całe życie. Trudno jednrak mieć to za złe twórcom. To film, który wzruszy, bo wciąga nas na swoje zabrudzone podwórko. Będzie próbował zaszczepić jakąś nadzieję na spokój, zwiastować pogodę. 


Tak, nie ma tu niczego nadzwyczajnego. Niczego, oprócz codzienności i zmrużonego spojrzenia w przeszłość. Własną! Własną, ponieważ każdy z odbiorców podczas sceny na moście pomyśli choćby mimowolnie o swoich bliskich, znajomych, z którymi musiał się kiedyś rozstać. I to jest właśnie klucz, który przeniósł ten film do kategorii polskich klasyków.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

The great Gatsby


Dawno temu analizując oscarowy sukces Artysty tłumaczyłam sobie, że w kinie doszliśmy już do tego punktu w odzwierciedlaniu realności, w którym sztuka filmowa zaczęła od tego uciekać. Perfekcyjny warsztat, idealnie odwzorowany świat już przestał zaskakiwać, więc nowy(-stary!) pomysł czarno-białego, niemego filmu zyskał zainteresowanie i uznanie.

Teoria chyba się sprawdza, bo technologie zaczęliśmy w filmie wykorzystywać już nie do przenoszenia na ekran rzeczywistości a do ekranizowania obrazów jak najbardziej fantastycznych. Producenci odkryli, że ostatecznie rzeczywistość mamy na co dzień i po tym odkryciu straciła ona swoje nienaruszalne miejsce w kinematografii. Mam wrażenie, że żyjemy w epoce neo-baroku w filmie, pełnej przepychu i sukcesu erze -  po osiągnięciu szczytu innowacji, po krótkim zachwycie nad kinem 3D. A na pewno to wrażenie miałam oglądając The great Gatsby.

Oglądając go towarzyszyły mi dziwne emocje. Tak często kadr, zdjęcia, obrazy lawirowały między kiczem a pięknem, że trudno było nadążyć ze zbieraniem myśli. Film przykuwa uwagę, przykuwa bogactwem akcji i bogactwem bohaterów (także w zupełnie dosłownym sensie tego słowa). Leonardo di Caprio nie bagatelizuje sytuacji i nie zważając na upływ czasu, kocha tak przejmująco i bezwarunkowo, jak to udowadniał przed laty w Titanicu - osobiście myślę, że nie jest to przypadkowe zestawienie ról. W Gatsby'm mamy do czynienia z absolutnie banalną historią miłosną, lecz realizacja zdecydowanie nie przypomina standardowej. A ja zestawiając je ze sobą zastanawiam się, które z nich więcej nam w tym filmie opowiada.

Rażące oczy przejścia między scenami tłumaczę charakterem scenariusza opartego na opowieści. Obrazy są przerysowane w ten sam sposób, w jaki przerysowuje je nasz umysł. Słuchając opowieści o bogaczu mieszkającym w zamku, widzimy bogacza w zamku z bajek, takim, jakim go poznaliśmy w dzieciństwie, jaki zamek nauczono nas sobie wyobrażać. Tak jest w Gatsby'm - miłość to miłość, jezioro to jezioro, kwiaty to kwiaty - nie ma czasu na redukcję przedmiotów na ekranie, jakąś kompozycję w zdjęciach. Nie ma też znaczenia wierność epoce - brak dbałości o usunięcie współczesnych szczegółów w ogóle tu nie istnieje. Współczesność z całą brawurą znajduje sobie miejsce na ekranie. W końcu odbiorcą jest dzisiejszy człowiek, jednostka patrząca śmiało do przodu. Przyjęcie w zamku Gatsby'ego zostało tak przetransformowane, aby odpowiadało jego obecnemu wyobrażeniu, włączając w to nowoczesną muzykę. Opowieść się toczy, trzeba zmieścić jeszcze tyle wydarzeń, a do końca tylko około 100 minut! I pytanie - czy to jest gra z odbiorcą? Uświadamianie mu, że tak naprawdę to kicz jest nam bliższy, a prostota w filmach jest tylko formą? 

Tak brzmiała moja teza po zmierzeniu się z Gatsby'm. Nie mogę jednak - ba, nie wolno mi - pominąć drugiego rozwiązania, dużo banalniejszego. Bo jeżeli jednak sensem tego filmu była fabuła, to oznacza to jedno - tkliwe historie miłosne wcale nie są wytworem zamierzchłych czasów z Przeminęło z wiatrem. Co więcej, w takim razie należy spodziewać się ich więcej na ekranach...




wtorek, 7 maja 2013

Kultura pod strzechy! Teatr Telewizji na żywo



Po weekendowo-majowej przerwie nadrabiam zaległości. Już przed dwoma tygodniami telewizja emitowała następny ze swoich spektakli Teatru Telewizji na Żywo. Śledzę to przedsięwzięcie od początku  jego zaistnienia w październiku ubiegłego roku, ale Trzy razy Fredro był jednak przedsięwzięciem bardzo innowacyjnym. Obejmował trzy spektakle pióra Fredry, nadawane jednak z trzech różnych teatrów - w Warszawie, Katowicach i Krakowie. Uważam, że to bardzo dobra inicjatywa! Popularyzacja jednocześnie klasycznej literatury, kreowanie wizerunku teatru jako innowacyjnej placówki i konkretnych miejsc na naszej kulturalnej mapie kraju.  Dodatkowo jest dowodem jakiejś kreatywnej spójności i współpracy a przecież w takiej dziedzinie jak sztuka jest ona niezastąpiona. Kulturalna maszyna musi sama się napędzać, wtedy działa sprawnie i tylko wtedy zbiera największą publiczność.


Trzy razy Fredro - Świeczka zgasła, Zrzędność i przekora oraz warszawskie Nikt mnie nie zna.  Podobało mi się - jak to teatr, lecz chwilami bardziej, chwilami mniej. Za najlepszy uznaję widowisko Teatru Narodowego. Być może dlatego, że tylko tam fabuła nabiera tempa. Pierwsze dwie propozycje to króciutkie epizody sytuacyjne. O ile pierwszy broni się aktorską grą Macieja Shtura, miejscami bawił i ciekawił, to drugi spektakl znudził mnie. Był odważniejszy w interpretacji - stroje lekko uwspółcześnione, konceptualna scenografia, widać zamysł reżyserski. Najmniej zainteresowała mnie fabuła, ale w końcu trzeba wziąć poprawkę na logistyczne rozwiązanie projektu Trzy razy Fredro. Autor i czas antenowy były tu kwestiami nie do negocjacji, sztuka widocznie pasowała, choć jako pojedynczy Teatr Telewizji uznałabym ją za nietrafioną. Trzeci spektakl w pełni realizuje natomiast swoje komediowe założenia. Bawią aktorzy, humor niedzisiejszy, rodem z fredrowskiego czasu.

Pomysł na poniedziałkowej telewizyjnej ramówki był bardzo trafiony, choć spektakle widzieliśmy już lepsze. Pierwszy, inaugurujący serię "na żywo" była Boska, świetnie rozegrana przez Krystynę Jandę zabawna opowieść o starszej kobiecie, jej karierze i życiu wymyślonym sobie samodzielnie, oderwanym od realiów. Zabawnie i rozluźniająco. Trzeba było co prawda cierpliwie znosić wszystkie dodatki w postaci przypomnień konferansjerów o jubileuszu Teatru Telewizji, jakimi otaczano konsekwentnie cały dzień.  Przypomnienia emitowano także bezpośrednio przed spektaklem, po nim oraz oczywiście w czasie przerwy, kiedy to zaprowadzono telewidzów nawet za kulisy ;) Jednak nawet pomimo tego całego szumu i wrażenia, że przedstawienie jest tak dopracowane, że musi się podobać, to podobało się naprawdę. Samo wspomnienie wywołuje uśmiech.





Następna propozycja znów bardziej opowiadała o człowieku niż posiadała własną fabułę i znów bardzo o aspiracjach, zwłaszcza tych zawiedzionych. Dużo jednak poważniejsze od pierwszego spektaklu, dlatego myślę, że nie zdobyło takiego zainteresowania telewidzów jak głośna Boska. Na scenie wystąpili wtedy wspólnie Piotr Fronczewski i Wojciech Pszoniak, scenariusz budując na ich wzajemnej dyskusji. Czy to się podobało, to już zależy naprawdę od osobistego odbioru.



Dalej - spektakl Szkoła Żon  z Teatru Polskiego w Warszawie. Komedia pióra Moliera, dopracowana, z idealnym doborem aktorów. Z całą swoją scenografią odebrałam go za najbardziej "teatralny" ze wszystkich wcześniejszych "na żywo". Bardzo blisko jego projekcji byłam w Teatrze Polskim na Cydzie, może więc teatralne wrażenia nie spały we mnie tak głęboko jak teraz i łatwiej było pobudzić więcej zmysłów do odbioru z ekranu telewizora. Podobał mi się bardzo, mimo że jednak był jedynie klasyczną adaptacją.




Kolejny spektakl Daily Soup emitowany był w maju zeszłego roku, znów wyróżniał się swoim charakterem. Losy rodziny opowiadane jak w mrożkowym Tangu, tak fragmentaryczna życiowa przestrzeń jak Kartotece. Inaczej, intrygująco, psychoderycznie. Dużo dobitniej pyta o układ naszego świata, według koniecznego porządku, wszystko w naszych, współczesnych realiach. Myślę, że wielu z nas mogło natrafić na coś o sobie.


Kilka więc spektakli mamy już za sobą. Telewizja zapewnia im kilkumilionowa oglądalność. I pytanie, czy należy to wykorzystać i emitować coraz przystępniejsze sztuki, aby tą oglądalność jeszcze powiększać, czy coraz bardziej wyszukane - aby zwiększyć ich poziom? I na ile Teatr Telewizji jest nawykiem i przyjemnością, na ile przypadkiem. Rozpisałam się tutaj tylko o emisjach na żywo,a te są bardzo  popularyzowane. Każdy z nich ma nawet własną stronę internetową. Spektakle nagrywane tradycyjnie mają już mniejszy odbiór, choć nierzadko są świetnymi spektaklami. Swoją drogą te na żywo i wcześniej przygotowane przedstawienia to praktycznie zupełnie inne historie i na inne opowiadanie. Ja już pośpiesznie kończę, bo w karcie obok odtwarza się zaległa premiera Teatru Moralność Pani Dulskiej z Cielecką - Temat postu przypomniał o konieczności się z nim zaznajomienia! Jednak słabość do kultury też może się okazać zgubna.. Zwłaszcza dla innych obowiązków! ;)


piątek, 26 kwietnia 2013

Everybody DOES have a twin!



Dziś bardzo krótko :> 

Ostatnio przybywając więcej na mieście w godzinach szczytu poznaje stopniowo co znaczy pośpiech "szarego tłumu". Migawki tramwajowe, twarze, ręce w górze trzymające poręczy w autobusach, dziesiątki czekających na zielone światło, by po chwili zalać biegiem ulicę. Wiem, że mieszkam w Łodzi już naprawdę długo, ale do tej pory całe dnie musiałam spędzać na uczelni, Łódź poznawałam wieczorami lub często rano. Nie jest to jednak melancholijny obraz, lecz jak zwykle punkt wyjścia do refleksji. Spotykając przypadkowe twarze w takich ilościach co druga wydawała mi się znajoma. Oczywiście to nie byli moi znajomi, ale przypominali mi osoby, tak przypadkowe, że tylko mój mózg mógł przywołać sobie takie skojarzenia. Takie są konsekwencje życie z minusową wadą na obu oczach! 0,5 to wartość zbyt mała, żeby nosić okulary przez cały czas, ale jednak odbija się na tym co i jak widzimy. Lecz może to nie tylko kwestia wzroku? 

Oczekując na Fotofestiwal - trzecie z najważniejszych festiwali łódzkich, polubiłam go na Facebooku, aby ten okres ciekawego czekania (wcześniej nie byłam jeszcze na Fotofestiwalu) jakoś urozmaicić newsami o przygotowaniach. (Współczesna logika... :P) I kiedyś, kiedyś opublikowali ciekawostkę opatrzoną tytułem: Każdy ma swojego brata bliźniaka. Sesja fotograficzna była naprawdę pomysłowa i dobrze zrobiona. Taki dowód na podobieństwo naszej "rasy". Jesteśmy wszyscy podobni, wszyscy chcemy się cieszyć, realizować, spać, jeść....













Patrzmy, patrzmy... Może trafimy gdzieś na siebie :) Wiem, że taka refleksja jest bardzo umowna, rola fotografii jest tutaj ogromna. Bohaterowie zdjęcia są ubrani tak samo lub podobnie, uczesani tak samo lub podobnie. Fakty są jednak takie, że naprawdę co chwilę obca osoba, jakiś jest gest, mimika przypomina mi coś co widziałam już wcześniej. Tak chyba jesteśmy zaprogramowani. A i teraz wspólnie już czekamy na Fotofestiwal, już za miesiąc! Tymczasem dzisiaj w Łodzi otwarcie ms1. Po sukcesie ms2 spodziewam się bardzo dobrej placówki. Zainteresowanych zapraszamy wernisaż 18:00 przy ul. Więckowskiego 36. :>




czwartek, 25 kwietnia 2013

Z głową i bez - MALEMEN - prasa męska?



Na fashion weeku jest tak kulturalnie, że często można zaopatrzyć się w jakieś nowe magazyny. Do wzięcia były także dwa ostatnie numery Malemena. Nie znałam tego magazynu wcześniej, przyciągały jednak okładką, chociaż tytuł niepokoił.. Prasa męska? Co za głupi pomysł na podział... Ignorując swoje wątpliwości zabrałam dwa Malemeny ze sobą i przez te kilka dni czytałam w wolnych chwilach. I byłam naprawdę pod wrażeniem.


Malemen wydał mi się jak na czasopismo bardzo mądrze napisany, poważny w pozytywnym znaczeniu, treściwy. Z taką swobodą pisze się tutaj o najważniejszych kwestiach w życiu i co najważniejsze nie brzmi to ani banalnie ani patetycznie. To przecież problem literatury wszechczasów. Tematem numeru nie są tutaj kultura rosyjska czy życie pozaziemskie. Tematem numeru jest człowiek i o tym pisze Oliwier Janiak w każdym wstępie, przedstawiając bardzo luźno bohaterów wywiadów. Bo to wywiady są tutaj najważniejszym artykułem i też często zaskakują swoją formą. Gościem pierwszego, który przeczytałam, był Wojciech Smarzowski. Na początku irytował mnie chaotyczny charakter wywiadu. Czytając "w międzyczasie" naprawdę ciężko było od razu połapać się która wypowiedź jest pytaniem, która odpowiedzią. To była rozmowa ze Smarzowskim, pomiędzy konkretnymi osobami, osadzona w konkretnym czasie. Dziennikarz dzielił się swoimi osobistymi, wrażeniowymi refleksjami dotyczącymi Smarzowskiego i pierwszego kontaktu z nim. Potem już tylko rozmawiali i to uchwycił ciągły tekst. Forma wywiadu jednak bardzo ogranicza naturalność spotkania i szczerość odbioru. Gdy już przyzwyczaiłam się, że pytań i odpowiedzi należy szukać rozrzuconych po linijkach tekstu wywiad naprawdę zrobił na nie wrażenie. Takie wywiady się zapamiętuje.

Oprócz tego artykułem numeru były wspomnienia z Auschwitzu, oparte na wywiadach. Nie będę się odnosić do tego, na ile to właściwa inicjatywa, bo przecież wiadomo, że jest bardzo ważna. Refleksje o wojnie też rzadko występują w prasie. Wywiady były jednak jeszcze uzupełniane przez refleksje dziennikarzy w rubryce InBeetween. I znalazłam tam artykuł o Polocauscie, który jest gorzkim komentarzem do pomyłek o "polskich obozach śmierci". Autor bardzo konkretnie przedstawia nasz współczesny narodowy grzech - niepamięć. Pisze o planach mordu III Rzeszy na Polakach i zapiski o tym w dokumentach, porównuje restrykcje okupacyjne Niemiec w Polsce i Europie zachodniej. Chodzi mu o to, że ludobójstwo Żydów potrafiło dotrzeć do świadomości świata, o ludobójstwie Polaków nikt - bo nawet my - nie pamiętamy. I ta nie pamięć sięga do tego stopnia, że występują "polskie obozy śmierci". Komentuje głośno popularność tematu Holocaustu na Zachodzie, w Hollywood. Bohaterowie francuscy czy belgijscy, krytykujący zachowania Polaków, którzy Żydom nie pomogli, nie narażali tak jak Polacy swojego życia i życia swojej rodziny. Artykuł pisany jednak z dystansem i na pewno dużo rozsądniej brzmi niż moje krótkie streszczenie. Ale takiego artykułu też się nie spodziewałam. Malemen ignoruje tabu. 


I jeszcze krótko - w każdym numerze znalazłam dużo artykułów biznesowych - i to bardzo dobrych. Skoro ja przeczytałam o biznesie i jeszcze mi się to podobało, to coś musiało w tym być ;) Następny ciekawy pomysł magazynu, przez 12 miesięcy na okładce prezentuje jeden wers wiersza, układanego tym razem przez Kasię Nosowską dla czasopisma, aby potem na półce przedstawiały całość. Takie rozwiązania spotykałam w seriach książek, w magazynie - po raz pierwszy. Jest też fotografia i też od nietypowej strony. Nie kończy się bowiem na zdjęciach, fotografie opatrzone są komentarzem autora. Gdzie było zrobione, dlaczego to, co wtedy myślał. Brzmi może nudnie i refleksyjnie, ale czyta się dobrze, lekko. Znów Malemen wyciąga rękę w stronę prawdziwości i wciągnięcia czytelnika w świat, który oni opisują, bo to jest świat żywy, jak ten z wywiadów. I co na koniec - przy wszystkich poważnych kwestiach, nie rezygnują z mody, z krótkich informacji o wydarzeniach, przedstawiają sylwetki pracowników. Mam wrażenie, że rozrywki w popularnym znaczeniu jest dokładnie tyle, ile trzeba, w Malemenie chyba wszystko jest wyważone dokładnie. 

Zostaje jeden problem: Dlaczego to prasa męska?! Czy naprawdę ktoś myśli, że kobiety potrzebują jedynie poradnikowo-lifestylowych czasopisemek o tym, jak poprawić swój wygląd w 10 dni? :) Myślałam, że to podział tylko umowny i dotyczący właśnie góra tygodników - dwutygodników, dzielonych na "Pani Domu" i "Auto-Moto". A tutaj w takim poważnym czasopiśmie występuje ten podział. Występuje, bo sprawdziłam jak to czasopismo przedstawia swoją działalność. I znalazłam na stronie na facebooku: "MaleMEN to marka. To wyznacznik trendów i przewodnik po najważniejszych dziedzinach ludzkiej działalności. Każdy nowy numer to zbiór portretów najwybitniejszych Polaków, którzy zainspirowali nas swoim talentem, pasją i dążeniem do sukcesu. Chcemy, żeby byli inspiracją i wzorem dla współczesnego mężczyzny, dla którego piszemy." Ja nie rozumiem! Ale chyba nic na to nie poradzę...