środa, 27 marca 2013

Kino historyczne - forma i funkcja. - "Lincoln" Stevena Spielberga


Czasu ciągle mam za mało i tylko wymuszona organizacyjna umiejętność pozwala mi na jako takie gospodarowanie nim. Wypisywanie zaplanowanych zajęć i obowiązków spełnia jednak swoją rolę, udaje mi się na przykład jeszcze wyjść w weekend do kina. Z wyrzutami sumienia stwierdzam, że nie mam już prawa narzekać na brak filmów - zamiast tego jak najwięcej czerpać z tych, które udaje mi się zobaczyć!



W sobotę trafiłam na Lincolna. Nie był to jakiś wyczekany seans, wybrany bardziej ze względu na okoliczności i czas. Lincoln nie jest żadnym moim ekranowym odkryciem: grany jest już od prawie dwóch miesięcy, sama pozycja jest już raczej powszechnie kojarzona. Dużo się o nim mówiło i słyszało przy rozdawaniu Oscarów, lecz nie angażowałam się wtedy w opiniowanie nagród i nominacji tego filmu lub  snucie oczekiwań, co do samej produkcji.



Szybko można było się samemu zorientować, skąd tyle oscarowych nominacji. Lincoln jest perfekcyjnie dopracowany, idealny w szczegółach. Obraz przeniesiony z czasów amerykańskiej wojny secesyjnej. Scenografia nie jest tutaj najważniejszym elementem na ekranie, jak w Annie Kareninie, jest jedynie tłem, lecz świetnie zaplanowanym, przemyślanym, odtwarzającym wiernie tamtą rzeczywistość - a przecież taka właśnie jest jej funkcja.


 Ważnym elementem w Lincolnie - warunkującym odczucie, czy film "przemawia" do zwykłego odbiorcy - jest wyważenie proporcji prostoty i patosu. Przedstawienie prezydenta z bliska, lecz nie odbierając szacunku , bez idealizacji, lecz z powagą. Myślę, że to udało się twórcom, głównie dzięki świetnej grze aktorskiej Daniela Day- Lewisa. Jest tak samo przekonywujący, spędzając czas z synem i spokojnie odpowiadając na jego dziecięce wątpliwości, jak wygłaszając przemówienie czy zdecydowanie, nieustępliwie przekonując najbliższych współpracowników do własnych racji. Myślę, że na uznanie zasługują także zdjęcia Janusza Kamińskiego. Jeżeli mowa o patosie w tym filmie, to chyba przemawia on zwłaszcza w nich. W charakterystyczny sposób operuje światłem, zaznaczając w ten sposób powagę sytuacji, trudne wewnętrzne rozterki głównego bohatera. Czy zawsze udaje się im spełnić funkcję to już zależy od  indywidualnego odbioru. W pewnych momentach światło nadające powagi wdawało mi się przesadne - poświata wokół sylwetki prezydenta była dla mnie obrazem już zbyt metafizycznym. Podobnie na końcu: jego figura widziana przez pryzmat obrazu płonącego płomienia też wydała mi się skojarzeniem zbyt banalnym. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że właśnie te elementy jako jedyne sugerują widzowi, jak wielkiego ryzyka podejmuje się Lincoln decydując za wszelką cenę wprowadzić 13. poprawkę, ich wykorzystanie udaje się obronić. Bez tego drobnego zaznaczenia Lincoln stałby się może zbyt powszedni, a historia mniej ważna. Uważam film za naprawdę warty zobaczenia.





Projekcja Lincolna wywołała u mnie jeszcze inne refleksje. Nie jest żadną tajemnicą zakończenie filmu: poprawka znosząca niewolnictwo zostaje wprowadzona, lecz sam prezydent ginie postrzelony w zamachu. Obok mnie w kinie siedziała moja 15-nastoletnia siostra, która w zupełnie naturalnym odruchu rozpłakała się w momencie wzmianki o śmierci Lincolna. Przyszło mi do głowy jak bardzo abstrakcyjnym było wcześniej pomyśleć, że ktoś - współczesny, nastoletni czy dojrzały już Polak, może jeszcze opłakiwać śmierć Abrahama Lincolna, prezydenta Stanów Zjednoczonych z XIX wieku. Od razu ruszyła lawina skojarzeń postaci historycznych ginących w wojnach, walkach, zamachach, ale których śmierć jest przecież sprawą tak odległą, że nie ma żadnego wpływu na nasze odczucia. Wzruszenie śmiercią Lincolna było naturalne, mi też w kinie przez chwilę zwilgotniały oczy, a przecież to tak samo absurdalna sytuacja jak opłakiwanie Władysława Warneńczyka, który zginął w bitwie pod Warną w średniowieczu...! Może przesadziłam trochę z porównaniem, lecz to nie jest tutaj najważniejsze.

W kinie miałam dowód na niesamowitą siłę oddziaływania filmu. Gdy zastanawiam się nad tym - jest to rola zupełnie pozytywna. Znam przecież wiele rewelacyjnych historycznych filmów, dzięki którym nie pomylę już postaci z działalnością, krajem, potrafię zlokalizować w miejscu i czasie. Świetne filmy wojenne jak "Życie jest piękne", klasyczna "Zielona mila", nasz polski "Katyń", serial "Czas Honoru", zeszłoroczne "80 milionów" to pierwsze pozycje które przychodzą do głowy przed serią niezliczonych bardzo dobrych produkcji. Nie brakuje także pomyłek w postaci "Bitwy Warszawskiej" czy "Bitwy pod Wiedniem", gdzie ogromna kampania marketingowa i cała forma absolutnie przerosła właściwą treść. Tak, jak to jest z tak wielką siłą oddziaływania trzeba uważać i starać się zawsze przed historycznym kinem wiedzieć coś więcej o tematyce, zwracać uwagę na kraj produkcji. Ta świadomość zależności sposobu patrzenia na historię od szerokości geograficznej nie ma nas jedynie ostrzegać o historycznych "oszustwach" producentów. Właściwie, uważam za zupełnie naturalne. Każde państwo ma przecież prawo do narodowej dumy ze swojej historii, choćby była bardzo przekoloryzowana. Właściwą obroną na jakieś fałsze historyczne jest tworzenie własnych alternatywnych źródeł informacji. Potrzebne są filmy takie jak "Katyń", przypominające o heroizmie, i te jak ostania "Tajemnica westerplatte" - ukazujące różne strony medalu. Po projekcji Lincolna doszłam do wniosku, że  świadomość relatywizacji patrzenia na kino to nie tylko wyczulenie na prawdę historyczną, ale także docenienie sztuki realizatorskiej, która ożywia historię i zbliża ją do nas w taki sposób, w który nie potrafią podręczniki. Właśnie za ten drugi punkt należy się uznanie dla Lincolna.

niedziela, 24 marca 2013

maraton filmowy - amerykanina portrety psychologiczne!


Wspominałam już o tym nie raz - pewnie dlatego, że to pierwsze takie przedsięwzięcie, którego byłam  organizatorem na uczelni.  Dużo niedociągnięć, jednak ostatecznie zgodnie z planem zrealizowane pomyślnie!    Skorzystałam nie tylko na doświadczeniu organizacji, lecz chyba przede wszystkim jako widz. Ostatnio coraz rzadziej mam okazję na spokojnie obejrzeć sama film, nieustannie mam tyle pomysłów i przedsięwzięć do zrealizowania, że półtorej godziny wydaje mi się czasem nie do nadrobienia i rezygnuje z wytęsknionej projekcji. Cały dzień z filmami na uczelni mimo stresu przygotowywań, w końcu pozwolił mi na spokojną analizę filmowych realizacji, tym bardziej, że wszystkie z filmów zamierzałam już dawno zobaczyć, ale nie udało mi się wcześniej. Odpoczywając, medytując, czasem zaintrygowana, czasem z lekką pobłażliwością formułowałam wnioski cały dzień. I pytałam siebie, czy nasz maraton udał się pod względem ideologicznym. Udało nam się sformułować jakąś definicję amerykańskiej kultury? - lub przynajmniej tego, za co w Europie amerykańską kulturę się uznaje.

Po pierwsze: Annie Hall. Rozpoczęta przydługim monologiem amerykańskiego intelektualisty, który opowiada o swoim nie udanym życiu (głównie erotycznym...). Wiedziałam, czego powinnam spodziewać się po Woodym Allenie, sięgając jednak do starszej, jednej z początkowych jego produkcji, wydaje mi się, że trochę lepiej go poznałam. Współczesne realizacje są już dużo mniej naładowane atrakcjami w postaci dygresji samego Allena, a przygotowywane bardziej pod lekką pozycję na wieczór. Ta "ujarzmiona" już, późna twórczość wydaje mi się jednak trafniejsza, choć widać odejście twórcy od pierwszych pomysłów filmów-dzienników intelektualisty. 

Do Woody'ego Allena trzeba mieć cierpliwość. Przy Annie Hall, miałam wrażenie że to film absolutnie jego, tworzony dla niego samego, nie dla widza. Jego dziennik z przemyśleniami - absolutnie błyskotliwymi i niepodważalnymi (wg samego autora - co Allen próbuje nam przekazać na każdym kroku). Ma coś z Gombrowicza, Gombrowicz jednak jest dla mnie bardziej przyswajalny, myślę, że jednak ze względu na pochodzenie, na polskie realia. Allen w Annie Hall to intelektualista, Allen to konsument, Allen to Amerykanin. Nie troszczy się o sprawy materialne, właściwie nie troszczy się o nic, poza swoimi przemyśleniami i problemami z kobietami. Chronologia w jego pomyśle absolutnie nie ma żadnego znaczenia, jedynie chaotyczna spełnia jakieś funkcje. Annie Hall nie każdemu się spodoba, mi się jednak podobała. To film czysto dygresyjny, sprowadzający się do konsekwentnego udowadniania tezy założonej przez autora  już na początku historii, że związki między kobietą i mężczyzną to twory sztuczne i absurdalne, a jednak nam potrzebne i przez nas pożądane. Woody Allen tak bez ogródek przekazuje swoje przemyślenia, że nie trzeba się nawet doszukiwać dodatkowych znaczeń. Zafascynowany sobą w Annie Hall rozrysowuje swoją intelektualną wędrówkę bardzo szczegółowo.


Na lunch: Kawa i papierosy. Bardzo niezdrowo - jak echo powtarzają się słowa różnych postaci, przemieszanych na wszystkich poziomach.  Ten pomysł na film podoba mi się bardzo. Chaotyczne epizody z życia obrazują sceny te uznawane za najbardziej codzienne i w swojej codzienności nieciekawe, czasem krępujące, niezręczne, jak charakteryzowane przez Binę na jej blogu Socially Awkward. Dużo tutaj dobrej analizy zachowań, lekkie opowiadanie o ludzkiej naturze, w amerykańskim stylu: lapidarnie, fragmentarycznie, krótko, w międzyczasie.


Następnym punktem w repertuarze była klasyka Tarantino. Wiedziałam, że będzie brutalnie, wiedziałam, że będzie bawił się obrazem, mieszając kolory, wizje, dodając rzeczywistości, tworząc świat rządzony przez przemoc i żądze. Przygotowywałam się mentalnie, a mimo to mój mózg miał problemy z zaklimatyzowaniem się w nowych realiach. Trudno mi się przekonać metody przesytu brutalności, bo sama nie potrafiłabym wymyśleć optymizmu przesłania,  umiejscawiając go w tak wypaczonym, zepsutym, makabrycznym środowisku - bo właśnie tak przedstawiał mi się świat Tarantino. Przestrzeń tak destrukcyjna, że nie potrafiłabym jej sama obronić. A jednak Urodzeni mordercy bronią, oczywiście, z przymrużeniem oka, nikt nie będzie brał na poważnie okrucieństwa głównych bohaterów, gdy reżyser przedstawia ich jako postacie ewidentnie pozytywne, co więcej darzące się prawdziwą miłością. Póki co, cieszę się, że oglądałam go na maratonie - w domu z pewnością nie dotrwałabym do końca za pierwszym podejściem. Teraz myślę, że za jakiś czas trzeba będzie do niego powrócić i jeszcze raz podjąć się zrozumienia pomysłu Tarantino. Bo przecież chodzi tu o coś więcej niż historię, chodzi o człowieka i jakąś jego definicję. I to też na zupełnie inną historię!

Po tych trzech filmach skończyła się moja wolność, mój odpoczynek i mój czas. Musiałam spieszyć się na zajęcia. Nie mogę odżałować jest Las Vegas Parano, film z pewnością do obejrzenia. Wyruszyłam więc z westchnieniem na ustach, lecz naładowana w dygresje. Mam tylko nadzieje, że nie tak dokuczliwo-moralizatorskie jak te Woode'go Allena! :)



środa, 20 marca 2013

poeta wyklęty - RAFAŁ WOJACZEK



Ostatnio coraz bardziej poetycko, przepraszam, jeżeli za bardzo :) Zawsze uważałam, że elementarnym warunkiem istnienia poety jest jego samotność. Niekoniecznie izolacja, ale z pewnością posiadanie odrębnej, nienaruszalnej tajemnicy życia. To był taki naturalny skutek wyjątkowej wrażliwości przeżyć, spojrzenia, widzącego szerzej lub dociekliwiej. Postać, o których będę mówić doświadczyły jej w sposób wyjątkowo radykalny. Rafał Wojaczek zyskał określenie „poety wyklętego”, podejrzewanego raz o alkoholizm, raz o schizofrenię. Po samobójczej śmierci ogłoszony najbardziej niezwykłym poetą młodego pokolenia. O destrukcyjnych skutkach życia, dramacie odczuwania, samotności, o przemijaniu i o wartościach fundamentalnych będę pisać analizując jego  twórczość.

Cała jego twórczość jest przepełniona buntem wobec świata. Ucieczka od formy to świadomy zabieg mający uwolnić poezję od zakłamania. Wojaczek odcina się od całej dotychczasowej kultury, podważa wartość sztuki, szydzi z ogólnego pojęcia poety, którego twórczość ma służyć ludziom. Ostry, brutalny, momentami wulgarny język ma odciąć go od kłamstwa formy.  Świat bowiem w każdym wymiarze jest tylko pusty i pozbawiony sensu.  Poezja ma być prawdą, nie może więc być „ciekawym słowem”. Wojaczek podważając wartość wszystkiego, określa prawdziwym jedynie bunt, sprzeciw. Prawdą ma być jego cynizm, ironia, brutalność. Można znaleźć tutaj nawiązania do filozofii egzystencjalizmu. Wojaczek podziela egzystencjalny nihilizm, ale nie widzi jednak żadnej możliwości zwycięstwa nad światem, który jest skazany na porażkę. Bohater jego wiersza to człowiek zużyty. Każda forma kontaktu z ludźmi jest dla niego kłamstwem, formą, cierpieniem. Szuka izolacji, separuje się od otoczenia. Jest bierny. Wszystko to sprawia, że wpisuje się w portret XIX dekadenty. 


Jego twórczość to rozliczenie ze światem. Wojaczek balansuje gdzieś między światem rzeczywistym a stworzonym przez nich środowiskiem dla samego siebie, pozbawionym norm, konwenansów społecznych  nie podpisującym się pod żadną kulturą  władzą, państwem. Jednak jego życie świadczy że izolacja nie jest możliwa. Wojaczka doprowadza do autodestrukcji i doprowadziło do samobójczej śmierci. Lubię czytać jego wiersze, przejmujące, prawdziwe i tragiczne. Z szacunku do niego, i jego odwagi w przeciwstawieniu się marności świata. Jednak z pewnością po czytaniu Wojaczka należy udać się na terapię - wyjść na ulicę i zauważyć wszystko, co istnieje dookoła i zobaczyć obowiązek istnienia, podjąć się go i realizować! I żyć :)





A już jutro: Maraton filmowy!

wtorek, 19 marca 2013

Baczyński - traktat o poezji



Jak już zapowiadałam kiedyś, gdy tylko Baczyński pojawił się w kinach postanowiłam wybrać się na film. Spodziewałam się wrażliwej historii o poecie, obrazującej sceny z jego życia, dotykającej problemu miłości wśród bólu, walki ze sobą o zgodę na zabicie człowieka, między tchórzostwem a wrażliwością. Spodziewałam się, że film będzie przepełniony liryką, taki nastrój emanował już z zwiastunu, myślałam jednak, że wiersze będą tutaj przerywnikiem fabularnej historii umieszczonej w warszawie wojennej, przedstawionej obrazami jak z Czasu Honoru. Okazało się trochę inaczej.



Reżyser obdarzył poezję funkcją głównego, wręcz jedynego narratora, przerywanego krótkimi, pojedynczymi zdaniami świadków wydarzeń, czysto informacyjnymi. Nie jestem pewna czy to lepszy pomysł. Miałam wrażenie bowiem, że poezja staje się wtedy tłem do wydarzeń. Wprowadzana na zasadzie myśli Baczyńskiego, wypowiadanych przez niego bardziej angażowałaby się w to co działo się na ekranie, bardziej by współgrała z historią. Jest to jednak jakiś pomysł, i przemyślane zadanie, nie należy więc negować idei reżysera. Dzięki temu udało mu się dosięgnąć innej ważnej kwestii - korespondencji poezji Baczyńskiego ze światem współczesnym.


Pierwsza scena filmu bardzo mi się podobała. Teledyskiem do piosenki w wykonaniu Czesława Mozila i Meli Koteluk były obrazy współczesnej Warszawy, w pełnym ruchu, na chodnikach, w autobusach, tramwajach. Kamera o niestabilnym, w pośpiechu kręconym obrazie chwyta spojrzenia przechodniów, twarze zmęczone. Codzienność to temat banalny, lecz przecież otacza nas nieustannie, nieprzerwanie i tkwimy w niej bez zastanowienia. Dlatego oklepane kadry tramwajów zawsze mogą uczyć pokory zauważania więcej. Na ulicach poznajemy młodych ludzi, wybierających się na poetycki konkurs im. Baczyńskiego. I to ich recytacje były tłem do obrazu filmu o Baczyńskim. Niektóre uważam za świetne, tylko jedna niespecjalnie przypadła mi do gustu. Za nietrafioną uważam też wstawkę współczesną z końca filmu - wypowiedzi autorów recytacji wierszy dotyczące ich stosunku do poświęcenia życia za ojczyznę. Miało być naturalnie, lecz wiadomo, jak trudno zachować autentyczność przy takich pytaniach. Cały Epilog filmu był trochę zbyt długi, bo przyćmiewał powagę finałowej sceny. Powinniśmy zapamiętać twarz Baczyńskiego wychodząc z kina, tymczasem oglądamy jeszcze około minutowy informator obejmujący podstawowe informacje, historię bohaterów, przedstawienie występujących autentycznych postaci - i to przy dźwiękach bardziej rockowych. Znów - może komuś się spodoba - ja potrzebowałaby jednak więcej czasu na refleksję.


Co do fabuły ma jeszcze jeden bardzo słaby punkt: miłość do Basi. Reżyser za priorytet ustanowił sobie ukazanie dramatu wrażliwego człowieka w konfrontacji z ogromem wojny, że zupełnie zmarginalizował romantyzm małżonków. Brak momentu zatrzymania kamery nad momentem zakochania się - przecież od pierwszego wejrzenia. Później Baczyński jest tak nieobecny i zadumany nad dramatem wojny, że Basi prawie nie zauważa. Całą miłość opisuje jeden recytowany wiersz z liryk miłosnych. A przecież historia ich młodego małżeństwa z pewnością jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych historii miłosnych czasów wojny.

Nie chce zniechęcać: na pewno nie żałuję wybrania się na seans. Uważam też, że taka tematyka to  bardzo trudne zadanie dla reżysera, zwłaszcza gdy chce się zrobić to w innej formie niż zwykły fabularyzowany film. To był film o poezji. Koncept trafiony lub nie, ale zawsze jakaś próba twórcza. Znalazłam dużo rzeczy, które mi się nie podobało, jedno jednak stanowi tutaj niezależną wartość - poezja - autentyczny oddech zranionej, tragicznej historii.



poniedziałek, 18 marca 2013

Sztuka spojrzenia - Przegląd twórczości Józefa Czapskiego



Kiedyś jeszcze za czasów nauki poskiego trafiło mi się zadanie zanalizować twórczość jednego z polskich współczesnych malarzy. Do wyboru było kilu wśród nich także Józef Czapski. Nie słyszałam o nim wcześniej, raczej z góry odrzuciłam jego "kandydaturę" do mojej pracy. Jednak po kilku nieudanych próbach analizy twórczości innych, poszukałam w internecie także o nim. Znalazłam nie obrazy, ale fragmenty jego dzienników Wyrwane Strony. Zaczęłam czytać i dopiero wtedy odkryłam malarstwo. To nie była dla niego sztuka dla sztuki, dla doskonalenia umiejętności. Malarstwo Czapskiego jest jak jego drugi dziennik, album fotograficzny z dni, z życia, z codzienności. Trafiłam na prezentacje w której cytowałam w niebezpiecznych aż ilościach Wyrwane Strony. Postanowiłam zespolić obraz i tekst i umieścić tutaj. Krótki rejestr kadrów z życia!















Postać Józefa Czapskiego (1896-1993) zainteresowała mnie swoją wszechstronnością – malarz, pisarz, eseista. Uwagę zwraca też dramatyczna biografia: udział w wojnie polsko – bolszewickiej, order Virtuti Militari, studia w Petersburgu. W czasie II Wojny Światowej więziony w łagrach sowieckich. Swoje prace malarskie wystawiał na całym świecie, publikował w różnych językach. W Polsce jego twórczość została w pełni udostępniona dopiero po 1989 roku. Jego malarstwo pełne prostoty, koloru, zaskakujące perspektywą spojrzenia.

Po połączeniu z dramatyczną biografią Czapski staje się postacią co najmniej fascynującą. Jego twórczość literacka często bywa wyżej oceniana niż malarska. Istnieją one jednak
nierozdzielnie i wspólnie uczą odbiorcę spojrzenia, bystrego czujnego zobaczenia obok nas otoczenia, piękna krajobrazu, wreszcie – drugiego człowieka. Sztuka spojrzenia!




czwartek, 14 marca 2013

karmniki, budki, domki - design na wiosnę


Ostatnio na spacerze szukając bezskutecznie wiosny po mroźnych, zaśnieżonych (zupełnie niezrozumiale!) łódzkich ulicach, zawędrowałam ostatecznie do jednego z najbardziej inspirujących sklepów w pobliżu mnie -TK Maxx. Choć chodzi w nim głównie o ubrania - końcówki kolekcji wyciągnięte spod ręki projektantów, mnie najbardziej interesuje strona z rzeczami domowymi. Zawsze znajdzie się coś pomysłowego.

I tym razem się nie zawiodłam. Najciekawszą z prezentowanych przedmiotów były domki dla ptaszków, cała półka karmników o przeróżnych kształtach, wzorach, wykonana w różny sposób. Oto te, które udało mi się sfotografować, było ich tam jeszcze więcej!






Zainspirowana po powrocie zajęłam się wyszukiwaniem co bardziej interesujących domków. Pomysły prezentuje, może ktoś spróbuje wykonać!