Czasu ciągle mam za mało i tylko wymuszona organizacyjna umiejętność pozwala mi na jako takie gospodarowanie nim. Wypisywanie zaplanowanych zajęć i obowiązków spełnia jednak swoją rolę, udaje mi się na przykład jeszcze wyjść w weekend do kina. Z wyrzutami sumienia stwierdzam, że nie mam już prawa narzekać na brak filmów - zamiast tego jak najwięcej czerpać z tych, które udaje mi się zobaczyć!

W sobotę trafiłam na Lincolna. Nie był to jakiś wyczekany seans, wybrany bardziej ze względu na okoliczności i czas. Lincoln nie jest żadnym moim ekranowym odkryciem: grany jest już od prawie dwóch miesięcy, sama pozycja jest już raczej powszechnie kojarzona. Dużo się o nim mówiło i słyszało przy rozdawaniu Oscarów, lecz nie angażowałam się wtedy w opiniowanie nagród i nominacji tego filmu lub snucie oczekiwań, co do samej produkcji.
Szybko można było się samemu zorientować, skąd tyle oscarowych nominacji. Lincoln jest perfekcyjnie dopracowany, idealny w szczegółach. Obraz przeniesiony z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej. Scenografia nie jest tutaj najważniejszym elementem na ekranie, jak w Annie Kareninie, jest jedynie tłem, lecz świetnie zaplanowanym, przemyślanym, odtwarzającym wiernie tamtą rzeczywistość - a przecież taka właśnie jest jej funkcja.

Ważnym elementem w Lincolnie - warunkującym odczucie, czy film "przemawia" do zwykłego odbiorcy - jest wyważenie proporcji prostoty i patosu. Przedstawienie prezydenta z bliska, lecz nie odbierając szacunku , bez idealizacji, lecz z powagą. Myślę, że to udało się twórcom, głównie dzięki świetnej grze aktorskiej Daniela Day- Lewisa. Jest tak samo przekonywujący, spędzając czas z synem i spokojnie odpowiadając na jego dziecięce wątpliwości, jak wygłaszając przemówienie czy zdecydowanie, nieustępliwie przekonując najbliższych współpracowników do własnych racji. Myślę, że na uznanie zasługują także zdjęcia Janusza Kamińskiego. Jeżeli mowa o patosie w tym filmie, to chyba przemawia on zwłaszcza w nich. W charakterystyczny sposób operuje światłem, zaznaczając w ten sposób powagę sytuacji, trudne wewnętrzne rozterki głównego bohatera. Czy zawsze udaje się im spełnić funkcję to już zależy od indywidualnego odbioru. W pewnych momentach światło nadające powagi wdawało mi się przesadne - poświata wokół sylwetki prezydenta była dla mnie obrazem już zbyt metafizycznym. Podobnie na końcu: jego figura widziana przez pryzmat obrazu płonącego płomienia też wydała mi się skojarzeniem zbyt banalnym. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że właśnie te elementy jako jedyne sugerują widzowi, jak wielkiego ryzyka podejmuje się Lincoln decydując za wszelką cenę wprowadzić 13. poprawkę, ich wykorzystanie udaje się obronić. Bez tego drobnego zaznaczenia Lincoln stałby się może zbyt powszedni, a historia mniej ważna. Uważam film za naprawdę warty zobaczenia.

Projekcja Lincolna wywołała u mnie jeszcze inne refleksje. Nie jest żadną tajemnicą zakończenie filmu: poprawka znosząca niewolnictwo zostaje wprowadzona, lecz sam prezydent ginie postrzelony w zamachu. Obok mnie w kinie siedziała moja 15-nastoletnia siostra, która w zupełnie naturalnym odruchu rozpłakała się w momencie wzmianki o śmierci Lincolna. Przyszło mi do głowy jak bardzo abstrakcyjnym było wcześniej pomyśleć, że ktoś - współczesny, nastoletni czy dojrzały już Polak, może jeszcze opłakiwać śmierć Abrahama Lincolna, prezydenta Stanów Zjednoczonych z XIX wieku. Od razu ruszyła lawina skojarzeń postaci historycznych ginących w wojnach, walkach, zamachach, ale których śmierć jest przecież sprawą tak odległą, że nie ma żadnego wpływu na nasze odczucia. Wzruszenie śmiercią Lincolna było naturalne, mi też w kinie przez chwilę zwilgotniały oczy, a przecież to tak samo absurdalna sytuacja jak opłakiwanie Władysława Warneńczyka, który zginął w bitwie pod Warną w średniowieczu...! Może przesadziłam trochę z porównaniem, lecz to nie jest tutaj najważniejsze.
W kinie miałam dowód na niesamowitą siłę oddziaływania filmu. Gdy zastanawiam się nad tym - jest to rola zupełnie pozytywna. Znam przecież wiele rewelacyjnych historycznych filmów, dzięki którym nie pomylę już postaci z działalnością, krajem, potrafię zlokalizować w miejscu i czasie. Świetne filmy wojenne jak "Życie jest piękne", klasyczna "Zielona mila", nasz polski "Katyń", serial "Czas Honoru", zeszłoroczne "80 milionów" to pierwsze pozycje które przychodzą do głowy przed serią niezliczonych bardzo dobrych produkcji. Nie brakuje także pomyłek w postaci "Bitwy Warszawskiej" czy "Bitwy pod Wiedniem", gdzie ogromna kampania marketingowa i cała forma absolutnie przerosła właściwą treść. Tak, jak to jest z tak wielką siłą oddziaływania trzeba uważać i starać się zawsze przed historycznym kinem wiedzieć coś więcej o tematyce, zwracać uwagę na kraj produkcji. Ta świadomość zależności sposobu patrzenia na historię od szerokości geograficznej nie ma nas jedynie ostrzegać o historycznych "oszustwach" producentów. Właściwie, uważam za zupełnie naturalne. Każde państwo ma przecież prawo do narodowej dumy ze swojej historii, choćby była bardzo przekoloryzowana. Właściwą obroną na jakieś fałsze historyczne jest tworzenie własnych alternatywnych źródeł informacji. Potrzebne są filmy takie jak "Katyń", przypominające o heroizmie, i te jak ostania "Tajemnica westerplatte" - ukazujące różne strony medalu. Po projekcji Lincolna doszłam do wniosku, że świadomość relatywizacji patrzenia na kino to nie tylko wyczulenie na prawdę historyczną, ale także docenienie sztuki realizatorskiej, która ożywia historię i zbliża ją do nas w taki sposób, w który nie potrafią podręczniki. Właśnie za ten drugi punkt należy się uznanie dla Lincolna.



















































